Numer 8(230)    sierpień 2004Numer 8(230)    sierpień 2004
fot.Andrzej Karpowicz
W rytmie życia przodków
Doroteusz Fionik
Kilka lat temu Aleksander Wasyluk, ówczesny przewodniczący Bractwa Młodzieży Prawosławnej, zwrócił się do mnie z prośbą o poprowadzenie, w czasie pielgrzymki majowej, warsztatów etnograficznych na Świętej Górze Grabarce. Czy jest to ku temu właściwe miejsce i czas - rozmyślałem, jednak ostatecznie zgodziłem się. Chętnych było wielu. Młodzi ludzie z zaangażowaniem słuchali opowieści o obrzędowości weselnej i chrzcielnej. Za jedyny rekwizyt służył wyszywany ręcznik, nieodłączny atrybut białoruskiej kultury duchowej i materialnej.
   
    Zacznijmy więc od ręcznika. Obecnie powraca on coraz śmielej do naszych cerkwi. Te powroty idą w parze z odrodzeniem tradycyjnej ikonografii i pracami renowacyjnymi w świątyniach. Sczerniała ikona, wcześniej szczelnie osłonięta firanką, spiętą sztucznymi kwiatami, po konserwacji odkrywa pierwotny blask. Teraz warto zawiesić na niej ręcznik. A jeszcze kilkadziesiąt lat temu powszechnie zamieniano go na tanie firanki. Kilkusetletnie ikony, snycerskie ikonostasy uzyskiwały nowe atrybuty, jakże odmienne od rękodzielniczych. Kultura masowa na długi czas stłumiła poczucie tradycyjnej estetyki. Stłumiła, ale do końca nie zabiła. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia wyszywane ręczniki znowu zaczęły powracać do łask. Zagubiło się jednak ich znaczenie. dziewczęta z grupy Antrakt w ręcznie wyszywanych strojach, rok 2004
   O ile jednak tradycyjny ręcznik powraca do cerkwi, o tyle trudniej z tym w białoruskich domach prawosławnych. Ale tu dotykamy dwóch bolączek naszego bytowania - niewłaściwego miejsca ikony w naszych domach oraz nieposzanowania tradycji przodków. Jakże rzadko w nowoczesnych domach ikona zajmuje centralne miejsce w salonach czy pokojach. A tylko wówczas ręcznik naprawdę "pasuje" (piszę w cudzysłowie, bo nie jest to li tylko element dekoracyjny). Przyjrzyjmy się tradycyjnemu rozplanowaniu chaty-izby.
   Wchodząc do niej, od razu mamy przed oczyma pokut’, czyli święty kąt z rzędem ikon. W centrum zazwyczaj Zbawiciel z najpiękniejszym ręcznikiem, z boku ślubna ikona Bogarodzicy i ikony patronalne domowników. Człowiek wchodzący do takiej izby od razu czuje się jak w miejscu świętym, w małej cerkwi. Stąd, wchodząc do domu, ludzie zwykli byli czynić znak krzyża w stronę ikon na pokuti i witać gospodarzy chrześcijańskim .Sława Iisusu Chrystu. . .Gościnność była przy tym słowem nie pustym. Bo przecież w cerkwi każdy jest u siebie.
   W opowiadaniach dziadków często przewijał się motyw żebraka. Niegdyś takich było wielu. Wieloosobowe ich grupy siedziały przed cerkwiami na licznych odpustach. Co jednak większość z nich wyróżniało - modlili się szczerze za swych darczyńców. To samo czynili, kiedy chodzili za uproszonym ze wsi do wsi. Gospodarze starali się przyjmować ich w swoich skromnych domach, tak bowiem bezpośrednio pojmowano ewangeliczne słowa o miłości do bliźniego. Dzielono się z żebrakiem jedzeniem, dawano mu posłanie, prosząc go o modlitwy za przodków - diedów. Ich obecność w naszym życiu symbolizował białośnieżny ręcznik, a utkany lub wyszyty na nim wzór był swoistym kodem rodowym (podobnie było ze wzorami na pisankach, o czym pisałem kilka miesięcy temu). kobiety w tradycyjnych podlaskich białoruskich strojach ludowych, Stare Berezowo, rok 1924
   Nie chowajmy tego ważnego atrybutu naszej kulturowości wstydliwie, tak jak ikony w niektórych domach - za szafami. To jest przecież przesłanie naszych przodków, nie tylko w sensie materialnym. Na nim jest pot z ich czoła, radość święta i smutek rozstania. Ręczniki są symbolem ochrony domu przed złymi duchami (jeszcze dziś niektórzy w czasie Wielkiego Postu zawieszają ręcznikiem ekran telewizora) oraz oznaką nieskazitelności (trumnę z ciałem zmarłego dziecka niesiono na ręcznikach).
