Numer 9(243)    wrzesień 2005Numer 9(243)    wrzesień 2005
fot.Mirosław Matreńczyk
Ślady wyrwane z zapomnienia
Grzegorz Jacek Pelica
(III)

   
   Do powiatu krasnystawskiego nie powinno się już nigdy wpuścić prawosławnego duchownego; powiat powinien zostać katolicki. Księżom trzeba ostro nakazać pilnować lepiej cerkwi niż parafialnego nawet kościoła i niech więcej oglądają się na wykorzenienie schizmy niż na swoje dochody, bo Bogu dzięki żaden z nich biedakiem w tym powiecie chyba nie jest.
   Takim wnioskiem dzielił się z biskupem lubelskim ks. Józef Widawski w piśmie przedstawiającym sytuację na styku prawosławia i obrządku łacińskiego. Rzymskokatolicki duchowny na początku 1920 roku wychodził z założenia, że należy zagarnąć maksymalnie dużo cerkwi i majątku cerkiewnego, aby pozbawić Cerkiew prawosławną, w razie jej odradzania się, podstaw bytowych.
   Biskup Marian Leon Fulman podchodził z umiarem do takich wynurzeń. Widząc trudne położenie niektórych duchownych prawosławnych, będących od pokoleń mieszkańcami Lubelszczyzny, którzy pozostali na swoich placówkach, starał się przymykać oko, gdy któryś z księży rzymskokatolickich pozwalał na odprawianie nabożeństw i służenie Liturgii świętej.
   
   
Lata dwudzieste, lata trzydzieste...

