Numer 8(230)    sierpień 2004Numer 8(230)    sierpień 2004
fot.Andrzej Karpowicz
Gdzie Serb, tam slava gdzie slava, tam Serb
Michał Bołtryk
- Mój dziadek Vasilje miał 24 chrześniaków i to go zgubiło... Mówi to Branko Cirlić, Serb urodzony w 1916 roku w miasteczku Pirot. Pan Branko od 1946 roku mieszka w Polsce.
   W 1946 roku zmarł dziadek Vasilje - rozpoczął opowieść pan Branko. - Z rana, jak każdego dnia od wielu lat, do drzwi dziadka Vasilja zapukała bratowa pana Branko, żona Dmitrija, prezesa sądu powiatowego w Pirocie. - Dzień dobry dziadku - mówiła. Potem stawiała przed dziadkiem konfitury, szklankę wody i kawę. I tego dnia dziadek Vasilje powiedział: - Wybaczcie, ale ja dziś do kawy nie wstanę.
   Bratowa pana Branko, zostawiwszy dziadka i śniadanie, popędziła do sądu, gdzie Dmitrij pracował. - Dziadek nie wstał do kawy - zawołała widząc męża.
   Dmitrij zostawił swoje prezesowanie i przybiegł do domu. - Co ci dziadku jest? - zapytał. - Nic mi nie jest - odpowiedział dziadek Vasilje zgodnie z prawdą.
   Na dwa kolejne dni kazał pozapraszać swoich przyjaciół. Ugościł ich gdy przyszli. Rozmawiał.
   Trzeciego dnia dziadek Vasilje powiedział: - Mam już dość. I zmarł.
   Żył po Bożemu, czynił dobro, na ile mógł, nigdy nie chorował, umarł bez cierpienia.
   Wnuk Vasilja, Branko Cirlić, jest slawistą i znanym tłumaczem z języka serbskiego i innych języków bałkańskich, autorem przewodników po Jugosławii i członkiem Związku Literatów Polskich. W warszawskim mieszkaniu na Powiślu opowiada dzieje swojej rodziny i swoją peregrynację po XX wieku.
   
   PIROT
   A więc Pirot.
   - Bardzo stare miasto. Już w II wieku przed Chrystusem przebiegała tędy via militaris. Obok stała twierdza. Z czasem powstało miasto. Podczas wykopaliska wykryto fundamenty bazyliki z połowy VI wieku. Branko Cirlić
   Pirot jest jednym z większych miast Serbii. Na początku XX wieku żyło w nim około 13 tysięcy ludzi, dziś 30 tysięcy.
   Na północny wschód od Pirotu leży Nisz. Koło Niszu urodził się Konstantyn Wielki, założyciel Konstantynopola. Mogę mówić - Konstantyn Wielki to mój sąsiad. Tam są pozostałości je-go pałacu. Odkopano jakieś 200 met-rów kwadratowych mozaik z czasów Konstantyna. Ale pod ziemią znajdują się hektary tych mozaik. Amerykanie chcieli sfinansować ich wydobycie i połowę wywieźć do siebie. My się na to nie zgodziliśmy.
   Pirot leży 70 kilometrów na zachód od Sofii. Dziś od Pirotu do granicy z Bułgarią jest jakieś 27 kilometrów.
   Urodziłem się, gdy Pirot był pod okupacją bułgarską. Prześladowano nasz język, naszych serbskich popów.
   Pirot znalazł się w granicach Wielkiej Bułgarii po pokoju w San Stefano w 1878 roku. Przedtem rządzili tu Turcy. Wciąż żywa była pamięć tamtych czasów.
   Turcy nazywali chrześcijan - raja, stado, bydło. A bydło można zarzynać bez jakichkolwiek konsekwencji. Chcąc chronić swoją głowę chrześcijanin musiał płacić haracz.
   Inaczej mieli się ci, którzy przechodzili na islam. Zachowywali swoje majątki, nawet otrzymywali odebrane innym. Bośniaccy muzułmanie to Serbowie, którzy przeszli na islam.
   Bywały czasy, gdy Turek mógł wejść do chrześcijańskiego domu i zabawiać się z żoną gospodarza. W tym czasie jej mąż spacerował obok domu z koniem Turka. Jeśli Turek przybył pieszo, gospodarz spacerował koło domu z kierpcami Turka.
   W czasach Imperium Osmańskiego w Pirocie stał meczet. Pamiętam go jeszcze z czasów mojego dzieciństwa. Turcy się wycofali. Muzułmanów nie było, więc meczet zburzono.
