Numer 5(395)    Maj 2018Numer 5(395)    Maj 2018
fot.Anna Radziukiewicz
Robotnik na wielkie żniwa
Marta Panas-Goworska
POCHÓD ŚLEPCÓW

Ślepi żebracy szli i szli, trzymając się za kostury. Niektórzy przemierzyli tak sto wiorst, inni dołączyli w pobliskich wioskach. Na czele długiego na kilkadziesiąt metrów ludzkiego łańcucha kroczył młodzieniec, który przed dwoma miesiącami przejrzał na oczy. Wrócił w swoje okolice i opowiedział o cudzie, jaki go spotkał, stając się żywym przykładem, że można odrzucić laskę i przeistoczyć w zdrowego człowieka. Nie poprzestał na tym i postanowił skrzyknąć ociemniałych. Był to czas, gdy niemal w każdej wsi u wrót świątyni przesiadywał jakiś ślepiec i młodzian szybko zgromadził czeredę, z którą ruszył w drogę. Wieść o tym niecodziennym korowodzie rozniosła się lotem błyskawicy i w mijanych osadach czekali nań kolejni i kolejni. W końcu procesja dotarła do wsi Wierchnij Lubaż w kurskiej guberni i zatrzymała przy szpitalu, gdzie przyjmował Walentin Wojno-Jasieniecki.
ZIEMSKI LEKARZ

W promieniu sześciu kilometrów do medyka trafiało niemal sto procent potrzebujących. Wystarczyło jednak, że dystans wzrósł dwukrotnie, a docierała zaledwie połowa. Przy większych odległościach prawdopodobieństwo, że pacjent sam znajdzie drogę, spadało do zera. Ale nie tylko to stanowiło udrękę carskiej medycyny. Wojno-Jasienicki, który w 1905 roku objął w Wierchnim Lubażu posadę lekarza, musiał zmierzyć się z nękającymi ludność ospą, durem brzusznym i odrą. Wystarczyło, że powstrzymał epidemie, a już rozpoczął walkę z kolejną plagą.
Jaglica, zwana egipską chorobą, pojawiła się w Europie na początku XIX wieku, tuż po wyprawie wojsk Napoleona pod piramidy. Tym bakteryjnym zapaleniem oczu zarazili się rosyjscy żołnierze okupujący Francję i przywlekli na tereny Polski i Rusi, gdzie choroba zaczęła się plenić i nieleczona prowadziła do ślepoty. W carskiej Rosji cierpiący na nią ociemniali chłopi poszerzali grono żebraków, a ich obecność rychło wpisała się w krajobraz prowincji i mało kto walczył już z egipskim zapaleniem spojówek. Leczenie jaglicy, przed wynalezieniem antybiotyków, polegało na zabiegu chirurgicznym i ziemski lekarz, czyli powołany przez carski samorząd, mógłby bez trudu pomóc ślepcom. Wojno-Jasieniecki z sobie właściwym zapałem podjął się tego wyzwania i od rana do wieczora operował. Na efekty nie trzeba było długo czekać i po okolicy rozeszła się wieść o cudotwórcy, który przywraca wzrok. Rozgłos nie ułatwiał mu pracy, a pielgrzymka ociemniałych, którzy przybyli pod szpital, ostatecznie skłoniła go do wyjazdu.
W nowym miejscu nie porzucił jednak przyzwyczajeń i jako ordynator oddziału chirurgicznego szpitala w Fatieżu niezmiennie niósł pomoc najbardziej potrzebującym. Podejmował się także skomplikowanych zabiegów i rychło zyskał sławę lekarza, do którego „kierowano ciężko chorych ze szpitali całego Czarnoziemia”, czyli historycznego regionu przemysłowego, ze stolicami w stutysięcznym Kursku i nie mniejszym Woroneżu. Popularność także i tym razem stała się jego wrogiem. Nie odszedł od stołu operacyjnego, gdy wzywano go do przewodniczącego zarządu ziemstwa, niejakiego Batiezatuła, za co został okrzyknięty rewolucjonistą i dyscyplinarnie zwolniono. Pycha lokalnego dygnitarza została jednak ukarana. „W dzień targowy – zapisał Wojno-Jasieniecki we wspomnieniach – jeden z wyleczonych przeze mnie ślepców wskoczył na beczkę i wygłosił płomienne przemówienie w sprawie mojego zwolnienia, po czym poprowadził tłum gromić radę ziemstwa, której siedziba znajdowała się na rynku. Tam był jeden członek rady i ze strachu wlazł pod stół. Ja oczywiście musiałem co szybciej wyjechać z Fatieża”.

