Numer 4(214)    marzec 2003Numer 4(214)    marzec 2003
fot.Maciej Leszczyński
Całe życie pani Kozy
Michał Bołtryk
W 1939 roku, a może 1940, z Szychowic do Jabłecznej szła procesja z ikoną św. Onufrego. Obok przejeżdżał furą katolik. Na wozie siedziały dzieci jadące do pierwszej komunii. Furman zdawał się nie zauważać idących, nie zdjął czapki przed obrazem. Zaraz potem wjechał na mostek na rzeczce. Koło zapadło się pomiędzy deski, fura się wywróciła, dzieci wysypały się do wody. Mężczyźni idący w pielgrzymce rzucili się ratować dzieci i wyciągnęli je z wody. Furman po wszystkim przybiegł do batiuszki, prosił o przebaczenie: - Póki będę żył, nie będę obrażał innej wiary. I będę wierzył w Boga.
   
   Pani Nadzieja Koza Czyż to nie był znak dany nam, chrześcijanom? - pyta pani Nadzieja Koza. - My, chrześcijanie obu wyznań, nie dostrzegliśmy tych znaków i poszliśmy brat na brata, sąsiad na sąsiada.
   Pani Nadzieja, urodzona w Szychowicach koło Hrubieszowa w 1935 roku, pamięta tragiczne wydarzenia na Chełmszczyźnie przed wojną, w okresie wojny i w czasie powojennym. Jest jedną z nielicznych osób, które przechowują wspomnienia dotyczące okoliczności zamordowania duchownego, o. Sergiusza Zacharczuka, proboszcza w Nabrożu.
   Ta tragedia nie była początkiem ani końcem kolejnych mordów, podpaleń, czystek etnicznych, likwidacji wyznających inną wiarę.
   Wszystko działo się na obrzeżu wielkich bitew II wojny światowej, frontów, grania armat, jazgotu katiusz. W bitwach, które przeszły do historii, ginęły setki tysięcy żołnierzy. Tu byli zabijani pojedynczy ludzie, płonęły wsie leżące poza linią frontu, zabierano prawowitym właścicielom ziemię. Proporcje: miliony i jednostki.
   Ale czyż śmierć chłopca rozdeptanego na oczach ojca, buty płonące na dziewczynce, powinny pójść w zapomnienie?
   Pani Nadzieja Koza z Szychowic nam to przypomni.
   - W Szychowicach przed wojną - opowiada - stało 260 domów. I tylko cztery rodziny polskie. Dwie rodziny polskie kupiły ziemię i domy po 1920 roku. Dwie rodziny mieszane, polsko - ukraińskie. Reszta, prawosławni Ukraińcy.
   Prawie wszyscy mieszkańcy Szychowic byli na bieżeństwie w Rosji. Rodzice pani Nadziei, Piotr i Maria, pobrali się już po powrocie z Rosji w 1922 roku. Z tego związku urodziło się troje dzieci: Kasia, Mikołaj i Nadzieja.
   Obok wsi stał dwór Władysława Rulikowskiego, Polaka.
   - To był dobry pan - wspomina pani Nadzieja. - Pomagał ludziom po powrocie z Rosji, dawał ziarno na siew, pozwalał brać kartofle (kosz dziennie) tym, którzy pracowali u niego podczas wykopek. Ale potem Polska i Polacy, choć nie pan Rulikowski, zmienili się wobec nas. Ukraińcom zabroniono kupowania ziemi z parcelacji majątku pańskiego. Owszem, mogli kupić ziemię, jeśli zmienili wiarę prawosławną na rzymskokatolicką. Między tymi, którzy kupowali ziemię a nami narastała nienawiść. Ci nowi koloniści, z ukraińskimi nazwiskami, nas nie lubili. Zmienili swoją wiarę, a my, prawosławni, byliśmy dla nich jakby sumieniem. Byliśmy tu od dawna na swoim. Mama opowiadała mi kiedyś historyjkę: "Mój, dziadek, Nadziu, miał 99 lat. Ja go przed śmiercią zapytałam: - Dziadku, dawno tu kupiliście ziemię? On odpowiedział: - Nie dziecino, ani mój dziad, ani mój pradziad nie kupowaliśmy tej ziemi. My tu byliśmy od zawsze".
