2019 XII 03 Wasiloczki
Dlaczego więc takie Wasiloczki tak długo trwają? Bo wszystkich łączy wspólna pasja, miłość do śpiewania – tak myślę, bo przecież za śpiewanie nie otrzymują żadnych gratyfikacji. A tu raz w tygodniu trzeba przyjść na próbę, przed koncertami nawet codziennie, występować na różnych scenach.
Nina Bielecka jest od roku 1991 kierownikiem chóru. Ma, oprócz dyrygenta, najwięcej obowiązków. Przyszła do chóru na samym początku, kiedy jego dyrygentem był Sergiusz Łukaszuk. Śpiewała od przedszkola. W szkole podstawowej występowała w grupie tanecznej. Do śmierci ojca grała na gitarze. Potem zabrakło pieniędzy na lekcje muzyki. Tak było w Hajnówce. Za mąż wyszła do Bielska. Urodziła dwoje dzieci. Idzie przez park, a naprzeciw kuma. Kuma mówi: „Choć na repetycję. Jest chór białoruski”. Tak trzy razy nalegała, aż Nina poszła. Łukaszuk zagrał. Ona zaśpiewała i została przyjęta.
O co najbardziej dba w chórze jako kierowniczka? By wszyscy zostawili w domu emocje, a na próbach i koncertach był tylko śpiew i radość. Mówi, że boi się każdej kłótni, bo ona rozstraja. Lubi, by każdy występ był dograny do ostatniego szczegółu, zwłaszcza gdy trzeba dojechać do odległej miejscowości, za granicą szczególnie. Nawet kiedy chórzyści pytają – po co tak wcześnie wyjeżdżać – są potem zadowoleni, bo spokojnie przygotują się do koncertu, poznają nową scenę, mają czas na poznanie miejscowości. To wszystko wnosi do chóru jakiś spokój, powagę i stabilność, także radość bycia ze sobą.    
Nina Bielecka ceni wszystkich dyrygentów chóru – Sergiusza Łukaszuka, Stefana Kopę, Jerzego Szurbaka, Michała Artyszewicza, Alę Niegierewicz, Włodzimierza Sacharczuka, Mikołaja Miarzennego i teraz Nikołaja Fadzina. Każdy z nich prezentuje kulturę muzyczną i osobistą.
Irena Ostapczuk jest w chórze od 1978 roku. To dziwne, ale trafiła do Wasiloczków za sprawą córki. Ta od pierwszej klasy szkoły podstawowej śpiewała, występowała w konkursach śpiewaczych i zajmowała na nich pierwsze miejsca. Kiedy była w siódmej czy ósmej klasie, Sergiusz Łukaszuk zaproponował jej, by śpiewała w Wasiloczkach. Odmówiła i powiedziała, że przyprowadzi kogoś w zastępstwie. – Kogo? – na to dyrygent.  – Mamę – odpowiedziała. I tak pani Irena, w której zawsze tkwiła społecznikowska nuta, bo przecież zawsze w trójce klasowej działała, trafiła do chóru i stała się jedną z najbardziej zdyscyplinowanych chórzystek. Mówi: – Z pieśnią żyje się lepiej, weselej i dłużej. Scena uczy radości i pogody.
Kiedyś, a było to w Smorgoniach, straszliwie zmęczona stanęła na scenie – koncert był z rana. Białoruski dyrygent jakiegoś chóru do niej mówi: „Takie jest życie artysty, nawet gdy pada ze zmęczenia, gdy nosi w sobie troski, ma na twarzy uśmiech”.
A było to tak z tym zmęczeniem. Wasiloczki występowały w Grodnie. Następnego dnia miały mieć koncert w Smorgoniach. Wala Łukaszuk, żona dyrygenta Sergiusza, miała pod Smorganiami rodzinę, z którą nie widziała się kilkadziesiąt lat. Skontaktowała się z nią. Przyjechała do Grodna starsza, utykająca pani, która miała być dla niej przewodnikiem. Wala Łukaszuk poprosiła swoją sąsiadkę z chóru, Irenę, by im towarzyszyła, by raźniej było. Pojechały pociągiem, w grudniową, mroźną, ośnieżoną noc. Pociąg się zatrzymał. – To tu. Wysiadamy – mówi przewodniczka. Wysiadły.
– Pociąg, ciuch, ciuch, pojechał – mówi pani Irena – a my stoimy jak osłupiałe, ponieważ okazało się, że pociąg zatrzymał się nie tyle w szczerym polu, ile w szczerym lesie. Żadnej lampy, żadnej chaty, żadnej drogi. Nic! Tylko mróz, śnieg, północ i tory. Hospodi Boże! Prapali – płacze nasza utykająca przewodniczka. A ja zaczynam śpiewać Kolki u niebie zwiozd i proszę: – Pomagajcie. Idziemy torami. Pobocze strome. Jedzie pociąg towarowy. Jak zejść z torów, żeby nie zwalić się do głębokiego rowu. Udało się. O szóstej byłyśmy u celu. Ledwie żywe!
Nagroda? Jakiej oczekuje? Radości tych, którzy na koncert przychodzą. Występowali w Mińsku, w swoich pięknych strojach. – Po koncercie chórzyści Wasiloczków – wspomina pani Irena – zewsząd otaczani, od dzieci po staruszków, bo każdy chce z nimi zrobić zdjęcie. I zachwyty z każdej strony: – U nas tak pięknie nie śpiewają! My tak nie umiemy!
 Przy dyrygencie Miarzennym chciała już odejść z chóry. Ale ten zaprotestował: – Kto ci pozwolił na to! Śpiewaj do stu lat!
A ponieważ do stu jeszcze jej niemało brakuje, śpiewa i mówi, że nikt jej w tym chórze nie powiedział nigdy przykrego słowa, a Nina Bielecka jako kierowniczka jest osobą odpowiedzialną, o głębokiej kulturze i wiedzy. Wszystkim potrafi dogodzić. Pani Irena życzy jej, by tę funkcję pełniła nieustannie.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz
fot. autorka
© Fundacja im. Księcia Konstantego Ostrogskiego