2012 VIII 17 W nazwach zawarte jest dziedzictwo

W nazwach wsi, z których się wywodzimy, rzek, które płyną obok, pagórków, uroczysk, fragmentów pól zapisana jest nasza historia. Nietrudno odczytać z nich skąd przybyli pierwsi osadnicy, jakim posługiwali się językiem, jaką wyznawali wiarę, czego doświadczali w życiu. Najtrwalsze, uważają specjaliści, są nazwy rzek, wszelakich zresztą wód. Często nie ma śladu po ludach, które je nadały, ale nowi przybysze przechowują je bez zmian. Nazwy miejscowości są bardziej ulotne. Dokumenty sprzed stuleci zapisują je w różnych odmianach, nieraz całkowicie są zmieniane. Bywa jednak, że zaciera się ich pierwotne brzmienie z całą świadomością, by „dopasować” je do innych, tak by nie znający specyfiki jakichś stron nie mogli się zorientować, że ich mieszkańcy czymś się jednak wyróżniają. Taki los spotyka tradycyjne nazwy białoruskich wsi na Białostocczyźnie.

W wakacyjnym, lipcowo-sierpniowym numerze „Czasopisu”, białoruskiego pisma społeczno-kulturalnego, w artykule „Jak Kruhłe Krągłym się stało, czyli jak urzędy zmieniają nam nazwy”, przejmująco pisze o tym Jarosław Janowicz, od lat upominający się o to, by były prawidłowe, zgodne z miejscową tradycją i dawniejszym zapisem urzędowym.
Kto w ogóle decyduje o tym, jak nazywają się miasta, wsie, osady, przysiółki, góry i strumyki i kto ma prawo te nazwy zmieniać?
W okresie międzywojennym, gdy pojawił się problem scalania, w różnych aspektach, ziem podzielonych między zaborców, powołano, dekretem prezydenta z 1934 roku, jako organ opiniodawczo-doradczy przy ministrze właściwym do spraw administracji publicznej, Komisję Nazw Miejscowości i Obiektów Fizjograficznych. To ona ma czuwać nad poprawnym brzmieniem i pisownią nazw, ustalać ich wersję urzędową, obowiązującą w życiu publicznym, opracowywać wykaz urzędowych nazw miejscowości w Polsce i określać zasady zmian, publikowanych corocznie w „Monitorze Polskim” jako rozporządzenie ministra odpowiedzialnego za administrację publiczną. Dekret z 1934 roku w 2003 zastąpiła ustawa o nazwach miejscowości i obiektów fizjograficznych, która utrzymała dotychczasowe zasady pracy Komisji. Komisja w jednym z własnych dokumentów wszystkim, którzy zgłaszają jakiekolwiek propozycje zmian przypomniała: „Nazwy miast, wsi i ich części, także nazwy przysiółków, kolonii, osad oraz nazwy obiektów fizjograficznych są uznanym dobrem narodowym. Nazwy te są ściśle związane z historią i kulturą Polski. W nazewnictwie zawarte jest dziedzictwo i świadectwo przeszłości”. Dobre założenia, z praktyką jednak jest kłopot.
Jarosław Janowicz daje garść przykładów zmian nazw urzędowych, do jakich doszło we wschodniej części Białostocczyzny, gdzie mieszkają Białorusini, z pominięciem jakichkolwiek zasad i procedur.
W 1980 roku w wykazie nazw miejscowości pojawiła się wieś Krągłe w gminie Dubicze Cerkiewne, miejscowym znana jako Kruhłe. Zmiany nie ogłoszono w „Monitorze”, nikogo o niej nie poinformowano, tym bardziej z nikim nie konsultowano.
Samohrud w gminie Szudziałowo, w dziewiętnastowiecznym „Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” zapisany jako Samogruda, nieoczekiwanie zyskał nazwę Samogród. Zmiana w brzmieniu niewielka, tyle że bezsensowna w warstwie znaczeniowej, hrud bowiem to nieco wyżej położone, suche miejsce w podmokłej okolicy, a gród to miasto, którym nigdy Samogród nie był.
Borsukowina w gminie Krynki i Borsukowina w gminie Michałowo to urzędowo Borsukowizna.
