Numer 5(395)    Maj 2018Numer 5(395)    Maj 2018
fot.Anna Radziukiewicz
Ze wszystkimi pokój miejcie
Eugeniusz Czykwin
W czasie intronizacji w soborze św. Marii Magdaleny w Warszawie, 31 maja 1998 roku, metropolita Sawa za dewizę swojej posługi przyjął słowa: „Ze wszystkimi pokój miejcie”. Choć w swoim nauczaniu, opublikowanych tekstach, władyka wielokrotnie podkreślał znaczenie i wagę zgody i pokoju, w pierwszej kolejności we własnym sercu, w rodzinie, parafialnej wspólnocie i szerzej w narodzie i między narodami, to zapewne na wybór tych słów Zbawiciela, a także drogi życiowej, miały wpływ jego, jeszcze jako dziecka, doświadczenia i przeżycia.
Już od najmłodszych lat słyszał w domu o przeprowadzonej w 1938 roku, w którym się urodził, akcji burzenia i zamykania prawosławnych cerkwi. Ich, znajdująca się w sąsiedztwie rodzinnego domu, cerkiew w Śniatyczach na Zamojszczyźnie także była zamknięta. Tego mały Michał (świeckie imię władyki) Hrycuniak, tak jak zmarłego dwa lata po jego urodzeniu ojca Włodzimierza, nie pamiętał. Dobrze, choć wspominał o tym niechętnie, zapamiętał wydarzenia z lat 1943-1945. W przeprowadzonej przez Jarosława Charkiewicza rozmowie („Rozmowy o życiu i Cerkwi”, Warszawska Metropolia Prawosławna, Warszawa 2013 rok) tak o tamtych czasach mówił: „Jak miałem 4-5 lat, to pewne rzeczy już sobie uświadamiałem. Nie zawsze rozumiałem ich sens, ale uświadamiałem sobie ich ciężar. Lata powojenne były bardzo niespokojne. Nie dawano nam spokoju. Ciągle nachodziły nas bandy. Trzeba było chować się, znikać z domu. Wszystko to razem – i wspomnienia lat wojennych, i realność pierwszych lat po wojnie – sprawiało, że wychowywałem się w strachu.
W 1943 roku pięcioletni Michał już rozumie, że wokół dzieją się straszne rzeczy. Jego kuzyna, także Hrycuniaka, zabito na drodze przed Śniatyczami. Chował go o. Paweł Szwajko, który – co chłopiec dobrze zapamiętał – był zabandażowany, gdyż poprzedniej nocy „nieznani sprawcy” dokonali napadu na plebanię. Następnej nocy, z 28 na 29 sierpnia 1943 roku, o. Paweł i jego matuszka Joanna zostali zamordowani przez oddział AK, dowodzony przez Józefa Śmiecha ps. „Ciąg”. Według zeznań świadków sprawcy „zadali mu kilkadziesiąt ciosów tępymi i ostrymi narzędziami, po czym dobili z broni palnej, zaś na piersi wycięli krzyż prawosławny” (wikipedia.org).
Po przejściu frontu prawosławnych mieszkańców Śniatycz i okolic, w tym całą rodzinę Hrycuniaków ze strony ojca, przesiedlono na Ukrainę. Mamę i babcię (także wdowę) wraz z małym Michałem pozostawiono, chyba dlatego, przypuszcza władyka, że wuj Andrzej służył wówczas w Ludowym Wojsku Polskim. Gdy wrócił z wojska, jego także chciano zabić. „Gdy przyszli w nocy i nie zostali go w domu – wspominał metropolita – zaczęli bić mamę i babcię. Pamiętam, że strasznie krzyczałem. Po tej nocy prawie nie nocowaliśmy w domu. W stogu siana czy słomy robiliśmy dziurę i tam nocowaliśmy. O tym nikt nie wiedział. Słomę można było podpalić, jednak kobiety wówczas o tym nie myślały”.