   Ręcznik jest również znakiem wyróżniającym. Starsi mieszkańcy podlaskich wsi pamiętają jeszcze, jak to było z powitaniem biskupa na granicach parafii. Jako pierwsi wyjeżdżali mu na spotkanie jeźdźcy na wierzchowcach, przepasani wyszytymi ręcznikami. Atrybut ten odgrywał bardzo ważną rolę na weselu.
   Dziś na weselu trudno spotkać starostę czy marszałka weselnego przepasanego wyszytym ręcznikiem. Zresztą sam urząd starostów poszedł prawie w zapomnienie. Problem leży nie tylko w odejściu od tradycji. Warto zwrócić uwagę na deficyt odpowiednich wodzirejów. Niegdyś bytowanie w zamkniętych społecznościach wiejskich kształtowało jednostki o nieprzeciętnym darze słowa i humoru. Byli to w rzeczywistości uzdolnieni aktorzy, którzy potrafili swoją energią obdarować weselników. Wszystko było przy tym wyważone, a akcja weselna narastała jak w teatrze. Uczestnicy stawali się jakby aktorami, znali bowiem przebieg obrzędów i wiedzieli, gdzie sami mogli się włączać. Początek był bardziej dramatyczny niż radosny - w domu panny młodej chór śpiewa pieśni, które mają ją doprowadzić do łez. A ona, ubierana przez drużki, rozmawia z dolą: Se dobra dola, jed’ do szlubu zo mnoju/ A se lichaja, płyń na more z wodoju... (Malinniki, gm. Orla). inscenizacja wesela w wykonaniu grupy Antrakt z Bielskiego Domu Kultury, Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach, rok 2000
   Przed młodą, na stole, leży piękny korowaj, tradycyjnie wypieczony przez zamężne kobiety w przeddzień wesela. Drożdżowy korowaj o nieco innej formie stoi też przed młodym w jego domu.
   Dziś zamiast korowaja na stołach weselnych stoją sękacze. Siła kultury masowej prawie całkowicie wyparła tradycyjne huski, czyli małe korowajki, którymi obdarowuje się gości. Podobnie stało się z ręcznikami i urzędem starosty weselnego. A przecież wystarczy trochę wysiłku, by ta uroczystość znów stała się niepowtarzalna. Jeżeli nie w rodzinach, to w Tyniewiczach, Malinnikach, Daszach czy innych miejscowościach znajdziemy osoby, które chętnie podzielą się swoją wiedzą o tradycyjnym weselu, wypieką korowaja i huski, a może podpowiedzą, kogo poprosić na starostę czy marszałka.
   Wspominam niedawne wesele, gdzie chrzestnym panny młodej był właściciel apteki. Rodzice nie poskąpili na pieczenie korowaja, a chrzestnemu poruczono pilnowanie. Przy wyjeździe do ślubu obchodził z nim trzykrotnie samochód, a potem trzymał korowaj w cerkwi w czasie ślubu. I był z tej roli bardzo dumny. inscenizacja wesela w wykonaniu grupy Antrakt z Bielskiego Domu Kultury, Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach, rok 2000
   Większość dzisiejszych mieszczuchów lub ich rodziców czy dziadków, nie da się ukryć, pochodzi ze wsi. Jeżeli nawet wszyscy przodkowie byli mieszczanami, to w takich starych ośrodkach miejskich jak Bielsk czy Drohiczyn większość ludności, obok rzemiosła i handlu, zajmowała się rolnictwem. Zarówno mieszkańcy wsi, jak i miasta żyli więc zgodnie z cyklem agrarnym. Zasiewali, pielęgnowali, zbierali, przetwarzali, doglądali dobytku. Czas pracy przedzielały święta, którym praca właśnie była podporządkowana. Święta i związane z nimi obrzędy miały bowiem zapewnić urodzaj i wyrazić wdzięczność Bogu za zebrany plon.
