Numer 2(356)    luty 2015Numer 2(356)    luty 2015
fot.Jan Makal
Tak to zapamiętano w Zubaczach
Arkadiusz Kulgawczuk

Pierwszy rok wojny na Podlasiu przebiegł spokojnie. Wojna toczyła się gdzieś daleko, każdy orał, siał, zbierał, jak przed dziesiątkami lat. Latem 1915 roku zaczęły docierać pierwsze niepokojące wieści. Wobec niepowodzeń na froncie władze carskie zarządziły ewakuację ludności z zachodnich guberni imperium. Była to prawdziwa tragedia naszych przodków. Jak to zostawić ziemię ojców i udać się w nieznane? Niechętnie odnosili się do decyzji władz, a te, chcąc wzmocnić swoje postanowienie, rozpuszczały plotki o okrucieństwach popełnianych przez kajzerowską armię. W Zubaczach tak zapamiętano bieżeństwo.

Sygnał do wyjazdu dał zubacki proboszcz po Splinni, odprawiając nabożeństwo pożegnalne. Taborami konnymi przez Prużany, Różany, Słonim bieżeńcy dojechali do Baranowicz, gdzie oczekiwały składy pociągów. Konie, bydło i wozy sprzedawali za bezcen miejscowym Żydom.

Zubacze i Bobrówka nie były spalone i ci nieliczni, co zostali, przez siedem lat mieli rajskie życie. Orać i siać nie musieli, korzystając z ukrytych lub zostawionych zapasów. Starali się nie pokazywać na oczy wojskom okupacyjnym, w piecach palono tylko w nocy, światła także nie używano. Dbano, aby wieś sprawiała wrażenie opuszczonej, bez żywego ducha. Kiedy trzeba było namleć mąki, rozstawiano straże po obu końcach wioski, aby w porę uciszyć żarna, przed przybyciem nieprzyjacielskiego patrolu.

Dziadka ze strony matki wraz rodziną dowieziono do miasteczka Kozłow w okolicy Szuji (Szuja leży około 250 km na północny wschód od Moskwy). Dziadek ze strony ojca znalazł się aż w okolicach Ufy, stolicy baszkirskiej guberni. Niedaleko stąd były już podnóża Uralu.

Bieżeńców (uchodźców, z rosyjskiego bieżat’ uciekać, uchodzić) miejscowi przyjęli ze współczuciem i bardzo przyjaźnie, odstępując pokoik lub dwa w swoim domu. Państwo cara zapewniło zatrudnienie i wcale niemałą kwotę na zagospodarowanie.

Wbrew temu co później twierdziła bolszewicka propaganda, miejscowi żyli dostatnio, aż takiego ucisku władz nie odczuwali, a głodu nie znali. Dopiero za sowietów doświadczyli tego wszystkiego. Przybyłym trudno było przyzwyczaić się do klimatu północnej Rosji, gorące lata mieli i u siebie, ale zim tak mroźnych i śnieżnych jeszcze nie przeżywali.

W Kozłowie przeważała zabudowa drewniana typu wiejskiego. Jednak rozmieszczenie budynków było inne niż na Podlasiu. Domy mieszkalne były dwa razy większe niż chatynki zostawione na Podlasiu, sytuowane na planie kwadratu i nigdy nie kryte słomą. Przeważał gont lub blacha. W oddali stały budynki gospodarcze – stodoła i obora. Bliżej domu była drewutnia, a obok obowiązkowo bania. Na każdym podwórzu znajdowała się studnia z żurawiem. Całość była ogrodzona szczelnym parkanem z desek, wysokości około trzech metrów. Do obejścia od strony ulicy prowadziła dwuskrzydłowa brama z małą furtką obok albo zrobioną w jednym ze skrzydeł bramy. Pytałem dziadka, po co taka szczelność płotu? Zimą wiały bardzo mroźne wiatry i niosły masy śniegu, a na takim podwórku było i zaciszniej, i cieplej. Do młyna czy do Szuji na zakupy miejscowi nigdy nie wyprawiali się w pojedynkę. Zawsze organizowała się kolumna sań. Powodem były stada grasujących wilków i niebezpieczeństwo zabłądzenia podczas śnieżycy. Co ciekawe, po drwa do lasu nikt zimą nie jeździł, zbyt głęboki zalegał śnieg. (...)

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Arkadiusz Kulgawczuk

Opinie

[1] 2018-03-07 07:15:00 Piotr
Dzień dobry. Szukam kontaktu do Anatola Kulgawczyka, który mieszkał w Bobrówce (prawdopodobnie nr 46) z rodzicami. Był jedynakiem. Być może mieszka obecnie w Czeremsze.
Może ma Pan jakiś kontakt do kogoś z Bobrówki kto by mógł pomóc ?
Z góry dziękuję i pozdrawiam,
Piotr Lendzion

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token