Numer 4(394)    Kwiecień 2018Numer 4(394)    Kwiecień 2018
fot.Anioł zjawiający się kobietom niosącym wonności. Ikona z końca XV wieku.
Pozostawił po sobie dobrą pamięć
Ałła Matreńczyk
- Zebraliśmy się dzisiaj po to, by wznieść dziękczynienie do Boga za to, że mieliśmy możliwość na różnych etapach naszego życia i w różny sposób poznać o. Włodzimierza Cybulińskiego – podkreślał obecny proboszcz, o. Marek Ławreszuk. – Bo nasza wspólna modlitwa jest przede wszystkim dziękczynieniem, wyrażanym w słowie Alliłuja.
Ciało zmarłego batiuszki zostało wniesione do cerkwi już w sobotę, 24 lutego, trumnę ustawiono przed ikoną Matki Bożej Wsiecarycy, przed którą o. Włodzimierz tak bardzo lubił odprawiać akatysty.
Żegnali się z nim także wierni podczas niedzielnych Liturgii.
– Trudno o lepszy dzień, żeby uzmysłowić sobie rolę o. Włodzimierza w naszym wspólnym życiu religijnym – podkreślał o. Marek Ławreszuk. – Dzisiaj Święto Prawosławia, to święto tych pasterzy Cerkwi, którzy gorliwie przez całe życie jej służyli, którzy pozostawili po sobie pomniki widzialne, czyli świątynie i niewidzialne, czyli ludzkie. Ileż osób nakarmiło się dzięki jego nauczaniu, ileż osób zostało pocieszonych przez niego w trakcie spowiedzi. Ile osób usłyszało słowa wsparcia? Ile osób wspólnie pracowało z nim, dzieliło trud życia?
To są owoce, to są pomniki niematerialne, ale nie mniej ważne.
Po wieczerni z czytaniem Pasji trumna stanęła już na środku cerkwi, przed nią duże zdjęcie batiuszki, w obłaczeniju i mitrze, z krzyżem w ręku, wokół mnóstwo wieńców i kwiatów. Parafialny chór śpiewał pieśni z Bohogłasnika.
O dziewiętnastej przybył biskup supraski Andrzej wraz z kilkudziesięcioma duchownymi, rozpoczęła się uroczysta panichida. Od gromkiego Wiecznaja pamiat’ drżała cerkiew…
Władyka Andrzej przypomniał działalność zmarłego. – Wiemy, z jakimi trudnościami musiał się zmierzyć podczas budowy tej cerkwi, znamy jego gorliwość, cierpliwość, poświęcenie przy formowaniu stada, którym jest każda parafia, właśnie w tym miejscu, gdzie było to tak potrzebne. Wierzymy, że choroba, z powodu której cierpiał, to był krzyż, przez który Pan przyjmował go do Królestwa Niebieskiego.
Przez całą noc cerkiew była otwarta, w późnych godzinach wieczornych przybył arcybiskup Grzegorz z mniszkami z monasteru w Zwierkach, duchowni kontynuowali rozpoczęte po Liturgii czytanie Ewangelii.
W dzień pogrzebu, w poniedziałek, cerkiew była pełna.
Na otpiewanije przybył arcybiskup Jakub, ponad pięćdziesięciu duchownych, diakoni, przedstawiciel prezydenta miasta, dyrektorzy szkół, prezes spółdzielni mieszkaniowej Słoneczny Stok, służby więzienne z Hajnówki, Białegostoku, Czerwonego Boru i Grądów Woniecko, ponad tysiąc wiernych. Śpiewał chór duchowieństwa diecezji białostocko-gdańskiej, kierowany przez protodiakona Bazylego Dubeca. Przy trumnie stanęły poczty sztandarowe.
– Zwykle tak wiele osób zbierało się tutaj na parafialne święto – zauważył arcybiskup Jakub. – Wtedy witał nas u progu o. Włodzimierz Cybuliński, dziś stojące przy trumnie jego zdjęcie.
Władyka przypomniał życiorys zmarłego batiuszki, który urodził się w 1941 roku we wsi Dasze koło Kleszczel, a święcenia kapłańskie otrzymał 9 września 1962 roku. Wspomniał o jego poprzednich parafiach – Kuraszewie (1962-1965) i Czyżach (1965-1988). To w Czyżach zmarły przeżył najtrudniejsze chwile swego życia, pożar cerkwi, która spłonęła w 1984 roku, w noc po święcie parafialnym. Odtąd wszystkie swe siły poświęcił budowie nowej, którą oddał w stanie surowym.
