Numer 6(228)    czerwiec 2004Numer 6(228)    czerwiec 2004
fot.
Dwa zwierciadła
Anna Radziukiewicz

   "Spory o «wiarę grecką» w dawnej Rzeczypospolitej" Jana Stradomskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego to książka wybitna i ważna. Ważna dla obu stron - polsko-katolickiej i rusko-prawosławnej.
   Jej autor na podstawie tej pracy wszedł w świat nauki - uzyskał doktorat i otrzymał najbardziej prestiżową w Polsce nagrodę - prezesa Rady Ministrów, wręczaną młodym adeptom nauki za wybitne osiągnięcia naukowe. Takich nagród funduje się w Polsce każdego roku dwadzieścia pięć.
   Tę książkę można również nazwać wielkim osiągnięciem prof. Aleksandra Naumowa, jako że on jest jej promotorem.
   Książka opowiada o piśmiennictwie - zdawałoby się więc że to hermetyczna rzecz dla historyków literatury. Nic bardziej błędnego. Może stać się pasjonującą lekturą dla każdego, kto chce zrozumieć złożoność trwania w jednym państwie, pod wspólnym dachem dawnej Rzeczypospolitej, dwóch skłóconych ze sobą Kościołów, dwóch rywalizujących kultur. Bo książka sięga do najbardziej chyba burzliwego okresu w dziejach naszych stosunków między łacińskim zachodem i bizantyńsko-ruskim wschodem, czyli gdzieś do 150 lat ulokowanych w wieku siedemnastym i dwóch wiekach z nim sąsiadujących.
   
   Jest jak dwa zwierciadła
   Każda ze stron pokazuje przeciwnikowi swoje lustro, każąc w nim ujrzeć jego twarz - heretycką, schizmatycką, odszczepieńczą albo z drugiej strony - pełną obłudy, knującą, pogardzającą przeciwnikiem, jednocześnie żądną nad nim panowania. Twarz przeciwnika najbardziej wykrzywioną i odpychającą każda ze stron ujrzeć chciała. By ten portret odmalować, sięgnięto po wszystkie możliwe argumenty, przypomniano największe urazy i coraz nocniej sytuowano się na przeciwnych biegunach.
   Na czym polega kunszt książki?
   To rzecz ze świetnym warsztatem naukowym, ale jednocześnie warsztat ten nie narusza potoczystości relacji.
   Dla badacza piśmiennictwa głównym bohaterem pracy stają się zwykle autorzy i ich książki. Dla Stradomskiego spór, argumenty zwaśnionych stron, ich kulturotwórcza zarazem rola, wybijają się na plan pierwszy. Ponieważ literatura ów spór najlepiej ilustruje i przechowuje temperaturę tamtych czasów, więc po nią sięga - takie odnosi się wrażenie przy lekturze.
   Dlatego książka nie jest skomponowana według schematu typu: Piotr Skarga i jego dzieła, Zachariasz Kopysteński - najwybitniejszym ruskim polemistą. Autor przedstawia nam najpierw słynnych dysputantów, rysuje fakty historyczne, które nieustannie podgrzewały płomień pod kotłem swarów, potem zaś przygląda się najważniejszym problemom, nad którymi tak namiętnie pochylały się obie strony.
   A te problemy to nie tylko unia brzeska i jej następstwa. Jak wspomniałam, sięgnięto do wszystkich spornych, drażliwych i ważnych momentów w dotychczasowej historii stosunków między łacinnikami i Grekami, jak niegdyś zwykło się nazywać prawosławnych. Polemiści wyszli daleko poza granice Rzeczypospolitej, szukając argumentów także w Konstantynopolu, na Atosie, w Bułgarii, Serbii, Rzymie, Moskwie, Imperium Osmańskim. Dlatego mamy między innymi takie tytuły, jak "Krucjata przeciw chrześcijanom", "Atoskie przestrogi", "W cieniu osmańskiego miecza", "Kościół niepłodny", czy "Lepszy turban niż tiara".
   Stradomski nieustannie chodzi ze zwierciadłem, podstawiając je przy każdym problemie raz jednej, raz drugiej stronie. Oto popatrzcie, jak was widzi przeciwnik - proponuje. Przez to książka staje się żywym, wciągającym dialogiem. Także dialogiem pouczającym nas nawet dzisiaj, czasami trudnym do przełknięcia, bo przeciwnik, nie szczędząc zwykłych inwektyw i pomówień dostarczał też gorzkich prawd.
   Literatura, do analizy której sięgnął Stradomski, imponuje rozmachem i żywotnością.
   