   Przed wojną robiło się coraz niebezpieczniej. Najwcześniejsze wspomnienia? Poduszki wstawiane w okna na noc przez mamę, jacyś mężczyźni chodzący wieczorami po wsi, przepasani słomianymi pasami. Pytałam później mamę, co to było. Mama odpowiadała: "Nadziu, miałaś wtedy trzy i pół roku. Zasłaniałam okna poduszkami, bo w nocy nam wybijano szyby. Bałam się, żeby szkło nie skaleczyło ciebie. A ci mężczyźni przepasani pasami, to nasi chłopcy, którzy pilnowali w nocy domów i pól". Już wtedy przyjeżdżały polskie bandy, wylewały naftę na zboża, podpalały je, próbowały podpalać zabudowania, wybijały szyby w oknach. Nasi mężczyźni chodzili po wsi z widłami, cepami i pilnowali nas przed bandytami. Przepasywali się słomianymi pasami, aby w nocy się rozpoznać.
   Tak sobie dziś myślę, że właśnie wtedy rodziła się nasza samoobrona, partyzantka, którą potem nazwano Ukraińską Powstańczą Armią.
   Tablica upamiętniająca zburzoną cerkiew w Szychowicach Przed wojną w naszej cerkwi św. Mikołaja służył o. Wołodymyr Artecki. Władze polskie naciskały na niego, żeby wygłaszał kazania po polsku. Przychodzili policjanci, znałam to z opowieści starszych ludzi, stawali w drzwiach i sprawdzali, jak o. Wołodymyr postępuje. On zaczynał mówić po polsku i wtedy wszyscy wierni głośno kaszlali. Duchowny musiał przerywać.
   Miałam cztery lata, gdy przyjechali do nas burzyć cerkiew. Zapamiętałam kobiety stojące przed cerkwią, które rzucały cegłami w jakieś wojsko. Podrosłam i pytałam mamę, a co to było za wojsko, do którego nasze baby rzucały grudami?
   To "wojsko" to były zorganizowane grupy spod Biłgoraja i Lublina, nazywane "krakusami". Szychowice tak się broniły przed nimi. Wokół cerkwi stanęły kobiety i dzieci. To właśnie one rzucały w tych "krakusów" kamieniami. Oni polewali nas wodą, która miała być gorąca, ale zanim przywieźli ją z Kryłowa, ostygła. Już nawet zarzucano drabiny na mury cerkwi. Bano się, że zostaną sprofanowane naczynia liturgiczne. Krzyczano: "Ratujcie złotą czaszę". Do świątyni wbiegli chłopak i dziewczyna. Dziewczyna wołała: "Nie wolno mi wchodzić za carskie wrota i dotykać czaszy". Ojciec Wołodymyr, który był z nimi, poradził: "Zdejm chustkę z głowy. Weź czaszę przez chustkę, owiń ją i podaj chłopakowi" Tak zrobiła, chłopak schował czaszę za pazuchę, wymknął się z cerkwi i uciekł w zboże. Obroniliśmy naszą cerkiew. Ale zburzono ją po drugiej wojnie.
   Tak w tej nienawiści zbliżaliśmy się do wojny.
   W 1939 roku najpierw przyszli sowieci, na krótko. Powiem szczerze, to byli dobrzy ludzie. Częstowali dzieci słodyczami, krzywdy nam nie robili. Ale nad panem znęcali się.
   W Szychowicach żyła Handzia wróżka. Przed wojną pani Rulikowska wezwała Handzię, aby poznać swoją przyszłość. Handzia posiedziała nad kartami i powiada: - Pani, na was idzie wielka bieda. - Jaka bieda? - zdziwiła się pani. - Pani będzie siedziała w psiej budzie z panem. Tam będziecie jeść chleb przyniesiony dla psa.
   Pani była oburzona. Wypędziła Handzię. A potem przyszli sowieci i wszystko się sprawdziło. Sowieci bawili w dworze, państwo siedzieli w budzie, a kucharki podrzucały im jedzenie.