Najwięcej miejsca władyka poświęcił duszpasterskiej posłudze zmarłego w Białymstoku. W 1988 roku o. Włodzimierz Cybuliński został wikariuszem w Starosielcach, a po pół roku proboszczem nowo powstałej parafii Zmartwychwstania w Białymstoku. Powierzono mu więc budowę nie tylko nowej cerkwi, ale i formowanie nowej parafialnej wspólnoty, czemu poświęcił się bezgranicznie.
– Kiedyś były prezydent miasta przyznał, że o. Włodzimierz w swoich zabiegach o wspomożenie budowy jest niezmordowany, jak drzwi są zamknięte, to stara się wejść przez okno – wspominał władyka. – A to niełatwe, trzeba bowiem było uniżyć się w pokorze.
Arcybiskup Jakub podkreślił, że o. Włodzimierz pozostawił piękny dorobek – dwie świątynie, wiernych, którzy go lubili. – Jaki był? Zawsze pogodny, łagodny, obowiązkowy, zawsze przed czasem, gościnny, życzliwy, uczuciowy – mówił władyka.
Batiuszka przez wiele lat był też kapelanem więziennictwa.
Z powodu ciężkiej choroby o. Włodzimierz był proboszczem Woskresienskiej parafii do czerwca 2014 roku, ale starał się przychodzić do cerkwi niemal do końca swych dni.
– Modlimy się, żeby Bóg wybaczył zmarłemu wszystkie grzechy – zapewnił w imieniu prawosławnej służby więziennej naczelny kapelan o. Andrzej Lewczak.
Podkreślił, że zmarły był pierwszym kapelanem więziennictwa w Białymstoku. Za oddaną służbę został nagrodzony w 2003 roku brązową odznaką za zasługi dla pracy penitencjarnej, nadaną przez ministra sprawiedliwości.
– W swojej posłudze duszpasterskiej wielokrotnie przekraczał mury więzienne, by być wsparciem i podporą dla osadzonych, funkcjonariuszy i pracowników służby więziennej oraz jej rodzin – mówił o. Andrzej Lewczak. Zaznaczył, że o. Włodzimierz dzielił się swym niebagatelnym doświadczeniem z braćmi kapelanami, był dla nich wzorem i autorytetem.
Ze zmarłym pożegnał się także dyrektor aresztu śledczego w Białymstoku, płk Wojciech Prażmowski.
O. Włodzimierz Cybuliński spoczął na cmentarzu w Dojlidach.

O. Włodzimierza wspominają

Ks. Jan Filewicz, wikariusz rzymskokatolickiej parafii św. Krzyża w Grabówce: – Z księdzem Włodzimierzem Cybulińskim rozpoczynaliśmy katechezę w szkole nr 36, ja w klasach powiesiłem krzyże, on ikony, mieliśmy okazję do częstych rozmów. Potem poważnie zachorowałem, trafiłem do szpitala, okazało się, że mam zator. Wtedy ks. Cybuliński prosił w cerkwi, żeby się za mnie modlić.
Odwiedził mnie. Nie byłem w stanie rozmawiać i prawdę mówiąc nie chciałem, by ktokolwiek mnie odwiedzał. A on usiadł przy mnie i zaczął mówić, pół godziny, godzinę, dwie, trzy. „Nie przejmuj się księże. Bóg jest i ciebie z tego wyciągnie”, powtarzał. I Bóg mnie wyciągnął.
Zawsze wiedziałem, co u niego słychać, on co u mnie. Potem on poważnie zachorował. Odwołałem wtedy swój wyjazd na ważną pielgrzymkę do Rzymu. Pojechałem do szpitala. Ks. Cybuliński był po tracheotomii, nie mógł rozmawiać. Byłem przy nim ze dwie godziny. Powtarzałem jego słowa. „Bóg jest, wyciągnie ciebie”. I wyszedł ze szpitala. Pięknie było, pięknie...