   
   Ksiądz Aleksander Kadij syn duchownego z Łazisk w powiecie zamojskim, ks. Grzegorza Kadija, który w latach 1874-1875 przyjął prawosławie nie tyle pod naciskiem Kozaków, co pod wpływem perswazji zaprzyjaźnionego księdza łacińskiego [wcale nieodosobniony przypadek w Lubelskiem - przyp. GJP], znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Cerkiew na Lubelszczyźnie pozbawiona struktur, brak środków na dotarcie do biskupa Dionizego, a potem metropolity Jerzego, a na utrzymaniu żona z córką. W 1920 roku był na terenie powiatu jedynym księdzem prawosławnym, inni nie wrócili jeszcze z bieżeństwa. Zbliżał się front bolszewicki. Jemu i ks. Trofimowi Siemiackiemu bp Fulman zezwolił na odprawianie mszy w obrządku łacińskim i spowiadanie wiernych w diecezji. W praktyce wyglądało to tak, że po skończonej porannej mszy łacińskiej rozpoczynała się Liturgia śpiewana wschodnia przy bocznym ołtarzu. Kurhan z prochami cerkwi w Syczynie
   Jeżeli jakiś ksiądz prawosławny złożył przed metropolitą Andrzejem Szeptyckim katolickie wyznanie wiary, uchodził za duchownego grecko-unickiego i wówczas współcelebrował wraz z księdzem obrządku łacińskiego, spowiadając i uczestnicząc w dochodach. Było tak dopóty, dopóki komuś z neofitów rzymskokatolickich [z prawosławia - GJP] nie zaczęło uwierać używanie języka ruskiego lub rosyjskiego, czy też niezbyt poprawne uczestniczenie w obrzędach łacińskich i nieumiejętne posługiwanie się łaciną, obowiązkowym i jedynym wówczas językiem liturgicznym w Kościele rzymskokatolickim. Zdecydowanie przerwano takie praktyki, gdy dochodziło do ukrainizowania obrzędów, głównie poprzez księży z Galicji.
   Ks. Kadij otrzymał, po stwierdzeniu zajęcia przez proboszcza rzymskokatolickiego w Grabowcu majątku ruchomego i nieruchomego (ziemskiego), jednorazową zapomogę w wysokości 50 tysięcy marek od biskupa lubelskiego. W piśmie ordynariusza lubelskiego z 7 lipca 1922 r. czytamy: Niniejszym pozwalamy ks. Aleksandrowi Kadejowi, kapłanowi obrządku grecko-katolickiego, odprawiać mszę św. czytaną w kościołach katolickich do dnia 1 września 1922 roku. Ale przedłużenia być nie mogło.
   Stosunki narodowościowe zaczęły się zaogniać, a poza tym stała się rzecz dla niektórych nieprzewidywalna - z bieżenstwa zaczęli gremialnie powracać prawosławni wierni i księża, domagając się swoich parafii, majątków ziemskich, budynków cerkiewnych itp. Sam ks. Kadij po przejściu na obrządek grekokatolicki (złożył wyznanie wiary w cerkwi św. Jura we Lwowie) stoczył się moralnie, choć niektóre zeznania na jego temat są wysoce wątpliwe, zważywszy okoliczności ich gromadzenia i osoby, np. zamojskie prostytutki. Biblia mówi wyraźnie, że są takie profesje, które wykluczają wiarygodność osób je wykonujących i z góry nasuwają podejrzenie o krzywoprzysięstwo... Jednak intryga o faktycznym podłożu materialnym przyniosła efekty.
   Wobec presji otoczenia, głodowych warunków materialnych i sfrustrowania sytuacją militarno-polityczną, załamali się tacy duchowni jak Gapanowicz czy Mikołaj Szymański, były lekarz dywizyjny w armii gen. Stanisława Bułak-Bałachowicza i duchowny-konwertyta z Żulina. Ostatni raport o stanie parafii prawosławnej Opieki Matki Bożej w Żulinie koło Chełma z 1926 roku znajduje się w Archiwum Archidiecezjalnym Lubelskim, chociaż jego miejsce, nawet zdaniem tamtejszego wikariusza generalnego ks. Zenona Kwieka, powinno być w warszawskiej metropolii prawosławnej. Poukraiński budynek parafialny, potem także szkoła
