Numer 5(407)    Maj 2019Numer 5(407)    Maj 2019
fot.
Czego można oczekiwać od władz
o. Andrej Tkaczew
Co mówi Pismo Święte? Mówi np., że władca nie może być bardzo młody. To powinien być dojrzały, zahartowany  człowiek. Przy czym lepiej, żeby był to mężczyzna niż kobieta, bo nie dla władzy stworzył Pan Bóg kobietę. 
Co jeszcze? Biada ci, kraju, którego królem jest prostak i gdzie książęta już z rana ucztują. Szczęśliwyś kraju, którego król ze szlachetnie urodzonych pochodzi i gdzie książęta w czasie właściwym ucztują ( Ekl 10, 16-17).
Są tu przeciwstawione dwa style życia. Pierwszy – rządzę innymi, żeby żyć dla swojej przyjemności. I drugi – nie tyle rządzę, ile służę. Jadam gdzie popadnie i tylko po to, żeby się pokrzepić. Za stołem godzinami nie przesiaduję. To wymóg ascetyczny i bardzo praktyczny. Gościnni miłośnicy stukania się kieliszkami  i godzinnego wznoszenia toastów rzadko bywają dobrymi rządzącymi. Do tego nie są na wszystkie guziki zapięci. Mam na myśli w środku.
A jeszcze jedno słowo.
Przepowiadając w księdze Powtórzonego Prawa wybór króla zgodnie ze zwyczajem wszystkich narodów ziemi, Pan mówi do Izraelitów: Tylko nie będzie on nabywał wielu koni i nie zaprowadzi ludzi do Egiptu, aby mieć wiele koni (Pwt 17,16). Najsłynniejszy król Izraela, Salomon, jakby zamierzenie naruszył to przykazanie. Sprowadziwszy też Salomonowi konie z Musi i z Kue – kupcy królewscy brali je z Kue za ustaloną cenę. Wywożono i sprowadzono z  Musi rydwan za sześćset srebrników, a konia za sto pięćdziesiąt (Krl 10,28-29). A cóż nam, wydawałoby się, do izraelskich rydwanów w niepamiętnych czasach? Tak? Nie, nie tak.
Egipt dla Hebrajczyków to wyznacznik wiecznej pamięci o zniewoleniu. Także o deprawacji. Nie przypadkiem, jedząc mannę na pustyni, tęsknili za egipskimi dyniami i czosnkiem. Dla nas krajem niewoli i demoralizacji jest wszystko to, skąd przychodzą do nas wszystkie pokusy. Sami osądźcie, jesteście przecież dorośli. Rydwanami  egipskimi można przecież nazwać  maybachy i mercedesy, za którymi często tęsknią ci, którzy mało sumienia mają. „Nie kupuj rydwanów w Egipcie!” – to słowa skierowane do każdego wysokiego urzędnika.  Dlaczego opierający się  brzuchem o panel sterowniczy  „sługa narodu” powinien nieprzerwanie jeździć czymś bezprzykładnie drogim i zagranicznym? Cóż to takiego?
Jeśli mało wam utyskiwań całego narodu na ten temat (a przecież naród utyskuje), to posłuchajcie słowa Bożego. „Nie przywoź rydwanów z Egiptu”. Sprawa polega przecież nie tylko na rydwanach. Tam, w Egipcie, prawdopodobnie i pieniądze przechowujesz. Tam także twoje dzieci się uczą. I jaki z ciebie potem patriota?
Żeby nam było wstyd, powiemy, że francuscy prezydenci jeżdżą swoimi renaultami czy citroenami. Niemcy także francuskimi samochodami nie jeżdżą. Niemieckimi jeżdżą. Czy nam tak trudno złożyć specjalne zamówienie do narodowego przemysłu samochodowego i wielu przesadzić z zagranicznych samochodów do krajowych, zmontowanych z miłością. To kwestia nie tylko prestiżu i nie tylko oszczędności. To kwestia patriotyzmu.
Ostatni przykład zaczerpnę nie z Biblii, a z książki Mahatmy Gandhiego „Moje życie”. Gandhi był prawnikiem z wykształcenia. Po przyjeździe ze studiów do rodzimej prowincji Gudżarat zaczął szukać pracy. Jeden ze starych prawników zapytał go: „Czy potrafi pan rozpoznać charakter po wyrazie twarzy”? I zapytał go jeszcze  o wiele rzeczy, o których na studiach nie uczą. A potem powiedział: „Powinien pan dobrze znać historię Indii i historię naszej prowincji. Nie sposób żyć i pracować pośród ludzi, których historii się nie zna”. W oparciu o to zaproponowałbym wszystkim ubiegającym się o fotel gubernatorski poważny egzamin z historii kraju, w którym planują „siedzieć za kierownicą”. Być może także z miejscowych języków. Podobnie kandydaci do prezydenckiego fotela powinni znać szczegółowo historię państwa. Z datami, nazwiskami i imionami, z opisaniem procesów. To nie fantazja. Dlatego wielu lekkoduchów chce kierować tymi, o których nic nie wiedzą i nawet nie chcą wiedzieć. Na etapie tego pożądanego egzaminu  odpadnie wiele „dzieci i kobiet”. A więc łatwiej będzie wyborcy.
I ostatnia uwaga. Jeżeli trzeba  prowadzić moralne życie, wstawać wcześnie, jeść mało,  dobrowolnie wyrzec się lamborghini, dzieci w swojej ojczyźnie uczyć, kraj swój poznać jak własnych pięć palców i kochać bardziej niż samego siebie, to może nie każdy zechce wystawiać swoją kandydaturę do tego piekła. Nie do miodu przecież leci, a na krzyż wstępuje. 

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

o. Andrej Tkaczew
tłum. Ałła Matreńczyk

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token