Irena Skorupska: – Na początku lat osiemdziesiątych, kiedy zamieszkaliśmy na Słonecznym Stoku, do cerkwi dojeżdżaliśmy do Starosielc. W 1988 roku wikariuszem tej parafii został o. Włodzimierz Cybuliński. Jego sposób odprawiania Liturgii wywarł na mnie duże wrażenie. Pamiętam niedzielne spotkania po Liturgii, które organizował, rozmowy o planowanym utworzeniu nowej parafii na Słonecznym Stoku. Nasz nastojatiel potrafił skupić wokół siebie ludzi. Nie było żadnego tłumaczenia, żadnej dyskusji. Nikt nie mówił, że ciężko, że nie ma czasu. Jak trzeba było zbierać pieniądze, to trzeba. Obchodziłam wszystkich parafian, jeździłam po innych parafiach. Budowaliśmy razem. Batiuszka musiał sobie radzić tak, jak potrafił.
Batiuszka od kilku lat poważnie chorował, tak od pół roku nie przychodził do cerkwi. W grudniu odwiedziłyśmy go razem z Niną Krukowską. Wyglądał dobrze, był pogodny, pogodzony ze swoją chorobą. I takim go zapamiętam.
Nina Krukowska: – O. Włodzimierz bardzo wyraźnie czytał, zapadły mi w pamięci też jego kazania. Kiedyś, gdy moja siostra zachorowała na raka, pojechałam na pielgrzymkę do Rosji. Po drodze z Wałaamu zajechaliśmy do pskowsko-pieczerskiej ławry. Tam po raz pierwszy usłyszałam o ikonie i akafiście do Matki Bożej Wsiecarycy, rakowych jazw diwnoj Gubitielnicy. Przywiozłam ikonę siostrze, a ona poprosiła, żeby także o. Włodzimierz się pomodlił. Wtedy też w naszej tymczasowej drewnianej cerkwi pojawiła się duża papierowa ikona Wsiecarycy. Gdy zrodził się pomysł wprowadzenia drugiego parafialnego święta, batiuszka zaproponował właśnie Wsiecarycy. Cieszył się, gdy na akafisty, już przed okazałą ikoną, przychodziło coraz więcej ludzi, gdy pojawiły się wota…
Najtrudniejszy moment na budowie? Krycie. Cena blachy miedzianej porażała. „Nie damy rady” – nie krył wątpliwości batiuszka. „Tyle razy nam się udawało, uda i tym razem” – podtrzymywałam go na duchu, a gdy właściciel hurtowni udzielił nam kredytu, batiuszka dał się przekonać. Po trzech latach spłaciliśmy kwotę.
Nasz nastojatiel długie lata był kapelanem więziennym, nigdy nie szedł do więzienia z pustymi rękami. A wtedy w areszcie dużo było Białorusinów, Ukraińców, których nikt nie odwiedzał. I dla nich, i dla pozostałych organizował wigilie, śniadania wielkanocne. Niektórzy więźniowie pracowali u nas przy budowie plebanii, innym dawał zatrudnienie, gdy po wyjściu na wolność nie mieli gdzie się zaczepić.
Gdy zachorował i ze szpitala wrócił już z rurką tracheotomijną, jeszcze przez rok był proboszczem. Później też przychodził na nabożeństwa, sprawował proskomidię, spowiadał, przy dużych świętach słyszeliśmy jego głos w cerkwi. Gdy wychodził z krzyżem, ustawiała się do niego długa kolejka.
Mikołaj Misiukiewicz: – Pamiętam początki naszej budowy – ileż trzeba było pracy, zabiegów, wysiłku, by doprowadzić do obecnego stanu. Ileż wędrówek po firmach, które wtedy mogły odpisać parę groszy na budowę. Wtedy wszystko trzeba było wystać, wyprosić, załatwić. Batiuszka w swoich wędrówkach po urzędach był niezmordowany. Obszedł, i to niejednokrotnie, wszystkie firmy w Białymstoku. Wszędzie o wsparcie na Boże dzieło prosił. Ten jego upór był niesamowity. Pewnie dla siebie nie ośmieliłby się tak prosić. Ale nie było innego wyjścia. Koszty budowy parafialnego domu i cerkwi wyceniam na 20-30 mln złotych, jak mieliśmy zebrać taką kwotę?
Batiuszka sięgał także, zwłaszcza przy budowie domu parafialnego, do niewykwalifikowanej siły roboczej. Pracowali u nas młodzi ludzie bez stałego zajęcia, pamiętam także dwie Białorusinki, które przyjechały na handel i nie miały pieniędzy na bilet powrotny, zarabiały więc u nas.
Pamiętam pierwszą Liturgię na placu – świeczki w skrzynkach z piaskiem, chór, któremu, jak później podkreślał władyka, wychodziło co drugie Hospodi pomiłuj. A dzisiaj to już jest inna epoka.