   Co obu stronom dała polemika?
   - zastanawia się autor.
   Dla strony ruskiej była impulsem do ożywienia na wszystkich płaszczyznach życia cerkiewnego - stwierdza. Dzięki fermentowi unii, który zrodził ową polemikę, rozwinął się ruch aktywnych i światłych działaczy cerkiewnych, rozkwitło szkolnictwo ze słynną Akademią Mohylańską na czele, pojawiły się drukarnie i księgi. Poza tym pogłębiła się świadomość wspólnoty z prawosławnymi Słowianami na Bałkanach i Grekami
   Tyle, że kiedy ów potencjał rozwinął się w całej krasie, trzeba było wyraźnie rozluźniać związki z Konstantynopolem i Bałkanami i zwrócić się w stronę Moskwy.
   Co uświadomiły spory drugiej stronie - łacińskiej? Przekonały, że wprowadzenie unii na warunkach proponowanych przez Stolicę Apostolską, czyli podejmowania decyzji w wąskim gronie, bez odwołania się do szerokich rzesz wiernych, nie ma szans powodzenia, że działania prowadzone z pozycji siły przynoszą efekt odwrotny.
   U obu stron polemika pogłębiała bardziej własną świadomość, utwierdzała na własnej pozycji, szła w kierunku zacietrzewienia, niż zbliżała stanowiska.
   Kontrowersyjna może okazać się teza, do której Stradomski odwołuje się w kilku miejscach, że to właśnie unia i towarzysząca jej polemika zmusiły pogrążoną dotychczas w kryzysie Cerkiew do wyjścia na scenę. Prawosławiu ruskiemu dała szansę podźwignięcia się z moralnego, religijnego i kulturalnego upadku, zmusiła do wysiłku intelektualnego.
   Taka teza jest bardzo popularna w kręgach zachodniołacińskich. Wśród prawosławnych budzi wiele kontrowersji. Właśnie nauczyciel Stradomskiego, prof. Aleksander Naumow, organizuje zespół do badania spuścizny piśmienniczej ruskiego prawosławia we wspólnym polsko - litewskim państwie z okresu przedunijnego i nie obawia się, że tam zastanie kulturową pustynię. Prof. Antoni Mironowicz, historyk, wskazuje na wielki rozwój monastycyzmu przed unią brzeską na tych ziemiach. Wiadomo, że monastery były dla prawosławia nie tylko szkołami życia duchowego.
   To współczesna różnica zdań. Popatrzmy jednak - korzystając z przewodnictwa krakowskiego badacza - jak nieraz diametralnie różnie na te same wydarzenia i sprawy patrzyli nasi przodkowie, Grecy i łacinnicy. Spójrzmy na
   