   Po zajęciu wsi przez Niemców pani przeprosiła Handzię, podarowała jej worek pszenicy i znów poprosiła o wróżbę. Handzia położyła karty, zamknęła oczy, chwilę posiedziała, tak zawsze wróżyła. I powiada: - Pan będzie chodził jak dziad.
   I tak się stało. Pan przy Niemcach już nie miał nic do powiedzenia. Potem jego dwór się spalił. Wybiegnę tu w przyszłość. Sama widziałam, jak nasz pan był dziadem. Rulikowski jeszcze przed zakończeniem wojny wyjechał do Hrubieszowa. Tam dostawał jedzenie w stołówce PCK. Raz jechaliśmy przez Hrubieszów i spotkaliśmy go. Mój dziadek Aleksy powiada do mamy: - Maryna, daj chleb i słoninę, które mamy ze sobą, panu Rulikowskiemu. On przecież nam pomagał, jak wracaliśmy z Rosji. Mama podała chleb i słoninę. Pan wziął i rozpłakał się i zapytał o Handzię, czy jeszcze żyje.
   Na początku przy Niemcach nie było nam źle. Niemcy nas nie krzywdzili. W cerkwi służył o. Mykoła Kowalczuk, bo o. Wołodymyr Artecki zmarł w 1939 roku. A we wsi otwarto ukraińską szkołę. Nigdy tu takiej nie było. Mój dziadek i mama uczyli się tylko po rosyjsku. Brat i siostra, starsi ode mnie, chodzili do polskiej szkoły. Ja w 1942 roku poszłam do szkoły ukraińskiej. I pamiętam, jak przyniosłam do domu ukraińską książkę. Mama wzięła ją w ręce, ucałowała i rozpłakała się z radości. Uczyli nas Iwan i Natalia Stasiukowie z Upilska w sokalskim rejonie. Niestety, szkoła była otwarta krótko. Skończyłam tylko dwie klasy. Już wtedy zaczęły się mordy na ukraińskiej inteligencji. Nasi nauczyciele, w obawie o życie, wyjechali z Szychowic.
   W cerkwi zaczęły się służby w języku ukraińskim. A u każdego z gospodarzy mieszkali na kwaterach niemieccy żołnierze. I było spokojnie. Ale, chyba już w 1943 roku, uaktywniło się polskie podziemie. Zaczęli zabijać pojedynczych Ukraińców, podpalać domy. Wtedy Niemcy opuścili nasze domy. Wyglądało na to, że znają zamiary polskiego podziemia. To jeszcze bardziej rozzuchwaliło bandytów. Już spaliśmy w ubraniach. Ojciec nigdy nie kładł się w nocy na odpoczynek. Siedział przy oknie i obserwował otoczenie naszego domu.
   Niemcy zachodzili do nas w niedziele. Najpierw przychodzili z rana. Ale szybko zorientowali się, że z rana prawosławni w niedzielę nie jedzą, bo idą do cerkwi. Przychodzili więc na obiad. Raz nasi chłopcy ich upili, broń zabrali, a żołnierzy dzieci odwiozły na sankach na dwór pana Rulikowskiego. Niemcy zwrotu broni się nie domagali.
   Tak żyliśmy do pierwszej głośnej tragedii. Stało się to 6 maja 1943 roku, na św. Jerzego, w Nabrożu, wsi odległej od nas o jakieś dwadzieścia kilometrów. Zamordowano wówczas o. Sergiusza Zacharczuka.
   O. Sergiusz pochodził z Szychowic. Jego ojciec, Mikołaj, był w naszej cerkwi diakonem. O. Sergiusz urodził się w 1915 roku. Ukończył seminarium duchowne w Krzemieńcu. Ożenił się z dziewczyną z Kryłowa. Przed wybuchem wojny został wyświęcony w Wilnie w monasterze Świętego Ducha na duchownego. Potem otrzymał parafię w Nabrożu.
   Na długi czas przed zbrodnią grożono mu, podrzucano kartki, na krórych pisano "wynoś się". Ale on przecież przysięgał, że ołtarza nie opuści. Matuszkę zostawił w Kryłowie. I pojechał, 5 maja, na służbę. Nocował na plebanii, która była połączona z cerkwią.