   Gdy byłem dzieckiem, stały u nas dwie cerkwie. W jednej z nich śpiewałem w chórze, a podczas priczastija solo: Tieło Christowo prijmitie, istocznika biessmertnawo wkusitie... (pan Branko przerwał opowieść i zaśpiewał pięknym głosem, powtarzając werset, po czym znów powrócił do opowieści). Akustyka w cerkwi była piękna.
   Koło Pirotu dwie rzeczki łączyły się w jedną - Niszawę. Rzeczka z południa zamulała ujście do Niszawy, woda się rozlewała po polach. A dookoła były góry. Powstawały bagna. Z powodu tych bagien szalała u nas malaria. Ciekawe, że miejscowa ludność była uodporniona na tę chorobę. Ale przybysze umierali szybko. Władze to wykorzystywały. Do Pirotu przysyłano skazańców. Tu szybko kończyli żywot. Wśród skazańców bywali spiskowcy. Wspominam o tym, bo zaprzyjaźniłem się z jednym spiskowcem, o czym powiem dalej.
   Jest w Pirocie stary dom - muzeum. To dom dziadka Vasilje. Stoi w nim, w pokoju jadalnym, długi prostokątny stół. Jedliśmy przy nim obiady. Pamiętam, jak siadało do obiadu 26 mężczyzn (kobiety spożywały posiłek po mężczyznach, ale, trzeba to wiedzieć, kobiety cieszyły się u nas dużym szacunkiem). Siedzieliśmy nie po europejsku - na krzesłach, ale na zydlach i poduszkach. Na najważniejszym miejscu siadał pradziadek Aleksander. Przy nim z prawej strony miejsce było wolne - dla przybysza (putnika) . Gość w dom, Bóg w dom. To miejsce zawsze czekało na putnika.
   Ja siedziałem po przeciwnej stronie stołu. Tam były dwa miejsca - dla najstarszego sługi i dla mnie. Tylko najstarszy sługa siedział z domownikami. Jak dorosłem, to mówiłem, że to miejsce dla przedstawiciela klasy robotniczej.
   To były czasy, gdy nasza rodzina miała pięć domów w mieście, trzy młyny, winnice, pola...
   A w dzień świętego archanioła Michała, na slavę dziadka w linii matki, przychodziło mnóstwo ludzi.
   
   SLAVA
   Slava to święto patrona rodu. Powiada się u nas: tam gdzie Serb, tam slava; tam gdzie slava, tam Serb.
   Od zarania chrześcijańskich dziejów każdy ród serbski miał swojego patrona - chrześcijańskiego świętego. W tym dniu przyjmuje się gości. Każdy może przyjść na slavę. Gości się nie zaprasza. Każdy kto przyjdzie, jest traktowany tak samo, z szacunkiem i gościnnością. W oknie gospodarza na slavę pali się świeca, stąd nawet obcy może wiedzieć, że w tym domu slava. Prezentów na slavę gospodarzowi goście nie przynoszą. Gość przychodzi, mówi: - Srecza slava (szczęśliwa slava) i siada na wolnym krześle. Na stole jest kołacz, kutia (nie z makiem, a orzechami), różne rodzaje konfitur. Gościa gospodarz częstuje kutią, konfiturami, wodą. Po tym jest poczęstunek dalszy, który zależy od zamożności gospodarza.
   Pamiętam, gdy byliśmy uczniami, wypatrywaliśmy świec w oknach. Zobaczywszy płonącą świecę, zachodziliśmy do domu. Traktowano nas zawsze poważnie, jak najdostojniejszych gości.
   Według podań i legend, ale też i kronik, w dawnych czasach przyjęcia na slavę trwały tak długo, dopóki w domu gospodarza starczyło zapasów jedzenia i picia.
   Jest książka serbskiego pisarza "Ivkova slava". Akcja toczy się w Niszu, czyli w moich stronach. Gościom tam tak się spodobało, że nie chcieli wyjść z domu ze slavy.
   W moich czasach, czyli na początku XX w., slavę obchodzono trzy dni.
   Innym świętem, kiedy do naszego domu przychodziło wiele gości, była Wielkanoc.
   
   WIELKANOC
   Mój dziadek Vasilje był bardzo zamożny. Zamożny, według naszego zwyczaju, nie powinien zapominać o biednych. Były u nas piwnice, gdzie trzymano na własny użytek wódki i wina własnej produkcji. Taki, co się uważał za biednego, mógł przyjść do dziadka z dwoma pustymi gąsiorami - na wino i rakiję. Napełniano je na slavę, Boże Narodzenie, Nowy Rok i Wielkanoc. Pełne gąsiory musiał unieść sam przychodzący.