   Czy może dzisiejszy mieszczanin żyć dawnymi tradycjami agrarnymi? Trudno jest bowiem, nie uprawiając ziemi, nie zasiewając żyta, tradycyjnie świętować dzień św. Jerzego - Juryja. Ile bowiem radości jest w obchodzie z korowajem własnoręcznie zasianego pola, przetoczeniu się po życie swoim, nie cudzym... Połączeniu się z ziemią i jej oddechem. Potem z całą rodziną zasiadamy przy zasiewach, spożywamy posiłek, a dzieci biegają po polu, szukając cukierków, które wcześniej porozrzucał ojciec. Taka majówka, tyle że z głębszym sensem. Na ten dzień naprawdę czeka się cały rok.
   Co jednak zrobić, kiedy nie zasiewamy pola? Można wyjechać w taki dzień poza miasto, znaleźć zasiewy żyta, pokazać je dzieciom, rzucić w zboże święcone okruchy z paschalnego stołu. A może posiać kępkę żyta na przydomowych ogródku? Potem będziemy mieć własne kłosy na poświęcenie w dniu Uspienija Bogarodzicy. Bo wielu z nas nie ma teraz w swoich bukietach niesionych na Splenije kłosów zboża - podstawy naszego bytu. Poświęcone kłosy żyta zawsze przechowywano do zasiewów, kiedy z modlitwą rzucano je znowu do ziemi. A co zrobić ze słomą z wyhodowanego przez nas na ogrodzie żyta? Na przykład użyć do zrobienia pawuka-pająka, tradycyjnej ozdoby bożonarodzeniowej. Wspominam swego synka w wieku niemowlęcym. Nad jego łóżeczkiem cały czas wisiał taki słomiany pająk. .Maksim. godzinami mógł się mu przyglądać. Teraz sam już pomaga robić słomiane figury geometryczne do pawuka. Lubi też miesić ciasto, szczególnie te obrzędowe - na Błahowieszczenije. Wychodzą wówczas busłowy łapy, serpy, borony, żaworonki, czyli wszelkie znamiona wiosny. Niegdyś wszystkie białoruskie dzieci z Ziemi Bielskiej były takimi wypiekami obdarowywane na święto Zwiastowania. Potem biegły pod bocianie gniazda, by poprzekomarzać się z tymi domowymi ptakami.  dożynki rodziny Piotrowskich ze wsi Hołody koło Bielska Podlaskiego, rok 1957
   Polski etnograf .Jacek Olędzki., już w latach pięćdziesiątych badający tradycję wypieku ciast obrzędowych w okolicach Bielska, kilka lat temu zaskoczył mnie taką propozycją: - Niech pan zwróci się do hierarchii cerkiewnej, by wprowadzić zwyczaj święcenia ciast obrzędowych w cerkwiach na Zwiastowanie. Wtedy zwiększą się szanse na przetrwanie tradycji.
   Do tej pory nie miałem jednak odwagi zwrócić się do odpowiednich osób z taką ideą.
   Sposób na nauczenie najmniejszych dzieci tradycji przodków w wielkim mieście znalazła grupa rodziców dzieci białoruskich z Białegostoku. W Przedszkolu Samorządowym nr 14, w którym od 1995 r. istnieją oddziały białoruskie, jest realizowany projekt "Od obrzędowości do tożsamości". Jest to swoista forma teatru obrzędowego, którego twórcami i wykonawcami są dzieci, ich rodzice i nauczycielki. Teatr jest przy tym samokształceniowy, bowiem scenariusze tworzą nauczyciele wspólnie z rodzicami. Trzeba zebrać odpowiedni materiał etnograficzny, wykorzystując dostępne wydania oraz zapisy terenowe, wszystko przemyśleć, a przy tym samemu się nauczyć.