   Rano, na św. Jerzego, przyszedł do nas brat o. Sergiusza, Aleksij, z wiadomością o śmierci. Tata, wielu mężczyzn z Szychowic, mama zamordowanego, pojechali furmankami do Nabroża.
   Tato, gdy wrócił, mało co mówił: - Zamordowali batiuszkę, dużo było krwi... I to wszystko. Nasi ludzie powitali ciało o. Sergiusza z procesją aż pod Mircze. Całą noc leżał w cerkwi. Potem na drugi dzień zeszły się tysiące ludzi z wielu wsi. Tyle narodu nigdy przedtem, ani potem nie widziałam. O. Sergiusza Zacharczuka pochowano na cmentarzu w Szychowicach. Na pogrzebie był metropolita Iłarion. Potem jego rodzice postawili pomnik.
   Po latach, kiedy żyliśmy na Ukrainie, a mój tata postarzał się, był chory na serce i nie wiedział, jak długo pożyje, siadł pewnego razu przy mnie i powiada: - Pamiętasz pogrzeb ojca Sergiusza Zacharczuka? Chcę ci powiedzieć, jak wyglądał zaraz po zamordowaniu. Znęcano się nad nim, wykłuto oczy, obcięto uszy, język, głowę skręcono twarzą do pleców. Nogi i ręce miał połamane w wielu miejscach. O tym nawet jego matuszka nie wie. Bo chowaliśmy zawiniętego w bandaże. Umarł jak męczennik za naszą prawosławną wiarę. Przekaż to innym.
   Po mordzie na o. Sergiuszu było coraz niespokojniej w naszych ukraińskich wsiach. Tu palono, tam palono, gdzie indziej zabijano. I przyszła kolej na Szychowice. W nocy z 10 na 11 marca 1944 roku podpalono naszą wieś.
   Pamiętam jak dziś tę noc, świt i poranek. Ogień podchodził pod nasze zabudowania. Dziadek krzyczy: - Maryna, ratuj siebie i dzieci. Mama chwyciła mnie i uciekłyśmy za stodołę w kartoflisko, które ojciec zwiózł jesienią z pola. Zagrzebałyśmy się w nie. Słyszę strzały, krzyki. Na kartofliska padają płonące części stodoły. Czuję, jak na moich nogach płoną buty. Krzyczę: - Mamo, mnie piecze. Mama do mnie: - Staraj się nałożyć nogami na nogi ziemi. Zagrzebuj się w ziemi. Boże, jakie to straszne uczucie. Słyszę, jak zabijają dziewczynkę Ninę, zaraz potem chłopczyka rozdeptali na oczach jego ojca. Słyszę rozkazy: - Zabijać od starego do małego. Kierować ogień na lewą flankę. Ludzie dostali szału. Płonęły wszystkie ulice we wsi. Niektórzy uciekali na lewą stronę, do Buga. Zewsząd buchały płomienie, ryczały krowy, rżały konie, ludzie jęczeli z bólu. Byliśmy w piekle. Tej nocy spalono także Łasków i Sahryń. W Szychowicach tego poranka zginęło 150 osób, z rodziny mamy 28. Było ze dwudziestu chłopaków z naszej samoobrony, którzy przyjechali nas ochraniać. Przy życiu zostało kilku.
   Grób o. Sergiusza Zacharczuka na cmentarzu w Szychowicach Rano, sądnego dnia, trochę się uspokoiło. Kto mógł, uciekał najpierw do Kosmowa nad Bugiem. Kilka nocy tam spędziliśmy. I tam na nas polowali. Ledwie uszliśmy z życiem. Przypłynęli do nas na łódkach nasi ludzie z Wołynia i uratowali nas, zabierając do siebie. Pamiętam szeroko rozlany, jak na wiosnę, Bug i my na łodziach na rzece.
   Na Wołyniu byliśmy dziesięć tygodni. Wróciliśmy do Szychowic 22 maja 1944 roku, na św. Mikołaja.
   Trzeba było myśleć o budowie domów. Ale przedtem przez kilka dni trwały pochówki. Znajdowano trupy w lochach, schronach, piwnicach, studniach.
