Numer 7(217)    lipiec 2003Numer 7(217)    lipiec 2003
fot.Marek Dolecki
Nikomu nic złego nie zrobiłem
Ałła Matreńczyk
- W tej cerkwi w Chełmie odprawiona była pierwsza panichida za dziadka, a dzisiaj panichida ostatnia - wspomina Irena Mazurek, wnuczka swiaszczennomuczennika Wasilija, misjonarza na Alasce, pierwszego prawosławnego kapelana Wojsk Polskich. - Cały czas mam łzy w oczach, pamiętam przecież jego śmierć.
   Swiaszczennomuczennik o. Bazyli Martysz To stało się w Teratynie... Bo do swojej rodzinnej wsi przeniósł się o. Bazyli Martysz na emeryturze. Po śmierci matuszki zamieszkała z nim najmłodsza córka Lena z mężem i czteroletnią Ireną.
   Czwartego maja, tuż przed końcem wojny, w Wielki Piątek, zastukała do drzwi znajoma kobieta.
   - Proszę księdza, niech ksiądz ucieka - mówiła. - W nocy przyjdą do księdza, słyszałam, jak się umawiali...
   Zięcia wtedy nie było, pojechał do Chełma w poszukiwaniu stałej pracy, Lena milczała.
   - Nikomu nie zrobiłem nic złego i przed nikim uciekać nie będę - przerwał milczenie batiuszka. - Chrystus też przed nikim nie uciekał...
   Bandyci przyszli nocą, wybili okno, weszli do środka...
   Katowali o. Bazylego przez cztery godziny, gdy tracił przytomność polewali wodą.
   Lenę powlekli do pokoju na piętrze. Bili mocno, choć była w ciąży - do końca życia będzie miała ślady ran na plecach. Oszczędzili tylko Irenę, wepchnęli ją po schodach na strych.
   - Umierałam ze strachu - wspomina pani Irena. - Oto ktoś po raz pierwszy, tak brutalnie zabiera mnie od mamy, zamyka, a wokół tak ciemno.
   Mała nie dała za wygraną, nacisnęła klamkę, drzwi się otworzyły, zbiegła na dół wprost w ramiona Leny.
   Oprawcy po raz drugi zamknęli dziecko na strychu, na klucz.
   Po czterech godzinach katowania zastrzelili o. Bazylego. To samo chcieli zrobić z córką
   - Otcze nasz, iże jesi... - Lena ostatkiem sił podniosła się na kolana i przed ikoną Chrystusa zaczęła się modlić. Ta ikona do dziś jest największą rodzinną relikwią.
   Ręka z bronią opadła w dół.
   - Zostaw ją i tak się stąd nie ruszy, nie da rady. Przyjdziemy po nią nad ranem, zabierzemy o lasu - powiedział jeden z bandytów. Odeszli.
    Irena Mazurek z córką Lena na czworakach wspięła się po córkę na strych. Klucz na szczęście pozostał w drzwiach.
   - Irenko, zdejmij buciki i cichuteńko zejdziesz z mamą - wyszeptała. Sama też zdjęła buty. Zaczęły uciekać byle dalej, prosto przed siebie...
   Noc była dość chłodna. Zastukały do pierwszego, drugiego, trzeciego domu. Na próżno.
   Na końcu wsi stała uboga chata, kryta słomą. Gospodarze otworzyli drzwi, położyli na podłodze siennik.
   - Byłam nareszcie z mamą, czułam się taka bezpieczna - wspomina pani Irena. - Tak ciepło mi było, swojsko.
   Rano wrócił zięć z dobrą wiadomością, udało mu się w Mogielnicy znaleźć pracę. - Kto tu leży? - nie poz-nał teścia. Żona była w okropnym stanie. Postanowili natychmiast wyjechać. Na furmankę położyli ikonę, Biblię, pianino, pamiątki po rodzicach. Ruszyli w stronę Chełma.
   Następnego dnia o. Jan Lewczuk z cerkwi Św. Jana Bogosłowa w Chełmie odprawił panichidę. Pochówkiem dziadka tam na miejscu, w Teratynie, zajęła się kuzynka, unitka.
   Nazajutrz, 6 maja, poddał się ostatni garnizon w Berlinie. Była prawosławna Pascha, dzień Św. Jerzego Zwycięzcy.
   Lena z mężem nie miała siły, by cieszyć się końcem wojny. Kobieta ciągle była w szoku. Mąż wkrótce wybrał się do Mogielnicy, by dopełnić ostatecznych formalności z pracą. W drodze zorientował się, że zapomniał dokumentów - wrócił. Żona leżała cała we krwi. Poroniła. - Przeżyłem wojnę, ale nie widziałem tak zbitego płodu - przyznał lekarz położnik.
   W latach sześćdziesiątych Lena przewiozła szczątki rodziców do Warszawy. O. Aleksy Znosko wybrał godne miejsce wokół cerkwi, odprawił panichidę. Teraz moszczy znajdują się w race w wolskiej Cerkwi.
   - Serdecznie dziękuję o. archimandrycie Paisjuszowi za godną oprawę tych uroczystości - mówi pani Irena. - Z Warszawy wyjechaliśmy po Liturgii, z dużym zdjęciem dziadka na szybie autokaru i stosownym napisem. Ja zawsze uważałam go w moim sercu za świętego. Czułam, że daje mi siłę przetrwania, męstwo bycia.
   Ałla Matreńczyk
   Fot. Marek Dolecki

Opinie

[1] 2005-03-04 01:58:00 Larissa Martysz
My grandfather, Vasily Martysz, emigrated to the United States in the early 1900's. My father, Leonty Martysz and his mother, Maria Melech Martysz, emigrated in 1927 from Tarnogrod. I am trying to trace my family's heritage and believe there may be some relationship to St. Vasily. If you have any information to provide me, I would greatly appreciate it.

Thank you.
[2] 2018-01-23 01:38:00 Karina
My grandmother Ludmila, auntie Larysa and uncle Witold were all Martysz from home. Their mother was Maria and father Mikołaj. St Bazyli was their uncle.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token