   Proboszcz w Siedliszczu nad Wieprzem, ks. Stanisław Skulimowski, późniejszy zasłużony kapelan AK, okazując serce jednemu z księży prawosławnych sam naraził się na oskarżenia i usunięcie z parafii. W zajętej przez łacinników cerkwi w Siedliszczu pozwalał na sprawowanie służby Bożej prawosławnej, ponieważ było tam paręset wiernych, rozsianych w okolicznych wioskach. Donos do kurii biskupiej w Lublinie wyszedł ze środowiska konwertytów, nadgorliwych neofitów. Nie podobało im się, że oni zmienili obrządek na łaciński, a ich batiuszka i część znajomych w kościele, byłej cerkwi, odprawia nabożeństwa, wywołując wielkie zgorszenie u ludzi.
   Wielkość ducha ks. Skulimowski ujawnia nawet w obliczu opuszczenia parafii. Tak pisał do biskupa, który rozumiał motywacje kapłana, ale nie mógł nie wyjść naprzeciw żądaniom wiernych: Czy jego (księdza prawosławnego) nabożeństwo wywołało wielkie zgorszenie nie wiem, chyba u tego, kto nigdy nie bywa w kościele dla nie-sympatii ku swemu proboszczowi; że ten ostatnio, przypuszczam, ma co jeść, a z nim się nie dzieli. List nosi datę 14 maja 1920 roku, a chodzi o prawosławnego duchownego, który miał troje małych dzieci.
   Po odejściu z Siedliszcza prawosławnego duchownego jego miejsce zajął jezuita ks. Marcin Dominik, próbując "nawracać" prawosławnych, pozbawionych opieki duchowej. Bezskutecznie. Prawosławni woleli korzystać z posługi nieetatowego duchownego z Mogielnicy lub księży z Chełma czy Syczyna. Mniej ugruntowani w Tradycji stali się adwentystami, baptystami, hodurowcami. Inni całkiem odeszli od wiary chrześcijańskiej, związawszy się np. z ruchem komunistycznym.
   Ks. Skulimowski zapisał piękną, honorową kartę. Ponieważ lata 1920-1921 były okresem, gdy niektórzy katolicy i neofici okazywali na wyścigi niechęć do wszystkiego, co rosyjskie, a Cerkiew kojarzono z uciskiem carskim, zapał niektórych osób kierował się ku niszczeniu ikon, kopuł, krzyży i wystroju cerkwi. Im ktoś był bardziej bezczynny w wyzwalaniu ojczyzny od ucisku zaborców i najazdu bolszewików, tym gorliwiej chciał zabłysnąć na firmamencie "patriotyzmu", gdy za takie czyny nie groziła utrata życia czy wolności. W Siedliszczu zniszczono nawet ikonę czczonego powszechnie w wielu obrządkach św. Mikołaja Cudotwórcy, tylko dlatego że jego strój "był podobny do szat liturgicznych popa". Księdz Skulimowski nie potrafił zaakceptować faktu, że jego parafianie naśladują działania barbarzyńców. Chętnie przystał na propozycję biskupa Fulmana, który przeniósł go do parafii Borów koło Zaklikowa. Zginął podczas okrutnej pacyfikacji Borowa przez hitlerowców 2 lutego 1944 roku podczas ostrzału artyleryjskiego. Zwęglone zwłoki kapłana, próbującego ratować kościół i utensylia, znaleziono obok spalonej świątyni. O tym, że był bardzo ceniony przez miejscową społeczność, niech świadczy fakt licznych intencji, zamawianych corocznie w rocznicę jego męczeńskiej śmierci.
   