   O. Mykoła Kowalczuk wyjechał na Wołyń. Wtedy nasi ojcowie pojechali do Chełma do metropolity Iłariona. I wyświęcił na duchownego Mikołaja Zacharczuka, ojca zamordowanego batiuszki. Na uroczystości, na cmentarz, przyjechał metropolita Iłarion. O. Mykoła Zacharczuk rozdawał dzieciom ikonki, metropolita błogosławił. Podeszli do mnie. Batiuszka ikonki mi nie dał, bo zabrakło. Mówi do biskupa: - U tej dziewczynki na nogach buty się spaliły. Metropolita popatrzył na mnie i mówi: - Byłaś w ogniu i nie spłonęłaś. Wiedz, że doczekasz jeszcze wolnej Ukrainy.
   A ja byłam smutna, bo nie starczyło ikonki. Wróciłam do domu i rozpłakałam się. A tato mówi: - Chcesz obrazka? Spójrz, nasz dom stoi, w domu wiszą święte obrazy. Módl się przed nimi, a Bóg da ci szczęście. Obrazki rozdawano tylko tym dzieciom, u których spaliły się domy. Nasz dom stoi, obrazy są, dziękuj za to Bogu.
   To były ostatnie tygodnie Niemców u nas. Coraz częściej zachodzili chopcy z naszej partyzantki. Nie dość tego, przyszło do nas czterech rosyjskich jeńców, uciekinierów niemieckiego obozu na Majdanku. Trzeba było karmić wszystkich, kryć jednych przed drugimi, chronić przed polskim podziemiem i Niemcami. Nasza partyzantka spała na strychu, jeńcy rosyjscy w stodole.
   Po dwóch miesiącach jeńcy wyszli od nas. Ukryli się w lesie i organizowali napady. Nawet nas chcieli ograbić.
   I powiem szczerze, jak zbawienia oczekiwaliśmy przybycia Armii Radzieckiej. I przyszła. Niestety, to byli inni sowieci niż ci z 1939 roku. U nas nie było walk. Front przeszedł przez Kryłów na Bugu. Tam strzelano. Rano w niedzielę przejechały koło nas katiusze. Wyniosłyśmy z babcią Darią mleko żołnierzom, dziadek Aleksander stał z chlebem i słoniną. - Co to za armia? - dopytywał się. - Armia Koniewa - krzyczeli żołnierze.
   Potem przyszli do nas do domu. Mama nagotowała wareników, nasmażyła skwarek, nakroiła słoniny. Zjedli i zbierali się do wyjścia. Dziadek wygłosił po rosyjsku: - Spasibo wam za to, czto nas wyzwolili. A jeden z żołnierzy ociągał się z wyjściem i gdy już nie było kolegów w chałupie, powiedział cicho: - Da, my was wyzwolili, ot chleba i sała. I poszedł.
   Potem przypominałam sobie to nieraz. Po kilku dniach ci "swoi żołnierze" dopuszczali się rabunków, gwałtów... Przyjeżdżali na podwórko z pol-ską milicją, przeprowadzali aresztowania, zabierali naszych mężczyzn do Hrubieszowa. Przez tydzień przesłuchiwali, bili. Potem wypuszczali. Na drugi dzień przyjeżdżał sowiecki oficer i pytał: - Zapisałeś się już na wyjazd do Związku Radzieckiego?
   Tego, co odpowiadał, że się zapisał, zostawiano w spokoju. Tych, którzy odmawiali wyjazdu, znów bito.
   Aresztowali mojego tatę. Dwa tygodnie trzymali w Hrubieszowie. Za co? Bo nie dał mięsa na Armię Radziecką. Nie dał, bo nie miał czego dać. Na wiosnę oddał Niemcom dwie jałowice. Została tylko czerwona krowa.
   W końcu stycznia 1945 roku przyjechali do naszego domu sowiecki oficer Błaszkin i Polak Ogonowski. Stłukli tatę i brata. Potem aresztowali tatę, brata i siostrę. Wsadzili ich na sanie, do sań przywiązali ostatnią naszą krowę. Wybiegłam na podwórko, rzuciłam się krowie na szyję i krzyczę: - Co będę jeść, co będę pić, kogo będę paść? Zostawcie moją krowę.