   Przez prawie dziesięć lat funkcjonowania tego teatru obrzędowego powstało osiem scenariuszy, z których każdy z powodzeniem był wielokrotnie zrealizowany. Zaangażowanie rodziców w przedstawienia było przy tym bardzo ważne, pomagało zbliżyć dzieci do obrzędów weselnych, chrzcinnych, Juryja czy maslenicy. .Barbara Piekarska., białostocka lekarka, jedna z głównych animatorek projektu, napisała: Poprzez wspólną zabawę w teatr chcieliśmy zaszczepić naszym dzieciom zainteresowanie i poszanowanie do wszystkiego co ojczyste - języka, kultury, tradycji, pamięci rodzinnej, samodzielnego poszukiwania swego miejsca w świecie miejskim. Bo bez wiedzy o swych korzeniach nie można czuć się człowiekiem pełnowartościowym. (cytat pochodzi ze wstępu do książki Ад абраднасцi да тоеснасцi, która ukazała się w roku bieżącym nakładem Związku Białoruskiego w Rzeczypospolitej. Wydanie zawiera osiem scenariuszy, zrealizowanych w ramach przedszkolnego projektu). w czasie jednej z ekspedycji etnograficznych w Krzywcu, od lewej Igor Iwaniuk, Anna Fionik, Nina Werszko, Maria Kowalska (śpiewaczki) oraz autor, rok 2001
   Postawa rodziców z białostockiego przedszkola jest pozytywnym przykładem zaangażowania w wychowanie dzieci i aktywnego przekazywania im kultury przodków. Bardzo ważne jest również to, że wielu z nich rozmawia ze swoimi dziećmi po białorusku. Niestety, w większości białostockich domów prawosławnych jest to rzadkość.
   Dziwię się bardzo, czemu tak jest również w Bielsku. Rozumiem, kiedy pokolenie rodziców jest już spolonizowane. Jest jednak coś chorobliwego w sytuacji, kiedy oboje rodziców rozmawiają po rusku, po swojomu, a do dzieci zwracają się po polsku. Traktujemy swoje dziecko jak cudze, odbierając mu pełnię radości przejmowania języka przodków i jednoczesnego obcowania w dwujęzyczności.
   Dziś każda prawie gmina chce mieć swą noc Kupały, Kupalle... Dla mnie nie jest to nic oryginalnego i bynajmniej wyróżniającego Białorusinów od innych narodów ościennych: Polaków czy Ukraińców... Tam te same atrybuty: woda i puszczanie wianków, skakanie przez ognisko. Reszta to zwykły festyn... Może to i dobrze, bo pokazuje wspólnotę Słowian... Wreszcie, konsoliduje Białorusinów przy wspólnej zabawie. Jeszcze jedna okazja do festynu, takiego największego i jedynego w swoim rodzaju - bo nocnego.
   Jednak podkreślanie, że Kupalle to najważniejsza tradycja Białorusinów Podlasia to przesada. Mamy przecież wiele tradycji wiosenno-letnich, które miały przy tym głęboki sens i treści. Weźmy chociażby wspomnianego Juryja, obrzędy wielkanocne z ich ohulkami i korowodami czy też korowód z kustem, prowadzony w dniu Świętej Trójcy. aktorzy obrzędowej grupy teatralnej
   Jak wiele radości, nie prymitywno-zmysłowej, przynosi naturalne obcowanie z tymi obrzędami, mogłem się niejednokrotnie przekonać. Po raz pierwszy odczułem to w Kożynie, kiedy .Maria Denisiuk i Maria Wawreniuk., śpiewając ohulki opowiadały jak w młodości spędzały wieczory w tygodniu od Wielkanocy do Niedzieli Przewodniej. Grupy młodzieży spotykały się nad Łoknicą, siadały na czółna i tak płynąc po rzece śpiewały ohulki. Obraz iście bajkowy, ale prawdziwy... Tam gdzie nie było rzeki, w takie wieczory młodzież zbierała się na wzgórzach, leśnych polanach lub po prostu, biorąc się za ręce, szła przez wieś z pieśniami.