WYJAŚNIĆ NIEPOJĘTE
Opuściwszy prowincjonale miasteczko Wojno-Jasieniecki postanowił zrealizować od dawna odkładane plany i z żoną oraz dwójką dzieci ruszył do Moskwy.
„Absolwenci rosyjskich szkół medycznych – zapisał w diariuszu – nie wynosili z zajęć umiejętności podawania narkozy i musieli uczyć się tego na własną rękę”, a samemu znieczuleniu, „od którego zależy życie chorego, w programie uniwersyteckim przeznaczono mniej miejsca niż mineralogii”. W efekcie większość ziemskich lekarzy w ogóle nie stosowała anestezji, a to przekładało się na niską jakość przeprowadzanych przez nich zabiegów.
Chcąc to zmienić, prowincjonalny medyk zastukał do gabinetu kierownika Kliniki Chirurgii Szpitalnej Cesarskiego Uniwersytetu Moskiewskiego, profesora Pietra Djakonowa, który zgodził się zostać opiekunem jego rozprawy kandydackiej (wg polskiej nomenklatury doktorskiej). Wojno-Jasieniecki rozpoczął pracę nad mało znanym w Rosji znieczuleniem miejscowym, polegającym na czasowym zablokowaniu przewodnictwa nerwowego w żądanym fragmencie ciała. W tym celu wstrzykiwał nieboszczykom w oczodół niewielką ilość podgrzanej i zabarwionej żelatyny, po czym obserwował jej rozchodzenie się. Nauczył się też od podstaw francuskiego i biegle władając niemieckim przeczytał ponad pięćset zagranicznych książek i artykułów poświęconych interesującej go problematyce. I w ciągu swej bytności w Moskwie przybliżył się do opracowania skutecznych, a zarazem prostych technik znieczulania.
Postęp w nauce dokonywał się jednak kosztem życia rodzinnego. Żona medyka nie była w stanie podołać domowym obowiązkom, zaś finanse, którymi dysponowała rodzina, nie wystarczały na zatrudnienie opiekunki. W takiej sytuacji Walentin Feliksowicz pozostał w Moskwie i kontynuował prace, a Anna Wasiljewna z córką i synami wróciła do rodzinnego majątku. Rozstanie okazało się dla niej trudniejsze niż przypuszczała i doszło do kryzysu. Można podejrzewać, że Anna z domu Łańska, a zatem najprawdopodobniej Polka z pochodzenia, przeszła załamanie nerwowe, u podstaw którego legły obawy o wierność męża. Po latach Wojno-Jasieniecki tak scharakteryzował rozterki, które zaważyły na losach jego żony:
„Złożyła śluby czystości. I wychodząc za mnie za mąż, naruszyła te śluby i nocą przed nabożeństwem weselnym, w cerkwi zbudowanej przez dekabrystów, modliła się przed ikoną Zbawiciela. Nagle wydało się jej, że Chrystus odwrócił swe oblicze i zniknął z kiotu. Było to najpewniej przypomnienie i za niedotrzymanie obietnicy Bóg ukarał ją niedającą się okiełznać, patologiczną zazdrością”.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Marta Panas-Goworska
Współpraca: Andrzej Goworski
Siergiej Glancew
(Polityka z 17 marca 2018 roku)
fot. z wikipedii.pl

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token