O. Paweł Szwajko, jeden z wielu prawosławnych duchownych zamordowanych w latach 1943-1947 na Chełmszczyźnie, w przeddzień swojej męczeńskiej śmierci dał małemu Michałowi prosforę. Sześćdziesiąt lat później ten chłopiec, już jako zwierzchnik naszej Cerkwi, wraz ze wszystkimi prawosławnymi władykami w Polsce i wieloma z zagranicy, 8 czerwca 2003 roku w Chełmie kanonizował o. Pawła, sześciu innych dochowanych oraz „Tych, których imiona nie są znane, a wiadome jedynie Bogu Wszechmogącemu”. „Ten chłopiec – mówił łamiącym się głosem metropolita – któremu dałeś wówczas prosforę, dzisiaj ogłasza ciebie męczennikiem”.
W wyniku prześladowań w okresie międzywojennym, terroru podziemia, przesiedleń na Ukrainę i w ramach Akcji Wisła, Cerkiew na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu została niemal całkowicie zlikwidowana. Jednak pamięć o niej, tak jak wiara prawosławna, przetrwały w sercach ludzi, rozproszonych i tych nielicznych pozostałych na ojczystej ziemi. W tym także w sercu małego i dorastającego Michała Hrycuniaka. Dzięki nim i tym, którym pozwalano na powrót, Cerkiew na Chełmszczyźnie istnieje do dziś. Zwracając się do uczestników uroczystości kanonizacji Męczenników Chełmskich i Podlaskich metropolita powiedział: „Krew męczenników zebrała nas w miłości, pokoju. Nie wnosimy do świata ani nienawiści, ani zła. To jest obce prawosławiu. Niesiemy światu miłość i pokój. A tym, którzy zadali naszym braciom cierpienie, my, potomkowie, przebaczamy i wierzymy, że męczennicy, łącząc się z nami w modlitwie, wybaczają swoim oprawcom. Ten moment świadczy o tym, że pośród zła tego świata nasza wiara przynosi dobre owoce”.
Choć cerkiew w Śniatyczach zamieniono na kościół, to o tym, że „prawosławie jeszcze istnieje” już jako uczeń szkoły podstawowej dowiedział się Michał od przybranej cioci Olgi Poznańskiej, która przyjechała do nich z Warszawy. Ona też powiedziała mu o istniejącym w Warszawie prawosławnym seminarium, do którego w 1951 roku przyszły metropolita wstąpił.
Okres nauki w seminarium był dla doświadczonego już dramatycznymi przeżyciami młodego człowieka okresem duchowego wzrastania. Sprzyjało temu także przysługiwanie w warszawskim soborze najpierw metropolicie Makaremu (Oksijukowi), a po jego śmierci w 1959 roku metropolicie Tymoteuszowi (Szretterowi) i następnie pełniącemu funkcję locum tenens metropolii warszawskiej arcybiskupowi Jerzemu (Korenistowowi). Duchowemu wzrastaniu i decyzji o zostaniu mnichem sprzyjał też wyjazd w 1965 roku absolwenta Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej do Belgradu na studia doktoranckie na tamtejszym uniwersytecie.
Zaledwie kilka dni po obronie pracy doktorskiej w monasterze Wprowadzenia Najświętszej Bogarodzicy w Belgradzie młody diakon z Polski (święcenia diakońskie otrzymał w 1964 roku w Warszawie) złożył śluby monastyczne. Patriarcha serbski German nadał mu imię wielkiego serbskiego świętego, Sawy. Imię to w zamyśle patriarchy miało wyrażać duchową łączność między Cerkwiami w Serbii i Polsce. Tak też się stało. Metropolita zawsze, w szczególności w czasie bombardowań Jugosławii, bardzo ciepło wyrażał się o serbskiej Cerkwi i serbskim narodzie. Także miejsce mniszego postriga nie było przypadkowe. W tym czasie żyły w nim mniszki z monasteru w Leśnej, które w 1915 roku wyjechały w bieżeństwo, a po rewolucji w Rosji przez Rumunię i Bułgarię dotarły do Belgradu. Swemu „krajanowi” siostry podarowały zabraną z Leśnej ikonę Chełmskiej Bogarodzicy.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


Eugeniusz Czykwin
zdjęcia pochodzą z książki
Jarosława Charkiewicza
„Rozmowy o życiu i Cerkwi”
i z albumu „Z nami Bóg”
Anna Radziukiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token