   wyprawy krzyżowe,
   które na trwałe wryły się w serca i pamięć Greków, uświadamiając po zdobyciu w 1204 roku Konstantynopola przez krzyżowców (czwarta wyprawa) całemu chrześcijańskiemu światu, że schizma, która miała miejsce w 1054 roku raczej na szczeblu stolic patriarszych i hierarchów, stała się faktem, który zawładnął świadomością wszystkich wiernych na długie wieki. Tak niepodzielnie, że siedemnastowieczni polemiści bardzo często do niego się odwoływali.
   Dla Greków była to zwyczajna łupieżcza wyprawa, dokonana przez "barbarzyński" świat zachodniego chrześcijaństwa, udowadniającego siłą swe racje i potrzebę dominacji papiestwa nad całym chrześcijaństwem.
   Łacinnicy, tu Stradomski przywołuje naczelnego polemistę Rzeczypospolitej tamtego okresu, wileńskiego kaznodzieję, jezuitę Piotra Skargę, postrzegali Greków jako tych, którzy zawsze szkodzili krzyżowcom. Tymczasem krzyżowcy byli gotowi ofiarować krew i gardła za zdobycie Grobu Bożego.
   A Konstantynopola?
   Fałszywi Grecy, co sprytnie knuli przeciw papieżowi, wywodzi Skarga, ściągnęli na siebie, z woli Boga, czwartą krucjatę. Stała się ona kolejna próbą przywrócenia Greków do umiłowanego Bogu, zjednoczonego Kościoła (rzymskiego! - dopisuje Jan Stradomski). Zmienia się więc status krzyżowców, którzy ze zwykłych rabusiów stają się narzędziem Bożej opatrzności.
   Cesarstwo Łacińskie, jakie panowało kilkadziesiąt lat nad Bosforem po czwartej wyprawie, stanowiło dla łacinników jawny dowód Bożej woli.
   
    Unia i wszelkie pakty zjednoczeniowe
   były, co zrozumiałe, przedmiotem najzagorzalszych sporów.
   Autor sporów o "wiarę grecką" pisze, że istniało co najmniej siedem poważnych zabiegów i negocjacji zjednoczeniowych, z których trzy zakończyły się aktami unii - lyońskiej z 1274, florenckiej z 1439 roku i tej najbardziej brzemiennej w skutkach - brzeskiej, zawartej u progu XVII w.
   Istniało, według autora, kilka zasadniczych prawidłowości.
   Rzym zawsze proponował akty zjednoczenia w sytuacji kryzysu, jaki dotykał Cesarstwo Bizantyńskie czy Cerkiew wschodnią. Kościół zachodni występował wtedy w pozycji dominującej, używając argumentu, że oto oferuje niezbędną pomoc, zawsze za cenę zjednoczenia.
   Jeśli do takich aktów dochodziło, były one podpisywane w wąskim gronie, na szczeblu patriarchów, hierarchii kościelnej. Wierni często nie wiedzieli nawet, że taki akt został podpisany. Gdy się natomiast dowiadywali o zjednoczeniu, wywoływało to wśród nich, zwłaszcza mnichów, fale protestów.
   Po trzecie, każdy akt unijny, zamiast zbliżać, zawsze oddalał od siebie Kościoły, pielęgnując w nich myślenie ekskluzywistyczne i separatystyczne.
   Spójrzmy na akt unii florenckiej, kiedy upadek Konstantynopola wisiał w powietrzu. Czternaście lat przed tą graniczną datą, oznaczającą upadek Carogrodu, bizantyński cesarz wraz z duchownymi i uczonymi udał się do Włoch. Zgodził się na zjednoczenie, w zamian za pomoc Zachodu w obronie cesarstwa przed Turkami.
   Okazało się, że nawet bezpośrednie zagrożenie inwazją turecką nie przełamało zdecydowanego bojkotu unii przez wiernych i mnichów z Góry Atos. Wtedy kilku greckich dostojników odwołało swe poparcie dla unii. Doszło do zaognienia stosunków grecko - łacińskich. Dopiero za pięć dwunasta, przed ostateczną katastrofą, w grudniu 1452 roku, w Hagia Sophii w Konstantynopolu uroczyście proklamowano unię florencką, uznając akt za konieczną cenę za łacińską pomoc - która nigdy nie nadeszła. Ta unia nie miała zresztą większego znaczenia. Była wątła, nietrwała. Ale i tak w piśmiennictwie ruskim, zwłaszcza moskiewskim, odejście Greków od prawdziwej wiary uważano powszechnie za przyczynę Bożego dopustu, jakim był upadek Konstantynopola.
   Dzieckiem unii florenckiej był też metropolita kijowski Izydor. Brał on udział w obradach soboru. Papież dał mu misję szerzenia unii na ziemiach ruskich i litewskich Rzeczypospolitej. Misja napotkała, zwłaszcza w Moskwie, na zdecydowany opór. Izydor przypłacił ją więzieniem, potem ucieczką ze swojej metropolii.
   U potomnych, którzy zostali wciągnięci w wir unii brzeskiej, Izydor zyskał różne opinie. Dla łacinników był mężem opatrznościowym, męczennikiem za sprawę kościelnego zjednoczenia. Dla prawosławnych - apostatą, obłudnikiem i tchórzem.
   Upadek Konstantynopola też znalazł wśród XVII-wiecznych polemistów przeciwstawne interpretacje. Dla prawosławnych upadło Święte Miasto, Nowa Jerozolima, zostały zniszczone najświętsze ikony i relikwie świętych. Nastąpiła apokalipsa, którą można było interpretować jako krzyż niesiony przez wschodnich chrześcijan. Dla łacinników (Skarga, któremu wtórował unicki archimandryta wileński Lew Kreuze-Rzewuski) była to Boża kara za odrzucenie unii florenckiej. Podkreślano też silnie rzekomy fakt upadku stolicy bizantyńskiej w dniu święta Zesłania Ducha Świętego, co miało oznaczać ingerencję Ducha Świętego w historię. Szafującym tym argumentem nie przeszkadzało, że upadek stolicy miał miejsce we wtorek, dziewięć dni później.
   
