Numer 6(408)    Czerwiec 2019Numer 6(408)    Czerwiec 2019
fot.Anna Radziukiewicz
Do Turkowic spieszy lud
Ałła Matreńczyk
23 marca, w drugą sobotę Wielkiego Postu, wierni  pospieszyli do Turkowic po raz kolejny,  tym razem by nie tylko szukać pomocy wid niedugiw i turbot, ale i wziąć udział w radosnej uroczystości  – położenia i poświęcenia kamienia węgielnego pod budowę drugiej monasterskiej cerkwi św. Paraskiewy (Matijeszyny). 
Liturgii przewodniczył arcybiskup lubelski i chełmski Abel, z którym współsłużyli duchowni z Polski oraz przybyli goście z Ukrainy – archimandryta Nikodem z Charkowa, archimandryta Roman z Czernihowa oraz archimandryta Atanazy z Niżyny. W nabożeństwie wzięli udział wierni niemal z każdej diecezjalnej parafii, śpiewał chór turkowickich mniszek, kierowany przez siostrę Eufalię. Podniosły nastrój udzielał się wszystkim zebranym.
– Razem z siostrami czekaliśmy na ten dzień prawie trzy lata – mówił w homilii arcybiskup Abel. – Okres, będący doświadczeniem licznych prób i zmagań z uzyskaniem pozwolenia na budowę, należałoby określić jako trudny. Dziś jednak ten proces zostaje uwieńczony triumfem radości. Wielu z nas nawet się nie śniło, że odrodzimy życie monastyczne. Zamarło ono sto lat temu, w czasie historycznego bieżeństwa naszych przodków. Nie do wyśledzenia są drogi Pana.
Po Liturgii rozległy się słowa modlitwy na rozpoczęcie budowy cerkwi. W fundamencie obok tuby z tekstem umieszczono relikwie świętego męczennika chełmskiego Sergiusza Zacharczuka.
Nowa świątynia stanie w duchowym sercu Chełmszczyzny, w miejscu namodlonym, niezwykłym. W miejscu, w którym w 1382 roku ukazało się oblicze Matki Bożej, a potem odbiło się na płótnie. W miejscu, które odtąd zasłynęło z cudownej Turkowickiej Ikony Matki Bożej, niebawem także z turkowickiego męskiego monasteru, który już jako unicki przetrwał do 1749 roku. W miejscu, w którym w 1903 roku powstał osiemdziesięcioosobowy prawosławny żeński monaster z seminarium nauczycielskim, przytułkiem, apteką, szkołą gospodarstwa i w którym niosła posłuszanije siostra Paraskiewa, dziś święta.
A potem przyszło bieżeństwo i siostry z turkowicką ikoną wyjechały na wschód. Cztery wrociły, ale nie miały gdzie głowy przyłożyć, bo cały monasterski kompleks przejęło państwo polskie. W jednych zabudowaniach mieścił się zakład dla sierot wojennych, prowadzony przez katolickie zakonnice, w innym szkoła powszechna.
Starą drewnianą cerkiew zamieniono na kościół katolicki, a piękny drewniany pięciokopułowy sobór w 1929 roku zniszczono (Płacze narid prawoslawnyj, płaczut girko nebesa, szczto zrujnowana światynia de tworiatsa czudesa – pisał o jej zburzeniu poeta, o. Andrej Kumecki). Gdzie modlili się prawosławni? W wybudowanej w 1928 roku na swym cmentarzu kaplicy, przed wykonaną w pracowni Zina w Hrubieszowie kopią turkowickiej ikony. Ale pamięć o kwitnącym monasterze wciąż była świeża. Metropolita Dionizy chce otworzyć w Turkowicach przynajmniej monasterskie podwor’je – w 1931 roku wysyła tam młodego, 27-letniego jeromonacha Afanasija (Martosa). Ale choć po roku budynek jest gotowy, a na  święto Położenia Ryzy  przybywa metropolita z biskupem pomocniczym Sawą, stu duchownych i ponad 30 tysięcy wiernych, planów tych nie udaje się zrealizować.
Nasilają się za to antyprawosławne  akcje. W kwietniu 1938 roku zorganizowano turkowickim prawosławnym  przymuszoną katolicką spowiedź i komunię. Przygrywała orkiestra wojskowa.
– Widać było, że niektórzy przystępowali do sakramentu z musu, a wewnętrzny ból i nienawiść odbijały się na zbolałej twarzy – wspominała po latach katolicka siostra Hermana (Józefa Romansowicz).
Wydawało się, że nie może być gorzej. Mogło. W lipcu 1938, tuż po święcie, do Turkowic zjechało polskie wojsko i brygada „krakusów”. Żołnierze z bronią w ręku i w rogatywkach ciasnym kołem otoczyli cmentarz. Robotnicy podcięli z czterech stron rogi cerkwi i pociągnęli za liny. Już mieli wprawę, świątynia osunęła się błyskawicznie.
Nadeszła okupacja. Niemcy zwrócili prawosławnym starą drewnianą monasterską cerkiewkę. Ale zaraz  nadszedł tragiczny rok 1943, potem jeszcze straszniejszy 44 i 45. Przyniósł mordy, podpalenia, ucieczki i wywózki na wschód.
W Turkowicach nie pozostał ani jeden prawosławny, umilkła – zdawało się na zawsze – prawosławna modlitwa.
Mijały lata – dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści.
Najpierw przypomniała o sobie turkowicka ikona, jej kopia.
W 1981 roku na adres hrubieszowskiej parafii nadszedł list z dalekiej Argentyny. W liście władyka Afanasij (Martos), teraz już arcybiskup zarubieżnej rosyjskiej Cerkwi, pytał, czy został jakiś ślad po monasterze w Turkowicach, czy została kopia ikony. 
Młody hrubieszowski proboszcz, o. Grzegorz Ostapkowicz, wybrał się tam z Janem Korzeniewskim z Czarnej Średniej, który przeprowadzał u niego remont cerkwi (pisaliśmy o tym obszernie w PP 8/2010). Obeszli całą pomonasterską posiadłość. Batiuszka znalazł małą, zamykaną na drut, kapliczkę z kopułką. W niej dwie ikony – Matki Bożej i Chrystusa, także dzwon. O znalezisku poinformował metropolitę Bazylego, na jego prośbę zrobił zdjęcia, a potem, też na polecenie władyki, ikonę Bogarodzicy wywiózł.
  Po renowacji, dokonanej przez warszawską metropolię, już nikt nie miał wątpliwości – to kopia turkowickiej ikony, ta napisana w hrubieszowskiej pracowni Zina w 1928 roku, też cudowna. Ikona została umieszczona w tomaszowskiej  cerkwi. 

Wszystkim, którzy chcieliby wesprzeć budowę nowej cerkwi podajemy numer konta:
Bank PKO SA 90 1240 2829 1111 0010 2240 1819.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk
fot. Dymitr Pokhyliuk
(za orthodox.pl)

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token