Kolonia Dubownik, część Supraśla, przemianowana została na Dębownik. W tymże Supraślu jest ulica Brzozówka, ślad po rzeczce, która w jeszcze w „Słowniku miast i gmin PRL” Stanisława Rosponda z roku 1984 nazywała się Berezówka.
Litwin Łuh w gminie Szudziałowo zniknął, zamienił się w Litwinowy Ług. W słowie łuh (miejsce podmokłe, zapadlisko, w którym stoi woda) gdzie się dało zamieniono h na g, jest więc Hały Ług, Biały Ług, Kozłowy Ług i tak dalej. Na podobnej zasadzie Holakowa Szyja w gminie Hajnówka stała się Golakowa.
Dubnica w gminie Kuźnica w 1980 roku dostała drugi człon i jest teraz Dubnicą Kurpiowską. A Kurpie gdzie indziej leżą...
Listę ciągnąć by można długo. Znalazłyby się na niej Stepki (od imienia Stepan) przekształcone w Stebki, Bindziuha w Bińdziugę, Mitłasze w Mikłasze, Hredeli w Gredele, Kleniki w Klejniki, Czochy w Czechy...
Wszystkie zmiany są jednokierunkowe. Nazwy są spolszczane, podciągane do jakiegoś bliżej nieokreślonego wzorca poprawności (zgodnie z tym wzorcem dopełnienie Wielkie okazuje się niewystarczająco polskie i zamienione zostaje na Duże; zamiast Jatwiezi Wielkiej w gminie Suchowola pojawia się zatem Jatwieź Duża; czy nie pora upomnieć się o Duże Księstwo Litewskie? - złośliwie pyta Janowicz), zacierane jest ich białoruskie brzmienie, gubiony sens etymologiczny. Nie ma znaczenia, że nikt nowych nazw nie używa. „Poznają, przyzwyczają się, będą używać” – zdają się mówić urzędnicy. Wszystkie zmiany dokonane zostały bez jakichkolwiek konsultacji, nikt o nie nie prosił, nikt o nich mieszkańców nie informował. Nie zawracano sobie głowy procedurami, nie marnowano papieru w „Monitorze Polskim”. Ci co lepiej wiedzą, wyrzucali z wykazu „niepoprawne”, wpisywali „poprawne”. Jednokierunkowość zmian polega i na tym, że tak jak łatwo zamiast „starego” wpisać „nowe”, tak niemal nie sposób do nazwy tradycyjnej powrócić. W tamtą stronę procedury można ominąć bezkarnie, w tę mnożą się groźnie. Rada gminy Gródek dwukrotnie, w odstępie kilkunastu lat, podejmowała uchwałę w sprawie zmiany urzędowej nazwy Bobków-Gród, nim przywrócono Bobkowy Hrud. Lokalne urzędy nie wykazują na ogół takiej cierpliwości i wiary w sens działań, a głos społeczników i organizacji społecznych jest lekceważony. Urząd chce rozmawiać z urzędem i tyle.
Niemoc, skłonność do rezygnacji z działania wymagającego stanowczości i wiary w jego sens, do niewychylania się, sprzeciwiania odgórnym zaleceniom, jest wśród urzędników powszechna.
Janowicz uwagę skupia jednak na mechanizmach psychologicznych, zwanych przemocą symboliczną.
Według popularnej definicji przemoc symboliczna – która rzeczywistej przemocy nie wymaga – polega na uzyskiwaniu różnymi metodami przewagi przez grupy dominujące nad grupami podporządkowanymi i realizacji własnych celów w taki sposób, by podporządkowani uznali punkt widzenia i ocenę sytuacji dominujących za oczywistą i naturalną, korzystną także dla siebie, by – chociaż są ofiarami – w ogóle tak siebie nie postrzegali. Przez pryzmat przemocy symbolicznej spoglądać można na stosunki społeczne, relacje między kobietami i mężczyznami, a także więzi łączące ludzi różnych ras i wyznań. Białoruska mniejszość narodowa w Polsce również jest, jako zbiorowość, poddawana przemocy symbolicznej. Analizowała tę kwestię przed laty prof. Elżbieta Czykwin.