   Był u nas zwyczaj, że człowiek zamożny zostawał chrzestnym w niezamożnej rodzinie. Stawał się przez to jakby patronem tej rodziny. Ojciec chrzestny później był na ślubie swojego chrześniaka. Jeśli umierał, tę rolę pełnił syn.
   Dziadek Vasilje, z powodu swej zamożności i miru w mieście, miał 24 chrześniaków. I, można powiedzieć, to go zgubiło. Dziadek dla rodzin, w których był chrzestnym, podpisywał weksle, żyrował pożyczki... W latach 20. i na początku 30. przyszedł kryzys gospodarczy w Europie i na świecie. Dziadek, jako człowiek prawy, spłacał pożyczki i weksle. Bogactwo się rozpłynęło.
   W pierwszy dzień Wielkanocy, wedle serbskiego zwyczaju, do chrzestnego przychodzili wszyscy chrześniacy z całymi rodzinami. Przynoszono kołacz i pisanki. Zawsze jedno jajko musiało być czerwone.
   W domu goście się nie mieścili. Na podwórzu rozstawiano składane stoły. Był poczęstunek. Starsi pili rakiję i wino. Młodszym dawano słabsze wino.
   A czerwone pisanki kładło się pod krzak róży w ogródku. Leżały tam do świętego Jerzego. Na Jurija brano te jajka i dotykano twarzy dzieci, mówiąc: "Żebyś był zdrowy i rumiany, jak ta pisanka".
   Na Wielkanoc był zwyczaj odwiedzania się pokłóconych sąsiadów. Pokłócony przychodził z owocem cytrusowym albo jabłkiem. Gdy gospodarz przyjmował przynoszone owoce, oznaczało że przebaczył.
   
   LINIA MATKI
   Mój prapradziadek po linii matki miał na imię Christos i był poganiaczem bydła u Turków. U Serbów często opuszcza się na początku słowa literkę "Ch" (H). Stąd zostało z tego imienia Ristas. Osobliwością prapradziadka Risty był jego mały wzrost. Po turecku człowiek małego wzrostu to "czuczuk". I tak temu dziadkowi zostało - Czuczu-Rista. A nazwisko miał Jovanović.
   Z czasem Czuczu-Rista dorobił się stada bydła, koni, wozów i zaczął handlować z Istambułem. Woził tam skóry i łój. Do Serbii przywoził przyprawy i... proch. Rzecz jasna potajemnie. I, moim zdaniem, on się wzbogacił na tym prochu.
   To był bardzo przemyślny i dowcipny gość.
   W czasach tureckich było ustalone maksimum powierzchni domu, jaką mógł zająć chrześcijanin. Dom w dodatku nie mógł być piętrowy. I Czuczu przechytrzył Turków. Za pomocą wykuszy powiększył dom o połowę. Ponadto zrobił tak wysoki dach, że powstało jeszcze jedno piętro. A powierzchnia mierzona przy fundamencie nie zwiększyła się.
   W tym domu miał swój pokój handlowy. Do pokoju prowadziły drzwi wysokości gospodarza. Prapradziadek siadał po turecku na zydlu z poduszką, naprzeciwko drzwi. Każdy Turek wchodząc do tego pokoju musiał się schylić. To bardzo cieszyło Czuczu-Rista.
   Czuczu znał w mowie i piśmie serbski, bułgarski, grecki, turecki i francuski. W owych czasach Serbia była krajem autonomicznym. Księciem był Serb analfabeta. Czuczu prowadził mu księgi handlowe. Jedna z tych ksiąg zachowała się w naszym domu - muzeum.
   Aleksander, syn Czuczu, już nie prowadził handlu na tak wielką skalę.
   Ojcem mojego dziadka Vasilja był Grek z Krety - Angelos. Stąd później nazwisko Angiełkowicz.
   Angelos po jakimś powstaniu przeciwko Turkom musiał uciekać. Przywędrował do Pirotu. Tu wszedł do naszej rodziny. Angelos miał w Pirocie pierwszą aptekę, jego syn Vasilje, mój dziadek, był pierwszym w mieście księgarzem i drukarzem. W starej cerkwi są jeszcze druki z jego drukarni.
   W 1919 roku dziadek trafił na trzy dni do aresztu za druk ulotek dla komunistów. Bardzo tym się przejął. Po wyjściu z aresztu porzucił drukarstwo. Maszyny ofiarował swojemu kumowi. Sam został urzędnikiem celnym na granicy z Bułgarią.