Batiuszka w każdym środowisku miał znajomych, na święta zapraszał prawosławnych i katolików, mundurowych i cywili, dyrektorów szkół.
Aleksy Czykwin: – Gdy przyszedł do nas o. Włodzimierz, zaczęliśmy tu, na placu, organizować życie parafialne. W naprędce wyremontowanym drewnianym domku urządziliśmy i kancelarię, i miejsce spotkań. Nawet herbaty nie było jak zaparzyć, przynosiliśmy ją ze swoich mieszkań w pobliskich blokach. Jak był prazdnik i przyjeżdżał władyka, kobiety właśnie tutaj urządzały przyjęcie, dania wcześniej przygotowywały w domach.
Pierwszą tymczasową cerkiew i plebanię budowaliśmy „chłopskim sposobem”. Gdy wylewaliśmy ławy pod murowaną cerkiew, do pracy przychodziło po trzydziestu parafian.
Batiuszka umiał podejść do ludzi, miał wśród nich posłuch, może dlatego, że sam się nie oszczędzał. Umiał też zjednać ludzi, żył w zgodzie ze wszystkimi. Na parafii nigdy nie było zwady. O takich batiuszków trudno.
Ks. Ryszard Pasturek: – Byłem katolickim kapelanem więziennictwa, o. Włodzimierz Cybuliński prawosławnym. Początkowo urządziliśmy dwie oddzielne kaplice, prawosławną i katolicką. Potem zapytano nas, czy moglibyśmy korzystać z jednej, drugie pomieszczenie okazało się potrzebne służbom więziennym. Zgodziliśmy się. Nigdy nie było między nami nieporozumień. Pamiętam, kiedyś w tygodniu modlitwy o jedność chrześcijan zorganizowaliśmy wspólne nabożeństwo – nie była to msza ani liturgia. Najpierw modlił się o. Cybuliński ze swoimi podopiecznymi, potem ja z moimi. To był piękny czas.
O. Adam Krysztopowicz: – Pierwszy raz przekroczyłem bramy aresztu śledczego jako kapelan służby więziennej sześć lat temu, przed Bożym Narodzeniem. Nowe miejsce, kontakt z osadzonymi i emocje, nie umiałem się odnaleźć. Na szczęście spotkałem się z ciepłym przyjęciem dotychczasowego kapelana, o. Włodzimierza Cybulińskiego.
A miał za sobą 23 lata służby kapelana w więziennictwie. Swoją posługę zaczynał w 1990 roku, przez siedem lat nie pobierając żadnego wynagrodzenia. Modlił się, udzielał sakramentów, odprawiał nabożeństwa, prowadził katechizację. Tak, katechizację, bo ponad połowę jego ówczesnych podopiecznych stanowili wtedy Białorusini, Ukraińcy i Rosjanie, którzy niewiele wiedzieli o prawosławiu. Nikt też ich nie odwiedzał. Dobra znajomość języka rosyjskiego, ciepło i życzliwość o. Włodzimierza, jego modlitwy były, można powiedzieć, powiewem wolności.
Poza tym batiuszka był osobą spokojną, pokorną, Nie wywyższał się, w każdym z osadzonych znajdował pozytywne cechy, dla każdego miał czas. Więźniowie z dłuższymi wyrokami do dziś wspominają, jak czekali na te wizyty. Czekali też na organizowane przez o. Włodzimierza wigilie osadzonych z udziałem ich rodzin albo śniadania wielkanocne. Z tej okazji kobiety z aresztu śledczego obdarowywały batiuszkę wyszywankami albo własnoręcznie wypisanymi laurkami.
O. Włodzimierz ochrzcił w więzieniu co najmniej dwie osoby. Podkreślał, jak bardzo poruszała go spowiedź osadzonych, ich najgłębsza skrucha.
Kiedy odszedł na emeryturę, odwiedzałem go wielokrotnie – na Boże Narodzenie, Wielkanoc, w dzień św. Włodzimierza. W pokoju wisiała napisana olejnymi farbami ikona Trojerucznicy, prezent od osadzonych. Batiuszka przy herbacie zawsze wypytywał o więźniów z najdłuższym stażem, a pamięć miał bardzo dobrą, wspominał swoje pierwsze kroki w areszcie. Serdecznie dziękował za odwiedziny, nie zabywajtie mienia gresznowo – prosił.

Ałła Matreńczyk
fot. Andrzej Cybuliński
(archiwum parafii)

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token