Numer 6(240)    czerwiec 2005Numer 6(240)    czerwiec 2005
fot.
Smak paschy
Anna Rydzanicz

   W rodzinie Żerelików od czterech pokoleń mężczyźni o imieniu Jan zajmowali się żakowaniem w cerkwi. Jan Żerelik był trzecim z kolei Janem, a czwartym żakiem w rodzie, bo wyjątkowo jego dziadka ochrzczono Mitrofanem.
   
   Kiedy przyszedł na świat, 20 grudnia 1914 r., ojca nie było w domu. Jan Żerelik senior poszedł na wojnę. Matka i babcia zajmowały się dwójką dzieci i gospodarstwem. Nie było im łatwo. Ojciec wrócił z wojny i urodził się czwarty z kolei brat, ale podobnie jak ten urodzony przed Janem, umarł. Dopiero w 1919 roku urodziła się Petronela.
   Jako ośmioletni chłopiec przeżył śmierć dziewięciomiesięcznej siostrzyczki Marysi.
   - Ciężko zachorowała i miała wysoką gorączkę. Mama poszła wydoić krowę, zostawiła mnie przy niej - wspomina. - Miałem zwilżać jej usta, ale zaczęła się dusić. Widziałem, jak z jej ust wylatuje kolorowa bańka, leci do sufitu i znika, nie pozostawiając mokrego śladu. Byłem małym chłopcem i wytłumaczyłem sobie, że to musiała być jej dusza.
   Miejscowe dzieciaki bawiły się w udzielanie ślubów. Byli i swatowie, i kumowie, krótko mówiąc - pełen ceremoniał. Jana koledzy ożenili z Dorką, dziewczynką z sąsiedztwa.
   - Jeszcze do szkoły nie poszedłeś, a już się ożeniłeś - żartował sobie z Jana ojciec.
   W 1920 roku poszedł do szkoły. Po dwóch tygodniach nauczycielka zorientowała się, że mały Wanio, tak po łemkowsku nazywano Janów, potrafi pisać i czytać, a także zna tabliczkę mnożenia do stu. Stało się tak za sprawą starszego o rok kolegi, który dokuczał pierwszoklasiście, że jest już żonaty, a pisać nie umie. Wtedy ambitny Wanio na tabliczce wypisał dane kolegi - Wasyl Błaszczak, syn Andrzeja. Po przerwie do klasy wróciła nauczycielka i Wasyl doniósł o tym pani. Ta nie dowierzając, że sześciolatek był do tego zdolny, poleciła chłopcu czynność powtórzyć. Nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła, bo powiedziała "Niemożliwe" i Wanio musiał pisać dane kolegi po raz trzeci. Cerkiew prawosławna w Banicy z 1931 r., rozebrana w 1947 r. Zdjęcie wykonał w 1934 r. kierownik szkoły w latach 1934-1939, Zygmunt Safian
   - Z wrażenia pocałowała mnie w czoło, wzięła za rękę i zaprowadziła do drugiej klasy - śmieje się pan Jan i wyjaśnia: - Nauczyłem się pisać w czasie zabaw ze starszym o trzy lata bratem Mikołajem.
   
   W trzeciej klasie
   
   do szkoły przyjechał z wizytacją inspektor. Zapytał nauczycielkę, czy dzieci są świadome swojej tożsamości narodowej.
   - Mnie zapytał pierwszego: Kto ty jesteś? Ja mu na to: Rusyn mały. On pyta dalej: Jaki znak twój? Odpowiedziałem: Nam ne dały i usłyszałem: Dosyć! Nauczycielka zrobiła się czerwona na twarzy.
   Innych dzieci już nie wypytywał, tylko udzielił nauczycielce reprymendy, że dzieci z mniejszości narodowych nie należy uczyć podobnych wierszyków, bo one wypaczają ich poczucie wartości.
   - Serce dziecka jest dowodem, jakim są narodem - przypomina słowa inspektora Jan Żerelik.
   Maria Chylakówna, Łemkini, obawiała się poważniejszych konsekwencji wizytacji, ale nic się nie stało. Pożegnała inspektora i wróciła do klasy. Z poczuciem ulgi ucałowała rezolutnego dzieciaka i od tej pory stał się on jej prawą ręką. Kiedy wychodziła z klasy, pilnował i sprawdzał, czy dzieci odrabiają lekcje.
   - Bardzo się przy tym starałem. Nieważne, czy to był polski, czy rachunki. Czasami pani żartowała: - Jak to jest Waniu, że przy tobie dzieci piszą staranniej niż u mnie. Ja jej na to: - Proszę pani, nie wystarczy raz wytłumaczyć, bo nie wszyscy tak samo rozumieją - śmieje się wspominając tamte czasy.
   