   Dziadek Vasilje był mężczyzną niezwykle eleganckim. Hodował kamelie. Codziennie, wychodząc na miasto, wkładał do butonierki świeży kwiat kamelii. Do kompletu stroju miał laskę z czarnego hebanu z inkrustowaną srebrem i złotem gałką. W prawej kieszeni nosił zegarek ze złotym łańcuszkiem. W lewej złotą papierośnicę. W lewej kieszeni marynarki trzymał papierosy tego samego gatunku, co w papierośnicy. Pudełko z papierosami miało złoty napis "Wardar", tak jak rzeka w Macedonii.
   Wchodził do kawiarni. Siadał przy stoliku, wyjmował z kieszeni pudełko z papierosami i częstował, nie po kolei, siedzących przy stole. Potem chował pudełko, wyjmował złotą papierośnicę i częstował z niej pominiętych przed chwilą. Kiedy był w lokalu, wszyscy pili na jego koszt.
   - Dziadku, pytałem, czemu ty za nich płacisz, przecież nie siedzieli przy twoim stole?
   - Ale, zauważ Branko, oni wszyscy byli ze mną - odpowiadał.
   Córka Vasilja i Katariny - Dobrila, to moja mama. Ona wyszła za mąż za Radivoje Cirlicia.
   Slava u Cirliciów to święty Jerzy. Ja do dziś, po linii męskiej, obchodzę slavę w tym dniu.
   
   LINIA OJCA I SKRZYPCE
   
   My, po linii męskiej, pochodzimy z plemienia Vasujewiciów z Czarnogóry. Kiedyś moi przodkowie byli na Kosowie. Potem wycofali się na północ i osiedli w Wojwodinie nad Dunajem.
   Mój dziadek po ojcu był nadwornym krawcem Aleksandra Obrenowicia w Belgradzie.
   Ojciec ukończył Akademię Ekonomiczno - Handlową w Budapeszcie i Wiedniu. Z Węgier przywędrował do Serbii. Serbia po uzyskaniu rozszerzonej autonomii potrzebowała inteligencji. Jedynymi piśmiennymi Serbami byli wówczas mnisi w monasterach. Innej inteligencji nie było. Wtedy młodzi patrioci Serbowie przywędrowali do Serbii z Węgier. Wśród nich był mój ojciec Radivoje. Ojciec w Belgradzie został celnikiem. Jak mi opowiadano (ojciec zmarł, gdy miałem dwa lata) pięknie grał na skrzypcach i pisał wiersze. Branko Cirlić pod ikoną św. Jerzego
   Na skrzypcach grał brat mojej babci, wnuk założyciela naszego domu. Ten nawet skończył Akademię Muzyczną w Wiedniu. Miał na imię Petar. Wrócił do Pirotu i urządzał koncerty. Jego ojciec łapał się za głowę i powtarzał: "Degenerat, degenerat!"
   Skrzypce i zamiłowanie do muzyki spowodowały, że Radivoje Cirlić odwiedzał Petara. I tak poznał moją mamę, ożenił się.
   W naszym domu było kilka skrzypiec. Też bardzo chciałem grać. Wszystko dobrze się układało. W naszym mieście żył Rosjanin, który uczył w szkole śpiewu i muzyki. Pewnego dnia wziąłem skrzypce i poszedłem do niego. Mówię od progu: "Dziadek pana pozdrawia i prosi, żeby pan mnie uczył gry na skrzypcach". Skłamałem. Wieczorem profesor spotkał się z dziadkiem w gospodzie. Pochwalił dziadka za mądre podejście do edukacji wnuka. Chodziło o grę na skrzypcach.
   - Co?! - krzyknął dziadek. - Ja go wysłałem? A to Cygan.
   Dziadek uważał, że gra na skrzypcach to zajęcie niegodne Serbów. To zajęcie dla Cyganów i Czechów.
   Mój starszy brat Dmitrij także z te-go powodu nie mógł uczyć się gry na skrzypcach.
   
   SLAVA, ŻEBRAK I KRÓL
   Był dzień świętego archanioła Michała. Dziadek Vasilje Angiełkowić miał slavę.
   Do Pirotu przyjechał król Aleksander Karadziordziewić.
   Tu trzeba powiedzieć parę zdań o królu Aleksandrze, jego bracie Pavle i pewnym spiskowcu - kapitanie Radomirze Sakowiczu.