   
Grób prawosławia w Syczynie...

   
   Wioska, której południowy kraniec jeszcze zahacza o Chełmszczyznę z jej pagórami, a północno-wschodni zatopiony już jest w pejzażu Podlasia, z polesko-lubelskimi "laskami, karaskami i piaskami". Na południu pobielone kredą gleby pod rzepak, na północy bagienne łęgi z iwami i podmokłe lasy pełne grzybów i ryb w stawach. Około 1620 roku - duża parafia unicka po przejściu z prawosławia. Po pierwszej wojnie w 90 procentach prawosławna wioska z dwiema cerkwiami - prawosławną Matki Bożej z 1912 roku i pounicką św. Jana Bożego (z około 1871 roku). Stalowy pomnik z oderwanym krzyżem prawosławnym naprzeciwko rzymskokatolickiego kościoła przypomina o korzeniach tutejszego ludu.
   - I komu to przeszkadzało - nie bez wzruszenia i żalu mówi, wskazując na uszkodzoną figurę, Bronisław Kister, urodzony syczyniak, obecnie mieszkaniec Wierzbicy koło Chełma. Do rozmowy sprowokowało nas odezwanie się dwóch starszych mieszkanek Syczyna podczas peregrynacji Jasnogórskiej Ikony 23 lipca 2005 r. Kiedy biskup Mieczysław Cisło wspomniał w dopowiedzeniu po mszy św. o spalonym kościele, kobiety dość głośno podkreśliły: "To była cerkiew!".  żeliwny krzyż w miejscu, gdzie stała cerkiew
   Ale warto powrócić do okresu przed ostatnią wojną światową. Syczyn był wówczas samodzielną etatową parafią z dwoma księżmi prawosławnymi.
   Zanim ks. Jan Szczutko z Syczyna znalazł się wśród tzw. hodurowców, sporo zaszkodził prawosławiu. Zaczęło się od przejścia na neounię, który to zamiar zimą 1927 roku przedstawił nauczycielowi z Chutcza w powiecie chełmskim. Tamten, przerażony postawą wikariusza, którego pobudki dalekie były od ewangelicznych - chodziło o spodziewane profity od biskupa Henryka Przeździeckiego za przejście na neounię wraz z wiernymi z parafii Syczyn - ostrzegł przed tym władze Kościoła prawosławnego w Warszawie. Dekret o zasuspendowaniu duchownego odczytał w Syczynie osobiście dziekan chełmski Olimpiusz Denisiewicz. Jako jeden z sześciu motywów decyzji władz cerkiewnych podano "nałogowe pijaństwo". Fakty mówiły o zbytnim manipulowaniu kapłanem, podrzucaniu mu w czasie imprez alkoholowych plotek jako informacji prawdziwych. Duchowny nie wytrzymał próby czasów i ciśnienia historii. Ale wiara parafian wzmocniła się i nie były w stanie zachwiać jej nawet prądy narodowo-laickie, bardzo silne w tych stronach.
   Radykalizacja nastrojów nastąpiła w okresie burzenia cerkwi i nakazanej zmiany języka liturgicznego na polski. Podczas kazań jesienią 1938 roku wierni przeważnie wychodzili z cerkwi na znak protestu - nie przeciwko polszczyźnie, której najczęściej używali na co dzień, lecz przeciwko niszczeniu świątyń, na znak solidarności z cierpiącym prawosławiem w II RP. Próba złamania wiernych poprzez podesłanie kontrolowanej sekty, nie powiodła się. Dopiero akcje wysiedleńcze w latach 1944-1947 pozbawiły Syczyn jego prawosławnego charakteru.
   W Syczynie spotykam żywą historię. - Bóg nie zostawia człowieka bez opieki i pomocy. Było nas dziewięcioro dzieci - opowiada pan Bronisław - czterech braci i pięć sióstr. Wychowywałem się od okupacji bez ojca. Byłem jeszcze małym dzieckiem (rocznik 1934), kiedy umarła matka i zostaliśmy sami. I wtedy kazano nam się wynosić z poukraińskiego naszego domu, bo tam mieli robić kołchoz. Nie daliśmy się. Nie wiem, w jaki sposób nauczyłem się grać. Przez trzydzieści lat graliśmy z braćmi na weselach po całej okolicy, nawet za Lublinem i jeszcze dalej. Dziś jestem po wylewie, ale pamiętam to, o co pan pyta. Tu gdzie teraz kościół, stała cerkiew prawosławna. Spaliła się w maju 1953 roku, jak wywieźli stąd prawosławnych Ukraińców, a przybyli osadnicy zza Buga. Akurat wyszła nasza pierwsza, z moją przyszłą żoną, zapowiedź, a wesele zaplanowane było na 22 maja 1953 roku. Z cerkwi została kupa popiołu i niedopałki drewna...
   - Nikt nie próbował ratować? Przecież od dawna mieliście tu straż pożarna.
   - Kościół, czyli ta dawna cerkiew, była budowana z resztek przedwojennej cerkwi i kirchy niemieckiej z Bachusa. A plebania z plebanii ewangelickiej w Bachusie...
   - Cudze nie pasie?...
   Pan Bronisław przełyka i ociera łzy. Prosi, aby odczekać kilka minut.
   - Niepotrzebnie im zabierali. O tu, widzi pan, była szkoła, "Proświta" czy "Ridna Chata". Teraz jest świetlica i ktoś mieszka - wskazuje na dom naprzeciwko kościoła parafialnego. - Te resztki, popioły cerkwi, co była kościołem, zebrali i wywieźli na cmentarz. I tam na katolickiej części jest kopiec, taki kurhan usypany, jakby jeden z grobów. Możecie przejść, to kilometr za wioską, pod lasem. Tam jest cmentarz prawosławny, katolicki i nowy katolicki, bo stary się zapełnił.
   Rzeczywiście, na cmentarzu katolickim rzuca się w oczy pokaźny kurhan, a na nim kilka krzyży. Taka "mała Grabarka". Strugi deszczu wyżłobiły rowki i bruzdy. Wypłynęły zwęglone szczątki świętego miejsca modlitwy. Czarne jak żal. Mój syn Kazimierz za parkanem oddzielającym starą i nową część cmentarza odszukuje stare nagrobki, zapisane cyrylicą modlitwy...
   - To miał być koniec z prawosławiem - dopowiada sędziwy rozmówca.
   - I komu jest lepiej...
   Organista w Syczynie, który sam komponuje melodie do tekstów liturgicznych, wykonał przed Jasnogórską Ikoną Bogarodzicy pieśni: "Mario, Matko polskiej ziemi" i "Zbliżam się w pokorze". Organowo-chóralne wykonanie na melodię tutejszą, którą skądś znam. Ależ tak! Jedna z nich to ukraińska dumka. A przecież organista nic nie ma wspólnego z prawosławną historią Syczyna. Czy to magia miejsca? Tak w Hrubieszowie śpiewała na Wielkanoc chata z Kryłowa, która cerkwią była. Ale o tym później.
   
   fot. autor
   

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token