   Wieczorami w domu
   
   opowiadano niesamowite historie z życia mieszkańców okolicznych wsi. One zastępowały radio czy telewizor i były przekazywane z pokolenia na pokolenie.
   - W Izbach mieszkał człowiek, który trudnił się handlem bydła - zaczyna się jedna z takich opowieści. - Właśnie miał odebrać stado z Węgier. Działo się to zimową porą. Przekroczył granicę polsko-słowacką, okazało się, że trzeba zawrócić z powodu zasp. Wracając, poczuł jak coś z znienacka wskoczyło mu na plecy. Na szczęście miał na sobie czuhę, kożuch, w jaki ubierali się Łemkowie. To częściowo ochroniło go przed drapieżnikiem. Nie mając nic do stracenia, chwycił napastnika za łapy i ciągnął. I szedł z nim kilka kilometrów, zanim trafił do domu.
   Jakie było zdziwienie domowników, gdy w drzwiach stanął gospodarz z martwym wilkiem na plecach. Ciągnął tak mocno, że zwierzęciu na plecach pękła skóra.
   Musiał to być mocny mężczyzna, skoro sam wybierał się dla niepoznaki przez granicę - podsumowuje pan Jan.
   W czasach dziadków i rodziców Jana Żerelika bosorkami na Łemkowszczyźnie nazywano kobiety, które w powszechnej opinii trudniły się czarami. Takie kobiety potrafiły sprawić, że krowy przestały dawać mleko, a inne zwierzęta chorowały i zdychały. Pod wpływem spojrzenia bosorki mogło też zachorować dziecko.
   - Najpierw trzeba było mieć dowody. Do takiej kobiety szedł ksiądz z Ewangelią i czytał Słowo Boże, aby zrozumiała, że źle czyni i wyrzekła się złego - wyjaśnia. chór cerkiewny, drugi z lewej stoi Jan Żerelik. Zdjęcie w 1943 lub 1944 r. wykonał ks. Stefan Biłyj
   We wsi było kilka niezamężnych matek. Dawniej takim kobietom przez dziewięć miesięcy nie wolno było przekraczać progu cerkwi, stały pod dzwonnicą.
   Pan Jan pamięta, jak w czasach księdza Fecicy wierni w kilku przypadkach domagali się zachowania takiego porządku rzeczy. Ksiądz wtedy tłumaczył, że nie należy tak czynić, bo nie należy źle osądzać drugich, a jedyną ich winą jest to, że są kobietami. Ostatecznie jednak zakaz zlikwidowano.
   Wspomina prowadzoną przez ojca na przełomie wieków XIX i XX szkołę dla diaków, tzw. diakówkę, gdzie przez dwie zimy młodzież przychodząca na zajęcia uczyła się czytać po cerkiewnosłowiańsku. Uczyli się też dorośli, mężczyźni i kobiety, wszyscy z zapałem. Każdy potrafił posłużyć się książeczką do nabożeństwa.
   - Dziś na parafii niestety już młodzież nie ta sama.
   Ksiądz grekokatolicki miał 35 sztuk bydła i dwie lub trzy pary koni. Zrobiło się skromniej, kiedy od 1928 roku większa część wiernych
   
   wróciła do prawosławia.
   