   Ze dwieście metrów wlokłam się po śniegu, przyczepiona do szyi krowy. Buty mi z nóg pospadały. Ale krowy im nie oddałam. Przyprowadziłam ją na postronku boso po śniegu. Dziadek później przyniósł mi buty do domu.
   Słyszę teraz, że Aleksander Kwaśniewski pojechał na Ukrainę i mówi: - Niech Ukraińcy przeproszą Polaków. A ja tak sobie myślę: Polacy spalili mi buty na nogach. Przez dwa lata miałam nogi czerwone jak u bociana. So-wieci hartowali mnie na śniegu. A teraz wszyscy domagają się przeprosin. A kto mnie przeprosi za to, że od swoich narodzin nie miałam spokoju. I tak jest prawie do dziś.
   Brata szybko wypuścili z aresztu, bo był małoletni. Na siostrę napisali donos, że rozbroiła dwóch żołnierzy radzieckich i jest banderówką. Brata wypuścili, ale po drodze miał trzy za-sadzki. Chciano go zabić.
   Przez wiele tygodni chodziłyśmy z mamą do Hrubieszowa w sprawie siostry i taty. Raz zaszłyśmy do urzędu polskiego. Stoimy na korytarzu, drzwi do pokoju były uchylone. I słyszymy, jak nasz sołtys mówi do kolegów: - Trzeba nam dać jeszcze dwie dziewczyny sowietom do aresztu i wieś będzie zwolniona z kontyngentu.
   Wyszłyśmy z urzędu. Mama do mnie: - Słyszałaś, co on mówi. - Słyszałam. - To zapamiętaj. Jak przeżyjesz i będzie można mówić, powiedz ludziom. Naszymi córkami kontyngent oddawano.
   I za parę dni wysłano z naszej wsi dwie dziewczyny do Hrubieszowa. Szły niby to z zapiskami dla naszych partyzantów. Nie doszły do Hrubieszowa, gdy je pochwycono. Tak przepadły Wasilina, córka kowala, i Maryja Odżga. Po latach rodzice ustalili, że żyją na Syberii.
   Potem siostrę i tatę wywieźli do Za-mościa. W Zamościu Kasi było lepiej, bo jej tam nie bili. A w Hrubieszowie wrzucali do lochu ze szczurami.
   Siostrę zwolniono w sierpniu 1945 roku, tata wrócił jesienią. Pamiętam, były u nas wtedy omłoty.
   Myśleliśmy, że będzie już spokój. Ale gdzie tam. Wciąż chodziły polskie bandy. Rabowano, nękano nas, a wszystko po to, żeby zająć naszą ziemię. Pamiętam, jak w 1946 roku, w maju, przed św. Mikołaja, tato sprzedał żniwiarkę i kierat. Polka w dzień przyniosła nam pieniądze. Wieczorem byli już u nas bandyci. Wiedzieli, że mamy pieniądze. Znaleźli je. Jeden, umundurowany, włożył je sobie za pazuchę. Z rozpaczy rzuciłam się na niego i wyrwałam zwitek banknotów. Krzyczałam: - To moje pieniądze, to dla mnie na sukienkę. Nie oddam.
   Potem, na Zesłanie Świętego Ducha w 1946 roku, sowieci zmusili nas do wyjazdu do Związku Radzieckiego. Polacy na furmankach wywieźli nas na stację graniczną. Tam jakieś z pięćdziesiąt rodzin z Szychowic czekało na pociąg do Sokala. Przyszedł pociąg towarowy, załadowano nas. Tydzień byliśmy w Sokalu. Potem jeszcze dwie doby podróżowaliśmy. W końcu wysadzono nas na stacji w polu, w Janewiczach. Wkrótce dowieziono do zabitej deskami wsi Jaseniwka. Żyliśmy przez rok u babci, która straciła na wojnie czterech synów. Ale tam była słaba ziemia, same piaski. Tato zasiał żyto i wszystko wiatr wywiał. Nic nie urosło. Trzeba było szukać nowego miejsca.