   Taka wesoła kompania młodzieży miała swoją nazwę - w okolicach Siemiatycz była to ruojcia, Bielska Podlaskiego - żemerwa. Tę ostatnią nazwę upodobała sobie młodzieżowa grupa śpiewacza i rękodzielnicza z Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach. Żemerwa obecnie występuje z pieśniami, zapisanymi w czasie terenowych ekspedycji po Podlasiu. Niedawno była w Tokarach i ich okolicach. Mieszkała w budynku tokarskiej szkoły, nieodpłatnie udostępnionej przez wójta gminy Mielnik. Wyjeżdżała rowerami do Klukowicz, Wilanowa, Werpola i innych wsi. Tu młodzi ludzie szukali ludowych śpiewaków i opowieści o dawnych zwyczajach i obrzędach. Teraz, w sierpniu, na dorocznych Spasauskich zapustach, zaprezentują przed bielszczanami zapisane w czasie wyprawy pieśni żniwne.
   O ile jednak łatwo jest wczuć się w beztroskie śpiewanie wiosennych pieśni i prowadzenie korowodów, trudniej jest współczesnemu człowiekowi wejść w sytuację żniwiarzy sprzed dziesiątków lat... Jeszcze trudniej tych sprzed dwóch wieków, kiedy powszechnie na naszych wsiach praca przy żniwach była naznaczona brzemieniem pańszczyzny. Nad pochylonymi sylwetkami stał ekonom, pot spływał z czoła. Stąd w melodiach tradycyjnych pieśniach żniwnych tyle żałości i refleksji na życiem. Dopiero dożynki i ubranie perepelici były chwilą wytchnienia i radości. Potem na Splenije święcono kłosy ze świeżym ziarnem, by znowu rzucić je w przygotowaną glebę. Odwieczny rytm życia zataczał kolejne koło.
   grupa Żemerwa na festiwalu
   Od dwudziestu już lat dane mi jest przez Boga rzucać ziarno w ziemię. Dwadzieścia żniw i tyleż nadziei na plon. Wychowany na przedmieściach starego miasta mogłem zerwać z agrarnym rytmem życia przodków. Mogłem zerwać również linię językową, łączącą mnie z nimi, tak jak to uczyniła większość moich kolegów. Teraz mój syn jest sukcesorem tej spuścizny. Jakże przyjemnie jest popatrzeć, jak żona przed większymi świętami zawiesza na ikonach domu świeże, wyszywane ręczniki, a siostra otacza szacunkiem babciny ręcznik, wyszyty krzyżykiem wiele, wiele lat temu.
   
   fot. Elżbieta Siebiatyńska
   i ze zbiorów autora
   

Opinie

[1] 2004-11-19 16:39:00 Anna
Bardzo prosze , jeżeli ktoś zna przepis na korawaj, o przepis na to ciasto.
pozdrawiam.
[2] 2006-06-19 14:33:00 Nomak
POrzepis taki znajdziesz na forum serwisu http://www.rkp.w.activ.pl/
[3] 2006-06-19 14:33:00 Nomak
POrzepis taki znajdziesz na forum serwisu http://www.rkp.w.activ.pl/
[4] 2006-06-19 14:35:00 Pitol
> Dla mnie nie jest to nic oryginalnego
bo ma poganski rodowod?
[5] 2008-04-27 22:25:00 @@@
bardzo bym chciała trafić na takie warsztaty (etnograficzne o obrzędowości)
[6] 2011-01-20 21:28:00 @@@
kto może nauczyć robienia: pawuka, gwiazdy kolędniczej ?
[7] 2011-01-28 09:35:00 Natalia
Chyba dobrym adresem będzie Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach prowadzone przez Doroteusza Fionika

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token