   Wierni prawosławni nie mieli ani cerkwi, ani plebani. Duchowni prawosławni pomieszkiwali u kilku gospodarzy.
   Wieś dzieliła się na części, nazywane od miejsc charakterystycznych. W Banicy takim miejscem była Kaczmarówka.
   - Być może jej nazwa pochodzi od karczmarza lub mógł tam kiedyś mieszkać jakiś Kaczmar - zastanawia się pan Żerelik. - W Banicy było jeszcze Sołtysostwo, bo tam mieszkało aż ośmiu kolejnych sołtysów. Następnym odcinkiem wsi była Chlebówka. Dalej Byrdówka, gdzie mieszkaliśmy, i Melmówka od nazwiska Melma - wymienia bez trudu.
   W 1927 roku zmarł ksiądz Michał Fecica, który choć był grekokatolickiego obrządku, przekonaniami skłaniał się ku prawosławiu.
   - Nie lubił mówić o prymacie Rzymu i bliższa mu była liturgia prawosławna. Najbliższy był mu apostoł Jan, poprzez którego ludzie zostali usynowieni przez Boga. Z kolei o świętym apostole Piotrze mawiał: Bóg kazał mu być dobrym i złym. Tym, który zdradził.
   We wsi przez jakiś czas nie było księdza. Ludzie zaczęli spotykać się i skłaniać ku prawosławiu. Spośród dziewięćdziesięciu sześciu numerów przy grekokatolicyzmie zostało tylko dwadzieścia pięć domów.
   Prawosławne nabożeństwa odbywały się w prywatnych domach przez trzy lata.
   W 1931 roku wierni wybudowali w głębi wsi, dwieście metrów dalej, nową cerkiew także św. św. Kosmy i Damiana, którzy starej cerkwi patronowali od drugiej połowy XVIII wieku. Tak więc w Banicy stały dwie cerkwie, mające za patronów tych samych świętych.
   Początkowo nie mieli własnego księdza, gościnnie przyjeżdżali duchowni z Piorunki i Śnietnicy. Dopiero w 1937 roku przyszedł Maksym Sandowicz. Zamieszkał u diaka Rydzanicza i został pierwszym proboszczem na stałe. Po roku przeniósł się do Uścia Ruskiego, a do Banicy przyszedł ksiądz Anatol Klucz. W 1941 roku wyjechał w rodzinne strony na Chełmszczyznę. Tam prawdopodobnie zginął.
   Jego następcą został Stanisław Detko. To był ewenement, Polak, podobno dawny kapłan Kościoła polsko-narodowego, nauczył się liturgii prawosławnej. Zgubiło go nieoddawanie plonów Niemcom. Przyszli, zabrali i słuch po nim zaginął.
   Plebanię wybudowano dopiero w 1943 roku, za księdza Stefana Biłego, niedaleko Żerelików. Na ten cel zakupiono świetlicę i rozbudowano na potrzeby plebanii.
   Księdza Biłego baniczanie wspominają jako tego, który zorganizował w cerkwi prężny chór, zbierał młodzież i uczył ją śpiewać. Z zamiłowania fotoamator, posiadał aparat fotograficzny i robił zdjęcia parafianom. Kilka starych fotografii zachowało się do dziś.
   Wraz z powrotem do prawosławia zmieniły się też zwyczaje. Podczas wielkich świąt, jako wierni Cerkwi grekokatolickiej, wyruszali procesją w lewą stronę świątyni, wraz z kierunkiem słońca. W cerkwi prawosławnej procesja szła w drugą stronę, zgodnie z obrotem ziemi, na spotkanie wschodu słońca.
   - Zaczęliśmy iść ku światłości światła. To oddawało sens prawosławia - wyjaśnia teolog z zamiłowania.
   Powoli też zaniechano oblewania się wodą w drugi dzień świąt, tłumacząc to tym, że po zmartwychwstaniu Jezusa Żydzi każdemu, kto mówił o tym, zalewali oczy wodą, aby zafałszować prawdę. Krynica, rok 1945, pierwszy z lewej stoi Jan Żerelik
   Wielkim świętem był Wjazd Jezusa Chrystusa do Jerozolimy nazywany Kwitną Nedilą. W Banicy obchodzono je szczególnie uroczyście, tak jakby to był chramowy prazdnik. Wokół cerkwi szła procesja, a wszyscy ludzie nieśli palmy.
   