Białorusini przez lata uwewnętrznili przekonanie, że ani prawosławna wiara, ani ruski język nie są tym, czym należy się chwalić, co podnosi ich wartość w otoczeniu. Kiedy stołeczny urząd z naciskiem podkreśla, że „tu jest Polska i wszystko ma być po polsku, nazwy też”, trzeba wysiłku i odwagi, by się mu przeciwstawić. Nie każdy mieszkaniec będzie zgłaszał postulaty powrotu do dawnych nazw, nie każdy będzie się przy nich upierał, zwłaszcza że musiałby ponieść związane z tym koszty – miejscowość już nazywa się inaczej, trzeba by wymienić dokumenty itp. Białoruska inteligencja, organizacje społeczne (za Jarosławem Janowiczem stoi Białoruskie Towarzystwo Historyczne, jego działania popierają m.in. Sakolszczyna, Terra Incognita, Towarzystwo Ochrony Krajobrazu, ale przez wielu jest on traktowany jak szaleniec, który nie wiadomo czego chce, z pewnością jednak nie dobra rodaków), choć mają zapas energii i lęku nie czują, nie są traktowani jak partnerzy. Sposoby „kiwania” przez Komisję tych, którzy się z jej postanowieniami nie zgadzają, to obszerna – i zdumiewająca – część artykułu.
Autor trafnie zauważa, że Komisji nie zależy na rugowaniu historycznych ale wschodniej proweniencji nazw jako takich. Jakieś jeziorko, jakaś część Puszczy Augustowskiej, gdzie prawosławni od dawna zwarcie nie mieszkają, niech zachowają sobie ruski koloryt. Ale tam, gdzie to żywa kulturowa tkanka, lepiej, żeby nie była zbyt wyrazista. Komisja takich argumentów oczywiście nie wytacza, zasłaniając się najczęściej brakiem poparcia mieszkańców dla zmian (to znaczy powrotu do nazw tradycyjnych, spolszczanie niczyjej zgody nie wymaga).
Polska w nieodległej przeszłości doświadczyła już próby zatarcia w świadomości historycznych nazw pozostawionych przez mniejszość narodową, przemianowania ich na „swojskie ogólnopolskie”. Pod koniec lat siedemdziesiątych w Bieszczadach, z których kilkadziesiąt lat wcześniej wysiedlono miejscową ludność, na nowo nazwano i osady, i szlaki, i góry. Niekiedy wspierano się fantazją, niekiedy słownikiem, dzięki któremu smrek zastąpiono świerkiem, a to co wyżne – górnym. Rok 1980, kiedy śmiało i głośno zaczęto wyrażać opinie, a wcześniej jeszcze wsparcie autorytetów, z Jarosławem Iwaszkiewiczem, położyły kres fałszerstwu.
Białostocczyzna to nie Bieszczady, wsie nie stoją opuszczone, to co białoruskie jest po prostu powoli wymywane, „dla dobra tutejszych”, „żeby było jak wszędzie”. Jeżeli jednak będzie tu „jak wszędzie”, jeżeli okolice zamieszkane przez Białorusinów przestaną się czymkolwiek różnić od tych czysto polskich, stratę poniesie całe Podlasie, usiłujące ze swej wielokulturowości uczynić turystyczny wabik, znak rozpoznawczy.
Nad utratą takiego użytkowego, komercyjnego waloru można by rąk nie załamywać. Problem jest jednak dużo poważniejszy i nie dotyczy wyłącznie Białorusinów. To problem istoty kultury jako takiej i kultury narodowej, rozumianej nie tylko jako kultura Polaków. Tak z pozoru łatwe i niewiele znaczące zmiany nazw, zaciemniające, fałszujące obraz lokalnego świata, zubożą wszystkich mieszkańców naszego kraju. Białorusinów szybko, do Polaków dotrze to nieco później.
Czyż to nie Komisja pisała: Nazwy są uznanym dobrem narodowym, ściśle związanym z historią i kulturą Polski. W nazewnictwie zawarte jest dziedzictwo i świadectwo przeszłości...
Dorota Wysocka
© Fundacja im. Księcia Konstantego Ostrogskiego