   Pavle był starszy i to on powinien był objąć królestwo. Niestety, był bardzo porywczy. Opowiadano, że nawet strzelał do muchy latającej w jego komnatach. Wkrótce uznano go za wariata i zamknięto w ośrodku dla umysłowo chorych. Królestwo przypadło Aleksandrowi. Ale wśród niektórych oficerów powstała grupa działająca na rzecz przywrócenia królestwa starszemu bratu. To była tzw. "Czarna ręka". Wśród nich znalazł się kapitan - absolwent francuskiej akademii wojskowej - Radomir Sakowicz. Spisek wykryto. Działo się to w połowie lat 20. Kapitana zdegradowano i zesłano na tereny malaryczne, czyli do Pirotu. Tu miał zakończyć w sposób naturalny żywot.
   Miałem jakieś dziesięć lat. Były żniwa. Niosłem menażki z posiłkiem dla naszych robotników w winnicy. Przechodziłem koło wiaduktu kolejowego. W cieniu siedział nieznajomy i jadł suchy chleb.
   - Suchy chleb pan je? - zdziwiłem się.
   - Tak, to mój obiad - odpowiedział. - Niczego innego nie mam.
   - Proszę pana, pochwaliłem się, w naszym domu jest mnóstwo jedzenia, zaraz panu przyniosę.
   Wróciłem do domu. Babcia Katarina napełniła mi menażkę. Zaniosłem nieznajomemu, I tak poznałem kapitana Radomira Sakowicza, spiskowca "Czarnej ręki".
   Potem załatwiłem mu mieszkanie u naszych sąsiadów, samotnych staruszków.
   Kapitan zorganizował nam szkołę z dodatkowymi zajęciami z matematyki i języków obcych. W jego szkole, której sala mieściła się w składzie zbożowym, wisiała ikona z Chrystusem w cierniowej koronie i mapy. Myślę, że ta ikona była symbolem także jego cierpienia.
   Polubiliśmy naszego kapitana. On darzył mnie dużym szacunkiem, bo właściwie go uratowałem. Opowiadał mi różne historie. Kapitan bardzo lubił kawę. Zawsze wysyłał nas do mojej babci z poleceniem: "Kapitan panią pozdrawia i prosi o kawę". Babcia Katarina stawiała na tacy pięć - sześć filiżanek zaparzonej kawy i my ją przynosiliśmy.
   I w owym czasie przybył do naszego miasta król Aleksander. Przyjechał na zaproszenie premiera, który wcześniej został wybrany z naszego miasta do parlamentu. A wybrano go dlatego, że mój dziadek podpisał tę listę i poparł go.
   Król Aleksander zwiedził w mieście zakład wyrobu kilimów. Potem premier postanowił przyprowadzić króla do nas na slavę. Byłem przy tym i wszystko pamiętam, jak dziś.
   Najpierw przyszedł adiutant. Rozejrzał się. Za nim król z premierem i drugim adiutantem.
   W Pirocie był jeden zawodowy żebrak. Trzeba trafu, przyszedł tuż przed królem do dziadka na slavę. I dziadek zajął się żebrakiem z całym szacunkiem. Posadził na wolne krzesło i częstował. W tym czasie nadszedł król. Miejsce króla przypadło przy żebraku.
   - Króla do osobnego pokoju - mówią premier i adiutanci.
   - Dziadek Vasilje na to: - Nie, w slavę u mnie wszyscy są traktowani jednakowo.
   Cóż było robić. Obok żebraka usiedli kolejno dwaj adiutanci, premier, za nim król.
   W tym dniu premier poradził królowi, aby ten odwiedził spiskowca, który żył w Pirocie. Adiutant sprawdził, gdzie kapitan przebywa. Król udał się do byłego spiskowca z wizytą. Ten, proszę sobie wyobrazić, zamknął od środka drzwi i nie wpuścił króla, nie chciał z nim się widzieć.
   Kapitan był niezwykle wysportowany i zahartowany - latem opalał się, co u nas było absolutną nowością, a zimą spał przy otwartym oknie. Ale, niestety, miał nadciśnienie. Zmarł nagle pewnego letniego wieczora. Był u nas zwyczaj śpiewania serenad pod oknami dziewcząt. My śpiewaliśmy też pod oknami kapitana. Zawsze dawał nam znaki, zapalając trzy razy latarkę, że jest w domu i słucha. Zaśpiewaliśmy też tego wieczora, przed odjazdem na obóz harcerski. Kapitan nie zaświecił. Zajrzeliśmy do domu. Leżał martwy z latarką w ręku.
   Bardzo nam było żal naszego kapitana.