    Przed świętami Paschy
   
   wszyscy starali się dobrze przygotować, aby świąteczny czas przeżyć zgodnie z kanonami Cerkwi. Gospodarze starali się namłócić zboże na mąkę i przygotować paszę dla zwierząt.
   Kobiety wędrowały na zakupy do Śnietnicy lub Krynicy. Na plecach przynosiły lepszą mąkę do wypieku pasch, cukier.
   - Nie było tak wystawnie jak dzisiaj, ale też nie biednie - wspomina. - Niektóre gazdynie jak upiekły paschę, to smakowała lepiej niż naczynka.
   Naczynka to było ciasto drożdżowe z mąki pszennej, pieczone często w roku, zaś paschę wypiekano tylko na Wielkanoc, więc gospodynie starały dodać do niej wszystko co najlepsze. Dawało to taki efekt, że do dziś żadne aromaty nie są w stanie wskrzesić tamtego smaku.
   - Jakoś Bóg tak dał, że wszystko było własne, naturalne - stwierdza Jan Żerelik.
   Niezapomniany pozostał smak górskiej wody, lodowatej, łamiącej zęby, że aż trzeszczało. Świeża, smakowała wyjątkowo. - Człowiek od razu czuł się lepiej!
   Na cmentarzu w Banicy zostało kilka nagrobków wypisanych cyrylicą. Zachował się grób księdza Mychaiła Fecicy oraz Kuźmy i Petra Krynickich.
   W niedzielę przewodnią duchowny z procesją wspinał się na cmentarne wzgórze. Przy grobie księdza odmawiano modlitwy za wszystkich zmarłych, potem woda święcona spadała na wszystkie mogiły. Nie było w zwyczaju, jak obecnie, modlić się przy każdym grobie. Nie dawano też karteczek na wypominki.
   
