Numer 10(400)    Październik 2018Numer 10(400)    Październik 2018
fot.
Niechlubny koniec mitu jagiellońskiego
Bogdan Galwas
Artykuł „Swoi czy obcy” Anny Radziukiewicz (Przegląd nr 32/2018) czytałem przygnębiony. Wiedziałem o burzeniu cerkwi w Polsce międzywojennej, ale nie zdawałem sobie sprawy z rozmiaru tego, co się stało. To, co Polacy zrobili współobywatelom, było wstrętne i nieludzkie. Wiem, czym jest cerkiew lub kościół dla społeczności wsi czy gminy. To miejsce chrztu, pierwszej komunii, ślubu, pożegnania ojców i dziadków, miejsce wielu głębokich przeżyć i wzruszeń. Tymczasem przychodzą Polacy i burzą cerkiew. Jakie uczucia budzi taki fakt w prawosławnych współobywatelach? A jeśli takie zdarzenia mają miejsce w dziesiątkach gmin i wsi? Nie ulega wątpliwości, że między ofiarami a sprawcami pojawia się mur nienawiści. Ci, którym zburzono cerkwie, to Ukraińcy. Ci, którzy je burzą, to Polacy. Robią to chrześcijanie chrześcijanom, cerkwie są świątyniami wspólnego Boga. Czy te dwie społeczności mogą żyć obok siebie w zgodzie i harmonii?
Kilka lat później zdarzyło się to, co historycy nazywają rzezią wołyńską. Niewyobrażalna tragedia i niedająca niczym się usprawiedliwić zbrodnia ludobójstwa. Ofiarami tym razem są Polacy. Wydarzenia te niewątpliwie miały miejsce na gruncie głębokiej, trudnej do zmierzenia nienawiści między sprawcami a ofiarami. Ta nienawiść narastała przez długie lata. Burzenie cerkwi z pewnością ją podsyciło. Nie chcę prowadzić rozważań, kto bardziej zawinił.
Niedawno rozmawiałem z zaprzyjaźnionym profesorem, Ukraińcem ze Lwowa, mądrym i uczciwym człowiekiem, na temat stosunków między Ukraińcami i Polakami. Zapytałem, jak Ukraińcy oceniają nasze wspólne państwo, gdy mieliśmy wspólnych królów, często z rodów mających korzenie na Rusi (Wiśniowiecki, Sobieski), jak widzą okres międzywojenny. Odpowiedział mi po namyśle, że okres do unii lubelskiej (1569 r.) oceniają dobrze, po unii – źle. Byli wtedy okupowani, lata międzywojenne to też okupacja. Słowo okupacja zabrzmiało w moich uszach fatalnie. Jako dziecko przeżyłem okupację w Generalnym Gubernatorstwie, więc mam świadomość, jaki ładunek uczuciowy zawiera to słowo. Z tą oceną nie sposób polemizować, przyjąłem ją ze smutkiem.
Norman Davies w znakomitej książce „Zaginione królestwa” opisuje przypadek Rzeczypospolitej, państwa w kształcie nadanym unią lubelską i przez Zygmunta Augusta, ostatniego z Jagiellonów. Państwo to zniknęło z mapy Europy po dwustu kilkudziesięciu latach. Historycy ze szczegółami opisali proces zaniku i bezsilności jego struktur. Magnateria i szlachta nie były w stanie zbudować mechanizmów i narzędzi państwa, jakim była Rzeczpospolita, nadać mu praw, stworzyć systemu podatkowego, utrzymać wojska. Wacław Potocki (1621-1696) zatytułował jedną z fraszek „Nierządem Polska stoi”. Dwuwyznaniowość, a dokładniej mówiąc wielowyznaniowość, związana z wielonarodowością, tworzyła nierówności podtrzymywane przez uprzywilejowany Kościół katolicki, które z kolei były źródłem sił odśrodkowych i niekończących się buntów. Najazdy łupieżców zrobiły resztę.
Kogo obarczyć odpowiedzialnością za upadek I Rzeczypospolitej? Chyba my, Polacy, musimy najwięcej winy wziąć na siebie, a dokładniej – zawinili magnaci i szlachta. Tym, co zrobili, ale szczególnie tym, czego nie zrobili. Poza tym bądźmy świadomi, że nie wszyscy mieszkańcy upadającego państwa załamywali ręce. Wielu powiedziało: wreszcie!

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


Bogdan Galwas
Przegląd Nr 37(975) z 10.09.2018
Bogdan Galwas jest emerytowanym profesorem Politechniki Warszawskiej, członkiem Komitetu Prognoz PAN

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token