   
   WYWIAD Z BECKIEM
   Bardzo chciałem być wiejskim nauczycielem. U nas do takich szkół chodziła biedota. Rodzina nie zgodziła się na moje zachcianki. Dziadek zaproponował: - Pojedziesz do Belgradu studiować prawo. Zaprotestowałem. Pojechałem do Belgradu, ale zdałem na wychowanie fizyczne i leśnictwo. - Skoro tak - oburzył się dziadek - nie będę w tym uczestniczył i nie otrzymasz pomocy. I nie pomagał. Ale ja poradziłem sobie bez pomocy rodziny. Dopiero po skończeniu leśnictwa dziadek dał mi pieniądze na ubranie. Przyznam się, przehulałem je.
   Działałem w postępowym ruchu akademickim. Zostałem nawet sekretarzem generalnym bratniaka. Ale żeby działać w ruchu akademickim, trzeba było być studentem. Wstąpiłem więc jeszcze na literaturę jugosłowiańską. Pamiętam, jak nasz profesor Aleksander Belić, wybitny językoznawca, doradca królewski, mówił do mnie: "Panie Cirlić, ja gorąco wierzę, że z was jeszcze będą politycy, ale nie naukowcy".
   Działałem także w harcerstwie. Pełniłem funkcję naczelnika kwatery głównej od spraw wychowawczych i redaktora naczelnego pisma harcerskiego na całą Jugosławię.
   Dzięki harcerstwu poznałem, na obozie w Czechach, pierwszego Polaka. Był nim wybitny potem profesor prawa - Ludwik Bahr.
   W następnym roku znalazłem się na koloniach harcerskich w Polsce. Poznałem Aleksandra Kamińskiego. Obozowaliśmy nad jeziorem Narocz w dzisiejszej Białorusi. Tam mieliśmy do dyspozycji willę wojewody śląskiego.
   Wróciłem do Belgradu, miałem stypendium na uniwersytecie w Pradze i postanowiłem... studiować w Polsce.
   W 1938 roku znalazłem się w Warszawie, na uniwersytecie, na polonistyce. Miałem dwieście pięćdziesiąt złotych stypendium. Ale to były wielkie pieniądze.
   Przed wyjazdem z Belgradu mój profesor zaproponował: "Cirlić, masz dobre pióro, może byś pisał korespondencje do naszych gazet". I tak zostałem korespondentem lewicowej gazety "Prawda".
   W Warszawie chodziłem na konferencje do ministerstwa spraw zagranicznych. Tam poznałem szefa gabinetu Józefa Becka - Wrońskiego. W 1939 roku, gdy widać było gołym okiem, że Polska jest w bardzo trudnej sytuacji politycznej, Wroński załatwił mi wywiad z Beckiem.
   Beck przyjął mnie w pałacu Brühla i tłumaczył istotę polityki balansowania pomiędzy dwoma sąsiadami.
   A ja na to, bez zbytniej uprzejmości: - Panie ministrze, to jest dość przejrzysta polityka. Ale co będzie, gdy sąsiedzi porozumieją się między sobą, ponad Polską? Jak pan wtedy będzie balansować? I dalej: - Ja bym radził wybrać jednego sąsiada. Wed-ług statystyki, w Polsce największa mniejszość to Słowianie wschodni. Więc chyba lepiej mieć dobre stosunki ze wschodnim sąsiadem.
   Miałem wtedy 23 lata i dużo śmiałości.
   Minister klepnął mnie po plecach i powiada: - Jest pan młodym człowiekiem. Jak pan lepiej nas, Polaków, pozna, przyzna mi pan rację.
   - Panie ministrze, ja nie mogę z panem się zgodzić - odpowiedziałem. - Nic z tego wywiadu nie napiszę.
   Minister odprowadził mnie do drzwi. Nazajutrz Wroński zaprosił mnie do Hotelu Europejskiego na kolację. Świece na stole, dwóch kelnerów i tym podobne rzeczy. W pewnym momencie wyjął grubą kopertę i wręczył mi: - Tu są twoje pytania i odpowiedzi ministra, a także pieniądze na drobne wydatki. Było tam dużo pieniędzy.
   Odrzuciłem kopertę z wywiadem i pieniędzmi i wyszedłem z hotelu.
   I tu ciekawostka. Ten wywiad ukazał się w konkurencyjnym piśmie "Politika". Teza wywiadu była taka: jakie to szczęście dla Polski, że w tak trudnych czasach u steru polskiej polityki zagranicznej znajduje się geniusz - Józef Beck.
   A jak wybuchła wojna, zgłosiłem się jako korespondent wojenny i podróżowałem w kolumnie rządowej z Warszawy przez Czeremchę (przeżyliśmy tam bombardowanie), Kowel, Łuck, Równe, Krzemieniec. W Krzemieńcu po bombardowaniu miałem okazję spotkać Becka. Minister podszedł do mnie i powiada: "Może miał pan trochę racji". Świadkiem tego spotkania był korespondent prasy litewskiej.