   Pierwsze nabożeństwo
   
   byłym baniczanom dane było przeżyć na samą Paschę w 1949 roku dzięki staraniom ojca Stefana Bieguna w Wilczkowie w powiecie Środa Śląska. W dawnych pomieszczeniach poniemieckiego folwarku urządzono prowizoryczną świątynię. W 1950 roku władze powiatu postanowiły utworzyć tam wzorcową spółdzielnię rolniczą i raptem okazało się, że nabożeństwa przeszkadzałyby w jej funkcjonowaniu.
   Początkowo próbowano znaleźć nowe lokum w samym mieście powiatowym, ale oferowany kościółek mógł pomieścić tylko pięćdziesiąt osób. Na pierwsze nabożeństwa na Zachodzie przyjeżdżało, bywało, i dwieście osób. Nie tylko byłych mieszkańców Banicy, ale innych z podlegnickich wsi. Sprzyjało temu idealne połączenie kolejowe z Malczycami. Wierni, aby pomodlić się w swojej cerkwi, pokonywali nawet pięćdziesiąt kilometrów. Do cerkwi przychodzili też grekokatolicy, którzy nie mogli się odnaleźć w Kościele rzymskokatolickim. Ze stacji kolejowej w Malczycach do Wilczkowa trzeba było iść tylko trzy kilometry.
   Niejaki Ligęza, kierownik Służb Bezpieczeństwa w powiecie, pochodzący z Nowego Sącza, przychylnie odniósł się do potrzeb prawosławnych parafian i w zamian zaoferował dawną poewangelicką świątynię w Malczycach.
   Jan Żerelik do dziś z goryczą wspomina śmierć ojca w 1951 roku, kiedy w Malczycach nabożeństwa nie odbywały się regularnie, więc poszedł do miejscowego księdza rzymskokatolickiego w Szczepanowie, który był tam dziekanem, prosić o posługę.
   - Jesteś schizmatykiem, heretykiem, odmieńcem i potępieńcem! - wspomina tamte trudne chwile. - Rozpłakałem się z żalu i odpowiedziałem, że gdybym wiedział, to bym nie przychodził, a obowiązkiem księdza jest pogrzebać każdego chrześcijanina. Powiedział, że kościelny wskaże mi miejsce w rogu cmentarza, gdzie grzebie się wisielców.
   Po kilku dniach żaka Żerelika pochował o. Biegun na cmentarzu, nieopodal cerkwi w Malczycach. Była to jedna z pierwszych mogił, która dała początek prawosławnej części tego cmentarzu.
   Z całkiem odmienną postawą księdza katolickiego spotkał się w 1947 roku, tuż po przyjeździe w Ujeździe Dolnym, gdzie najpierw zostali osiedleni. Wtedy poważnie zachorował ojciec i chciał się wyspowiadać. Sąsiad pojechał furmanką po kapłana do Ujazdu Górnego.
   - Według przepisów nie powinienem, ale pojadę, bo idę do chrześcijanina - uznał ksiądz.
   91-letni Jan Żerelik mieszka z rodziną w Szczepanowie koło Środy Śląskiej. Cieszy się dobrym zdrowiem i nieczęsto spotykaną bystrością umysłu. jego świadectwo szkolne
   Wolny czas poświęca literaturze z zakresu teologii i historii, bo są one jego pasją.
   Wszystko zawdzięcza Bogu i, jak skromnie wyznaje, modlitwom. To one uratowały go, kiedy był w poważnych opałach. W czerwcu 1947 roku w czasie przesiedlenia zatrzymano go na stacji w Gorlicach. Jego akta UB-owcy zatrzymali z zamiarem zrobienia z niego konfidenta. Obiecywali pieniądze.
   - Ja za pieniądze sumienia nie sprzedaję. Chcecie, to mnie aresztujcie - odpowiedział na propozycję. Próbowali go zastraszyć, ale był nieustępliwy i zostawili go w spokoju.
   W podobnym celu pracownicy UB nachodzili go na początku lat 50. w Szczepanowie. Przyjeżdżali przeważnie co miesiąc.
   Pewnego razu, o 11. wieczorem, pojawił się jeden z prośbą o przenocowanie. Jan Żerelik zażądał kartki od sołtysa, zezwalającej na nocleg. Ubek wykręcił się późną porą i tym, że sołtys śpi. Takie sytuacje powtarzały się często.
   Kiedyś nawet doszło do awantury, kiedy Jan skutecznie odmawiał współpracy. Przy pomocy sąsiada wyrzucili intruza za drzwi, dodatkowo strasząc go milicją.
   - Jeszcze takich ludzi nie widziałem - skwitował ubek.
   - Pan jeszcze mało widział, skoro nie widział pan uczciwych ludzi - odpalił wyprowadzony z równowagi Żerelik.
   Kolejnym razem zatrzymali go, gdy jechał z kolegą furmanką po nawóz do Malczyc. Kolega pilnował wozu, a ubek odciągnął go na stronę. Z jego kieszeni wystawała rękojeść broni.
   - Skończmy raz ten cyrk! Jestem winien, aresztujcie! Nie, to puszczajcie! - zdenerwował się Żerelik. - Chcę żyć normalnie.
   To musiało przemówić do natręta, bo zapewnił, że odtąd będzie miał spokój, tylko kazał zachować milczenie.
   Kiedy organizowano spółdzielnię w Szczepanowie, otrzymał wezwanie od sekretarza UB w Środzie Śląskiej. Żerelika upatrzono na prezesa, albo sekretarza, więc namawiano go, aby zapisał się do partii. Potem chciano, aby został sołtysem, ale wciąż odmawiał. W końcu zostawili go w spokoju.
   - W górach wszyscy byliśmy razem, a tu to jakby pozrzucano nas ze spadochronu. Młodzi powoli się asymilują. Wpadli w nienaturalny rytm życia. Ciągle za czymś gonią, a tradycja zanika - wzdycha z żalem.
   Smak paschy już nie jest ten sam.
   
   fot. archiwum Jana Żerelika
   

Opinie

[1] 2005-07-06 12:56:00 super
ciekawe

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token