   Pozwolono nam osiedlić się w dawnej polskiej kolonii Oktawin. Wszystko tam było spalone. Ojciec z bratem poszli do lasu, nacięli grabiny, mama z siostrą nażęły suchej trawy - był kwiecień 1947 roku. Powstał z tego szałas. Żyliśmy w nim do czasu, aż tato wybudował z żerdzi i gliny dom. Mieliśmy ze sobą krowę z Szychowic, którą uratowałam przed sowietami. Było nam dobrze - spokój, bezpiecznie spaliśmy, zniknął strach. Czasami dokuczał głód. Tata chciał gospodarzyć. Wziął pożyczkę, kupił konia. Ale już w w 1948 roku konia zbrali do kołchozu. A tato spłacał pożyczkę przez wiele lat.
   W Oktawinie żyliśmy do 1955 roku. Potem przenieśliśmy się do Czerwonogrodu. Tam wyszłam za mąż, za Wasila Stepanka, grekokatolika z Karpat. W Czerwonogrodzie udało się nam otworzyć cerkiew. Stało się to w 1988 roku, w rocznicę chrztu Rusi. Tam urodziłam troje dzieci, pochowałam mamę, tatę, brata, siostrę, męża. W 1996 roku przyjechałam na miesiąc do Szychowic. Odwiedziłam kolegę mojego brata - Eugeniusza Kozę. Był już wdowcem. Po miesiącu chciałam wyjechać z Szychowic. Eugeniusz mówi: - Nie zostawiaj mnie samego.
   Pojechałam do dzieci do Czerwonogrodu i pytam, co mam robić. Dzieci na to: - Mamo, żyj dla siebie.
   Wróciłam do Szychowic. Z Eugeniuszem wzięliśmy ślub. Można powiedzieć, że w wieku 60 lat zaczęłam nowe życie.
   Co jest najważniejsze w życiu?
   Prawda. Żyć w prawdzie. Nikomu nie robić krzywdy. To najważniejsze. Pamiętam, jak batiuszka wyspowiadał mojego tatę przed śmiercią. Po spowiedzi, przy wyjściu z domu, rzekł do mnie: - Nadziu, twój tato umiera. Zachowaj w pamięci to, że nigdy nie skłamał, nie był Judaszem, żył w prawdzie.
   Chciałabym, że tak o mnie powiedziano, gdy będę umierać.
   fot. autor

Opinie

[1] 2003-04-16 23:11:00 wolodia
biedni my ukraincy podlasia. Cerkiew i kościół poróznili nas z nami prawosławnych z unitami. Trwa to do dzis .Moja rodzina częsciowo prawosł. częsciowo unicka, a ja bym chciał kochać jednych i drugich.
[2] 2003-10-31 19:14:00 maria
jestem wnuczką Jama Zygmana z Szychowic. Chcialabym coś dowiedziec się o mojej rodzinie. Proszę o kontakt
[3] 2003-11-16 20:51:00 Sławomir
Historia bardzo ciekawa i smutna, choc jednostronnie przedstawiona.Podobnie moglaby tu opisac swoje przykre wspomnienia Aniela, która ma nie mniej przykre przeżycia z powodu UPA.Podoba mi się jednak zakończenie. Rzeczywiście prwdy historycznej nie da się wymazać i nie może ona iść w zapomnienie, bo to nasza przeszłość. Można jednak żyć przyszłością -unikając antagonizmów, a jednocześnie sznując ludzi różnych wyznań i religii.Tego wymaga od nas chrześcijaństwo, byśmy szli drogą dobra. Daj Bóg, aby te rany zadawane sobie nawzajem się zabliżniały.
[4] 2006-01-12 21:09:00 Jarosław
Mój tata pochodzi ze wsi Stupki Nazywa się Tadeusz Odżga, miał siostrę Adelę , może nie jedną? Był mały jak uciekli do Polski. Adela umarła jak miała 11 lat. Dziadek miał na imię Józef-babcia Rozalia. Jeżeli ktoś ma jakąś wiedzę niech odpisze.