   Unia brzeska
   rzecz jasna, budziła najwięcej emocji. Wybiegi w przeszłość to tylko poszukiwanie argumentów na laudację bądź potępienie aktu brzeskiego. Unici, jak dowodzi autor "Sporów", mieli w zasadzie tylko dwóch liczących się swoich dysputantów - Hipacego Pocieja, biskupa włodzimierskiego, przedtem królewskiego dworzanina i mnicha monasteru supraskiego, oraz wileńskiego archimandrytę Lwa Kreuze-Rzewuskiego.
   Unitów jednak z całą siłą wspierali polemiści rzymskokatoliccy, zwłaszcza jezuici na czele z Piotrem Skargą, który już niemal dwadzieścia lat przed podpisaniem brzeskiego aktu wydał w Wilnie słynne "O jedności Kościoła Bożego pod jednym pasterzem i o greckim od tej jedności odstąpieniu". Wileński kaznodzieja, mając za sobą świeże doświadczenia polemiki antyprotestanckiej, potrafił do czerwoności rozpalić emocje prawosławnych.
   Odpowiedź prawosławnych nie nadeszła szybko. Ale w tym czasie formuje się Akademia Ostrogska (1580). Na pierwszą linię polemicznego frontu występuje rektor tejże akademii, wybitny pisarz Herasym Smotrycki. Walczy głównie z katolickim pragnieniem dominacji. Z tego samego ośrodka wyrasta inny wielki przeciwnik unii Stefan (Sylwester) Zizanij.
   Linia polemicznego frontu rozciąga się między Wilnem a Krakowem. W Wilnie ze zwolennikami unii walczy archimandryta monasteru Świętego Ducha Leoncjusz Karpowicz, płacąc za to obrzuceniem kamieniami i więzieniem.
   W Krakowie ukazało się z inicjatywy księcia Konstantego Ostrogskiego dzieło Marcina Broniewskiego. Według krakowskiego badacza to wtedy ruskie prawosławie poczuło się równorzędnym partnerem w dyskusji z łacinnikami.
   Ruską stronę niebawem zasilają kolejni polemiści: Kliryk z Ostroga, Jerzy Rohatyniec, nauczyciel Akademii Ostrogskiej, Iwan z Wiszni, mnich atoski. Jednak za czołowych prawosławnych polemistów tego okresu Stradomski uważa dwóch mnichów - Melecjusza Smotryckiego i Zachariusza Kopysteńskiego.
   Pierwszy lamentuje nad nieszczęsnym narodem ruskim, zwłaszcza jego możnymi rodami, ulegającymi polonizacji. Drugi wskazuje na zepsucie wiary zachodniej, które zrodziło niebezpieczne "herezje protestanckie".
   Wprowadzenie unii, może to się wydać paradoksalne, wytrąciło łacinnikom wiele argumentów, na co słusznie zwraca uwagę krakowski badacz. Przed unią Kościół rzymski miał zapewnić zbawienie ze względu na wyznanie, formę liturgii, język. Kiedy do Kościoła zachodniego weszli unici, zachowując swoją liturgię, język, zwyczaje, podstawowym argumentem dowodzącym uzyskania tu zbawienia stała się podległość papieżowi.
   Taka sytuacja automatycznie wzmocniła argumentację prawosławnych. Według nich unia była potrzebna stronie łacińskiej jedynie do podporządkowania innych biskupowi Rzymu, do centralizacji Kościoła.
   Spór tamtego okresu objął zdaje się wszystkie dziedziny życia.
   
