Numer 2(392)    Luty 2018Numer 2(392)    Luty 2018
fot.Anna Radziukiewicz
Moja mała Ojczyzna
o. prot. Mikołaj Sidorski
Należę do pokolenia, które na pytanie: „Kim jesteś”?, odpowiadało: „Tutejszy”, co oznaczało, że jestem prawosławny i Cerkiew dla mnie jest ponad wszystkimi podziałami. To nam wystarczało, aby zachować i docenić własną tożsamość religijną i narodową. Przez wiele lat poszukiwaliśmy przyczyn i uzmysławialiśmy sobie skutki wojennej i powojennej martyrologii prawosławia w naszej Małej Ojczyźnie, które przez kilka dziesięcioleci było dla nas tabu. Wiele z tamtych wydarzeń odbierałem oczami dziecka, nie zdając sobie sprawy z tragizmu dni. Pamiętam, jak pewnej nocy przyszli jacyś ludzie w polskich mundurach wojskowych i kazali tacie jechać z nimi furmanką gdzieś za Boćki, Dziadkowice, w kierunku Siemiatycz, a mama z babcią cały czas płakały i modliły się, żeby cały i zdrowy wrócił do domu. Za drugim razem sam koń w zaprzęgu przywiózł nocą tatę do domu pobitego i zakrwawionego. W domu przez jakiś czas o tym się mówiło. Dzisiaj przypomina mi to wiersz Adama Mickiewicza „Powrót taty” (parafraza): Tato nie wraca ranki i wieczory, we łzach go czekam i trwodze, rozlały rzeki, zwierza pełne bory i pełno zbójców na drodze… Dopiero po latach zrozumiałem, że mój tato był furmanem i tylko Opatrzność Boża uratowała go od tragicznej i męczeńskiej śmierci, jaką poniosło 49 furmanów z okolic Puchał Starych. Był też przypadek, kiedy prawosławnego mieszkańca naszej wsi znaleziono po jakimś czasie w pobliskim lesie przywiązanego do sosny z mrowiskiem. Został sam szkielet. To tylko jeden z wielu przykładów tragizmu tamtych lat, jaki przeżyła prawie każda rodzina tylko dlatego, że inaczej się modliła, po swojemu. Chleb nasz nasuszcznyj, a nie powszedni. Dzięki Wam (PP) wiele białych plam w historii tych tragicznych lat zostało uzupełnionych prawdą.
W roku 2002 odwiedziłem Cleveland w stanie Ohio (USA), gdzie na spotkaniu podczas wizyty hierarchów z Polski – metropolity Sawy i arcybiskupa Abla – dowiedziałem się, że w 2003 roku odbędzie się kanonizacja prawosławnych męczenników Chełmszczyzny i Podlasia, którzy zginęli za swoją wiarę w latach 1940 -1950. Na początku nie mogłem w to uwierzyć. Kiedy ochłonąłem, zrozumiałem, że rzeczywiście „Bóg nie w sile, lecz w prawdzie”. Byłem uczestnikiem uroczystości, tak wiele znaczących w życiu naszej Cerkwi nie tylko w Polsce, ale i na świecie, które odbyły się na początku czerwca 2003 roku w Chełmie. O moich osobistych przeżyciach i refleksjach z uroczystości kanonizacyjnych pisałem w prasie cerkiewnej w Kanadzie. Ukazał się dość obszerny artykuł w miesięczniku Ukraińskiej Prawosławnej Cerkwi „Wisnyk”. Wielu Kanadyjczyków, tutaj urodzonych, po przeczytaniu mojej relacji nie mogło pojąć tamtego okrucieństwa, przy tym jeszcze na tle religijnym. Ale Kanada to inny kraj, chociaż kulturowo i religijnie bardzo zróżnicowany, ale dzięki Bogu bezpieczny. Gdyby jednak można było zatrzymać czas, wybrałbym Kanadę tę sprzed trzydziestu lat, gdy na preriach nie zamykało się cerkwi nawet na noc.
Szybko upłynęło w moim życiu kilkadziesiąt lat na emigracji. Przyjechałem na kilka miesięcy na wakacje do Kanady, do Oshawy (niedaleko Toronoto) do szwagra, o. Eugeniusza Lewickiego († 1990), i tak moje wakacje trwają już trzydzieści lat. Uczucie utraty i smutku ogarniają mnie, gdy wspominam i modlę się podczas Liturgii za dusze powołanych przez Naszego Pana i Zbawcę do Wiecznego Kościoła kolegów i przyjaciół, a ostatnio śp. arcybiskupów Adama (Dubeca), Jeremiasza (Anchimiuka) i Szymona (Romańczuka). Na ręce metropolity Sawy my, księża z Polski, pełniący obowiązki duszpasterskie w Kanadzie, składaliśmy wyrazy współczucia na okoliczność zaśnięcia w Panu tak dobrze znanych nam arcypasterzy. „Jednak Święte miejsca w Cerkwi nigdy nie bywają próżne”. Cieszy mnie widok młodych duchownych, ostatnio ordynowanych czterech nowych biskupów, uczniów władyki Sawy, z którym w latach 50. studiowaliśmy w seminarium w Warszawie, a później w ChAT. Dzieliliśmy wówczas też wspólnie kawałek chleba, którego nie zawsze mieliśmy pod dostatkiem. Cieszę się, że Cerkiew prawosławna w Polsce ma tak wspaniałych duszpasterzy. Wielu z nich jest dobrze wykształconych.
W latach 70. również starałem się otworzyć przewód doktorski na KUL-u w Lublinie u ks. prof. Piwowarczyka. Zebrałem dużo materiału do pracy doktorskiej. Korzystałem z materiałów jeszcze niepublikowanych, ale niestety nie wyszło. Zgubił mnie temat: „Kościół Prawosławny na Warmii i Mazurach w latach 1945-1975”. Na drugim konsultacyjnym spotkaniu promotor zapewnił mnie, że temat nie przejdzie, bo za świeży, za dużo jest o Akcji Wisła 1947, a był to wówczas temat zakazany. Chętnie widzi mnie jako doktoranta, jednak muszę zmienić temat pracy doktorskiej. Nie zmieniłem. Żal mi moich zapisanych ręcznie kilku brulionów, które gdzieś się zawieruszyły.
o. prot. Mikołaj Sidorski

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token