[5] 2008-03-11 09:46:00 andrzej
z zainteresowaniem przeczytałem wspomnienia. Moi dziadkowie mieszkali w Szychowicach do 1947 roku. Babcia z domu nazywała się Daria Wawryńczuk, dziadek Jan Tupak i pochodził z Modrynia. Z nimi mieszkał brat babci - Dymitr Wawryńczuk. Po wojnie mieszkali we wsi Niezgoda koło Żmigrodu na Dolnym Śląsku. Babcia zmarła w 1980 roku, wujek - brat babci w 1981 roku, a dziadek w 1985 roku. Czy ktoś może wie coś więcej na temat tej rodziny w Szychowicach do wyjazdu w 1947 roku? Proszę o kontakt.
[6] 2008-03-17 10:30:00 andrzej
Uzupełniam jeszcze informacje dla Marii, wnuczki J. Zygmana. Na cmentarzu w Radziądzu koło Żmigrodu w woj. dolnośląskim jest grób z takim nazwiskiem. Od dziadków wiem, że ta osoba mieszkała także w Szychowicach. Jego rodzina mieszkała ( mieszka ?) po wojnie koło Śzczecina, a może w samym Szczecinie. Coś więcej postaram się dowiedzieć od mojej Mamy.Pozdrawiam Andrzej Manasterski
[7] 2008-04-21 08:38:00 andrzej
Witam. Zgodnie z przyrzeczeniem przesyłam spis mieszkańców Szychowic którzy mieszkali do 1946 roku. Informację uzyskałem od mojej mamy - Janiny Manasterskiej z d. Tupak, urodzonej w Szychowicach w 1939 roku. Oto mieszkaćńcy ( nie wiem czy jest to spis pełny ): Koza Maria, Marta, Michał, Tania; Korczyńscy; Grzyb Teofil, Mikołaj, Bazyli; Groma Leon, Hanna; Werenczuk Halina, Konstanty, Leon; Zygman Danuta, Jan; Bożek Maria, Jan; Mak - był młynarzem; Czopiak - był sklepikarzem; Gębicz Marian, Jan - jeden z nich był dyrektorem szkoły; Wicek Zygmunt; Zurawski Paweł; Marczuk Jerzy; Wawryńczuk Dymitr; Tupak Daria, Jan. Gdyby ktoś miał informacje o innych mieszkańcach Szychowic albo o jakichkolwiek wiadomościach dotyczących tej miejscowości, proszę o kontakt przez tę stronę. Pozdrawiam Andrzej Manasterski
[8] 2009-01-24 06:23:00 Jan Stepaniuk
Urodzilem sie w Szychowicach w 1946r. Moj Dziadek Aieksander Sowa byl szwagrem Twojej Babci Darii po pierwszym Mezu.
[9] 2009-02-05 19:23:00 andrzej
Witam. Dziękuję za informację od Jana Stepaniuka. Dziadka Aleksandra pamiętam bardzo dobrze. Kiedy moi dziadkowie mieszkali w Niezgodzie dziadek Twój pieszo przychodził z Dunkowa ( kilkanaście kilometrów ) do Niezgody. Mam nadzieję, że podtrzymamy nasze kontakty. Podaję Ci swoje namiary przez email - a.manasterski@wp.pl Serdecznie pozdrawiam i czekam z niecierpliwością na kontakt. Andrzej
[10] 2009-07-25 10:23:00 rozda
no no fajna historia Szychowic
[11] 2012-01-26 19:01:00 grzegorz
pochodze z szychowic i robie mape szychowic i potrzebuje informaci
[12] 2012-03-31 02:44:00 selczanin
Wicznaja Pamiat Matuszka Alewtyna Zacharczuk!
[13] 2013-05-26 09:50:00 Oksana
Доброго дня! Мої дідусь і бабуся родом з села Шиховичі. Бабусина родина: голова сім’ї Федончук Костянтин Григорович (1900 р.н.), дружина - Федончук Марія Данилівна (1900 р.н.), діти - Євген (1926) та Надія (1928, - моя бабуся). Бабуся багато розповідала за рідне село, у мене лишився 1 відеозапис. Родина дідуся: Кравценюк Петро Степанович (голова сім’ї), Кравценюк Зінаїда Андріївна (дружина), син - Володимир (мій дідусь, 1923 р.н.,на жаль помер у 1973 році, дуже сумував за селом). Якщо в когось є якась інформація про мою родину - напишіть будь ласка mik2005@ukr.net

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token