   Potem spotkaliśmy się w Kutach przy moście. - O, pan redaktor! - zawołał Beck, zobaczywszy mnie. - Jedziemy, żeby dalej walczyć. A ja na to: - Panie ministrze, jeszcze walki trwają na polskiej ziemi. Ja jako ochotnik zostaję do końca. Życzę panu ministrowi szczęśliwej podróży.
   Ale na drugi dzień i ja przekroczyłem ten mostek.
   Z Rumunii pociągiem dotarłem do Belgradu.
   W Belgradzie zorganizowałem ośrodek pomocy Polsce i Polakom. Zajęliśmy się uchodźcami. Byliśmy bardzo dobrze zorganizowani. Polakom, którzy zjawiali się na granicy rumuńsko - serbskiej, Serbowie dawali doraźną pomoc, informację i bilet na pociąg do Belgradu. W Belgradzie w tramwaju numer 2 taki uchodźca miał powiedzieć: "Polak, uzu Mirkova". Nie potrzebował biletu. Podróżni odprowadzali go na ulicę Uzu Mirkova, gdzie mieścił się ośrodek pomocy.
   Kilka tysięcy Polaków przewinęło się przez nasz ośrodek. Wśród nich był Henryk Jabłoński (nigdy w swoim życiorysie tego nie wspomniał), dziadek Tomasza Raczka, krytyka filmowego, i wielu wielu innych.
   A potem i u nas już była wojna. Branko Cirlić z żoną
   Niemcy poszukiwali mnie jako komunistycznego dziennikarza "Prawdy". Mieszkałem w Belgradzie, zameldowany jako dozorca. Potem mnie dorwali. Uratował mi życie Serb, syn dróżnika z Pirotu, teraz współpracujący z Niemcami. Kiedyś moja babcia jemu i jego braciom dawała jedzenie. Pamiętał o tym i pomógł w ucieczce. Tak to jest - uczyń dobro, nie żałuj.
   Ale w 1943 roku była łapanka i wysłano mnie na roboty do Niemiec. Tam uratowałem się dzięki nieznanym mi wcześniej ludziom: lekarzowi Ukraińcowi, Niemce, która urodziła się w Żyrardowie, gdzie jej ojciec miał tkalnię, Serbce, która miała męża Serba folksdojcza.
   Wróciłem do Belgradu. W Serbii znalazłem się na liście do likwidacji przez czetników. Uciekłem do oddziału partyzanckiego. Oddział został rozbity. Dotarłem do Niszu, potem do Pirotu. Tam partyzanci Tito o mało mnie, myląc z monarchistą Cirkoviciem, nie zlikwidowali. Już byłem w piwnicy i czekałem na wyprowadzenie do rozwałki.
   Wszedł partyzant, mój znajomy. - Co wy robicie! - krzyknął. - To nasz towarzysz - wskazał na mnie.
   Przyłączyłem się do partyzantki. W wyzwolonym Niszu zostałem komisarzem oświaty i kultury. Założyłem pierwsze pismo "Narodnyje Noviny". W Belgradzie organizowałem prasę, radio i telewizję...
   Z czasem uznano mnie za drobnomieszczanina, a nie rewolucjonistę. Zrezygnowałem ze wszystkiego co polityczne i poszedłem na uniwersytet. Zostałem kierownikiem katedry polonistyki. Zjawiłem się tam w mundurze. Profesor powiada do mnie: - Jak przyjemnie słyszeć o wielkich czynach młodego człowieka. Szkoda, że nic nie słyszałem o naukowych pracach pana...
   
   POLSKI GEST
   W 1946 roku przyjechaliśmy z żoną do Krakowa. Potem pojawiłem się w Warszawie. Tu zostałem korespondentem radia i prasy jugosłowiańskiej. W polskim radiu prowadziłem 15-minutową audycję po serbsko-chorwacku. Wyrzucono mnie z radia, bo nie chciałem poprzeć potępienia Tity i Jugosławii. Przez dziewięć lat pozostawałem pod obserwacją. Pomógł mi Wiktor Gomulicki. Mogłem drukować w jego "Nowych Książkach".