   Sprzeczano się
   o cuda.
   Łacinnicy twierdzili, że ustały one w obrębie prawosławia po 1054 roku. Prawosławni przytaczali ich całe mnóstwo, zwłaszcza tych dziejących się na Gorze Atos.
   O świętych.
   Według łacinników ich relikwie, po rozerwaniu się jedności, przenosiły się(!) ze Wschodu na Zachód albo - pozostając na Wschodzie - zaprzestały swojej aktywności.
   Prawosławni przypominali o grabieżach, dokonywanych zwłaszcza przez krzyżowców, którzy nawet świętym relikwiom nie dali spokoju i albo je profanowali, albo wykradali. Dodawali, że perygrynacje relikwii na Zachód trzeba traktować jako posługę misyjną świętych, której celem jest przywrócenie w Kościele rzymskim utraconej czystości wiary, danie im przykładu do naśladowania przez świętych wschodnich.
   Sprzeczano się o
   misję świętych Cyryla i Metodego,
   chrystianizację Rusi,
   splądrowanie Atosu przez krzyżowców,
   inwazję turecką na Bałkanach,
   cel wizyt w Rzeczypospolitej wschodnich patriarchów w końcu szesnastego i na początku siedemnastego wieku.
   Gdyby nie te spory, z pewnością o wiele łatwiej poszłoby wchłanianie przez Rzym ruskiego prawosławia. Cały proces nie trwałby blisko półtora wieku, w ostatecznym rachunku przynosząc zwłaszcza Rzeczypospolitej, rozbitej sporami i wojnami, bardzo dyskusyjne owoce. Bariera wobec naporu latynizacji, wytwarzana tak długo na ziemiach ruskich Rzeczypospolitej, na pewno miała duży wpływ na Moskwę. Ta bowiem po podpisaniu aktu unii przez ostatnich prawosławnych biskupów, przyjęła wielu uczonych mężów, wykształconych zwłaszcza w słynnej Akademii Mohylańskiej w Kijowie, mężów którzy nie zgodzili się na zwierzchnictwo papieża.
   
   Jan Stradomski, Spory o "wiarę grecką" w dawnej Rzeczypospolitej, Kraków 2003, ss. 341.
   

Opinie

[1] 2004-09-21 22:48:00 Przemas
najpierw przeczytajcie Chodynickiego a potem piszcie. Odpowiedz na pismo Skargi wyd w 1577 nadeszla ale to nalezy przeczytac w odpowiednich ksiazkach. Marcin Broniewski to byl arianin a to wazne kto bronil sprawy . Oprócz Hipacego Pocieja byl tez Cyryl Terlecki jak by ktos nie wiedzil dosyc wazna osoba w tej calej historii.
[2] 2004-10-28 22:10:00 wacek
Drogi Przemasie, a może by było dobrze najpierw przeczytać książeczkę, a dopiero później wytykać jej braki...? Przy odrobinie szczęścia mógłbyś może w niej znaleźć jeszcze coś o czym nie wiesz, a tak - wiesz tylko tyle ile udało ci się wyczytać z tej recenzji. Pozdrawiam!

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token