   Po różnych perypetiach przyjęto mnie na studia doktoranckie w Polskiej Akademii Nauk. Zająłem się "Pamiętnikami janczara Polaka" Konstantyna z Ostrovicy. Autor urodził się w Nowym Brdo. W 1455 roku Mahmed II wcielił go do korpusu janczarów sułtańskich. Po latach, po opuszczeniu służby, żył w Polsce i napisał tzw. "Pamiętniki". Moja teza była taka: pamiętniki nie należą ani do literatury polskiej, ani czeskiej, tylko do serbskiej. Bronisław Geremek, ówczesny sekretarz organizacji partyjnej w PAN, wydał opinię: - W tej pracy jest odchylenie nacjonalistyczne.
   To mnie załatwiło. W 1953 roku nie mogłem bronić takiej pracy.
   Zacząłem pracę na slawistyce w Łodzi. Nie podpisałem rezolucji Biura Informacyjnego, potępiającej Jugosławię, więc musiałem pożegnać się i z tą pracą.
   Zająłem się tłumaczeniami. Od 1963 roku należę do Związku Literatów Polskich. W związku przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie mamy różne spotkania. Na jednym z nich był Tadeusz Mazowiecki. Zadałem mu kilka pytań. - Czemu pan jedzie do Sarajewa przez Zagrzeb, a nie przez Belgrad? Panie premierze, czemu pan nie odwiedzi obozu w Jasenovac? Czemu pan mówi, że tylko Serbowie gwałcą muzułmanki, a nie mówi o mordowanych Serbach i gwałconych Serbkach?
   Na żadne z moich pytań Mazowiecki nie odpowiedział.
   Przypominam sobie taką historię. W Krakowie przyjaźniłem się z Turowiczem i Mazowieckim. W 1948 roku zaprosiłem ich na kolację. Trzeba trafu, Jugosławia przystąpiła wówczas do planu Marshalla. Turowicz i Mazowiecki na znak protestu nie przyszli, bo ja nie potępiłem tego.
   Jakżesz potem oni się zmienili. A Mazowiecki uczynił Serbom wiele zła.
   Niedawno przetłumaczyłem na język polski Milasa Crnjanskiego "Powieść o Londynie". Wydawca nawet honorarium mi nie zapłacił.
   Zajechałem w październiku 2003 roku do Belgradu. Tam w prasie pisano o tym tłumaczeniu i wydaniu: "Brawo. Polski gest!"
   
   fot. autor
   

Opinie

[1] 2005-11-12 10:55:00 Elżbieta
bardzo się cieszę, że wreszcie spotkałam się z autobiografią Pana Branko Cirlica. W roku 1975, kiedy miałam 17 lat, po raz pierwszy odwiedziłam Jugosławię. Kupiłam wtedy "Przewodnik po Jugosławii" Pana Cirlica. Do dziś jestem pod wielkim urokiem i Jugosławii i Przewodnika. Nikt dotychczas nie napisał tak pięknego przewodnika o jakimkolwiek kraju. Spotkałam się również z pięknym artykułem Pana Cirlica o Zawiszy Czarnym, który poległ na Kosowym Polu. Pan Cirlić jako autor i człowiek bardzo mnie zafascynował. Artykuł zaspokoił częściowo moją ciekawość. Napewno w chwili wolnej sięgnę po książki autorstwa Pana Cirlića, bo Południowa Słowiańszczyzna pozostała moją nieprzemijającą pasją. Pozdrawiam serdecznie Redakcję i Pana Cirlića
[2] 2006-11-15 18:44:00 Elżbieta Cirlić
Szanowny Panie Redaktorze,
Tekst czyta się wprawdzie całkiem dobrze, ale zawiera on szereg merytorycznych błędów, które stanowczo wymagają sprostowania. Cóż, kto nie robi, ten nie grzeszy. Tych sprostowań najlepiej dokonać podczas bezpośredniego spotkania z Brankiem. Bardzo o nie proszę.
Pozdrawiam
Elżbieta Cirlić
[3] 2008-10-16 13:09:00 Janusz
A mnie, nie pierwszy raz zresztą, po tego rodzaju lekturze przychodzi do głowy, jak to by było, gdyby Polska miała granicę z Serbią, no gdzies wzdłuz Dunaju? Mój wuj, Madziar z Budapesztu wówczas mawia, że po to właśnie Bóg postawił Węgrów między nami, a jeszcze wyżej nieszczęsnych Czechów i Słowaków - dwa narody zgoła odmiennego ducha - bo gdybyśmy z Serbami byli sąsiadami, to chyba dobrymi, i już dla reszty, rozdającej teraz w Europie karty, nie byłoby wiele miejsca, a tak, i Serbia coraz mniejsza, i Polska nam znika, choć na mapie jeszcze obie krajiny niby są. Ot, takie marzenie, jedna dziedzina, od Bałtyku do Adriatyku.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token