Numer 3(213)    marzec 2003Numer 3(213)    marzec 2003
fot.Marek Dolecki
Wiele zrobił dobrego
Ałła Matreńczyk
"Jak o Kazimierzu Wielkim mówi się, że zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną (co tylko w niewielkim stopniu odpowiada rzeczywistości), tak o prezydencie Sokracie Starynkiewiczu śmiało można powiedzieć, że zastał Warszawę w gruncie rzeczy osiemnastowieczną, a zostawił dwudziestowieczną" - tak ocenia działalność Sokrata Starynkiewicza Anna Słoniowa, autorka jego biografii. I choć ten rosyjski generał doczekał się w stolicy swego placu i popiersia, choć o jego działalności rozmawiają w "Lalce" Wokulski i Rzecki, nie jest on powszechnie znany warszawiakom. Jego grobu na wolskim prawosławnym cmentarzu też nie odwiedzają tłumy.
   Portret prezydenta Starynkiewicza z jego  podpisem w języku polskimZapewne nie było też tłumów, gdy po raz pierwszy zjawił się nad Wisłą. Przybył w mroźny grudniowy dzień 1875 roku, jedenaście lat po upadku powstania styczniowego. Wysoki, niemłody już człowiek o interesującej twarzy musiał sprawiać sympatyczne wrażenie. Generalski mundur i energiczny, sprężysty krok podkreślały jego wojskową przeszłość.
   I rzeczywiście jak większość synów dworiaństwa Sokrat ukończył najpierw Instytut Szlachecki, później Wyższą Szkołę Artyleryjską. Już w szkole zauważono jego bystrość, pracowitość, obowiązkowość. Być może cechy te wyniósł z rodzinnego domu - urodził się w 1820 roku w Taganrogu nad Morzem Azowskim, pięćdziesięciotysięcznym mieście z kilkoma bankami, giełdą, teatrem i dwoma gimnazjami. Jednemu z nich dyrektorował jego ojciec Iwan. Młody Sokrat szybko awansował w wojsku. Brał udział w kampanii węgierskiej, wojnie krymskiej - w 1858 został pułkownikiem. Pięć lat później, w 1863 roku, nie wiadomo dlaczego odszedł z czynnej służby. Rozpoczął pracę w administracji, jako generał-major pracował w zarządzie kancelarii noworosyjskiego generała-gubernatora, później był gubernatorem chersońskim. Z czasem został administratorem dóbr kniazia Anatola Demidowa - San Donato, niezwykle barwnej figury ówczesnej Rosji. To właśnie wtedy przypomniał sobie o nim warszawski generał-gubernator hrabia Paweł Kotzebue, były gubernator noworosyjski. Przypomniał i zaproponował stanowisko prezydenta stolicy nadwiślańskiego kraju.
   Warszawą raczej Sokrat Starynkiewicz nie mógł się zachwycić. Zwłaszcza na pierwszy rzut oka, z perspektywy dworca. Wokół ciągnęły się liche parterowe drewniane domki, błotniste, rozjeżdżone, nędznie oświetlone, ulice...
   Wagon konny łączący dworceAle i z perspektywy ratusza problemy Warszawy stanowiły nie lada orzech do zgryzienia. To wielonarodowe, trzystutysięczne miasto, którego 60 proc. mieszkańców stanowili Polacy, 30 Żydzi, ponad 2 proc. Rosjanie i Niemcy, kłopotów miało co niemiara. Choć już w XVI wieku zaczęto budować pierwsze wodociągi, ich zasięg w drugiej połowie XIX wieku był bardzo skromny. Co więcej, nawet tam gdzie docierały, nie wszystkie domy miały choćby kran w podwórzu. Jakość wody była fatalna, ujęcie znajdowało się bowiem poniżej ujścia kilku kanałów, a jak by tego było mało filtry zbudowano na dawnym wysypisku śmieci. Wodociąg był mało wydajny, krany nawet już na pierwszych piętrach "były zawsze suche w dzień, jedynie nocą można było upolować wodę". Tak więc na fatalną jakość wody i jej stałe braki prasa narzekała stale.
   Niestety nie tylko na to.
   Najgorszy był system odprowadzania ścieków głębokimi, cuchnącymi rynsztokami. Latem były źródłem fetoru i zarazy, zimą zamarzały i tamowały odpływ - zamarznięte ścieki trzeba było wyrąbywać i wywozić - w porze roztopów zalewały całe odcinki ulic. Najgorszy był wielki rów ściekowy wzdłuż ul. Okopowej, "cloaca maxima" ówczesnej Warszawy.
   Pod względem kultury sanitarnej Warszawa odstawała nie tylko od miast zachodniej Europy, ale też innych ziem polskich w zaborze pruskim, czeskich, węgierskich. "Nasz lud myje się rzadko, a kąpie prawie nigdy" - alarmował Bolesław Prus w swoich kronikach. "Ludzie u nas przeciętnie krócej żyją niż wśród innych ucywilizowanych społeczeństw, chorób jest mnóstwo, śmiertelność wśród dzieci zastraszająca. (...) Obywatele nie znają mydła, środków odwietrzających i w ogóle z upodobaniem toną w niechlujstwie".
   Warszawa miała też fatalne ulice. Na początku lat siedemdziesiątych zaledwie 60 proc. powierzchni ulic i placów było brukowanych, najczęściej brukowcem zwykłym, kocimi łbami. A te nie dość że wyboiste i hałaśliwe, były jeszcze źle oświetlone. Po nich rzadko jeździła komunikacja miejska. Jej rolę spełniała kolej konna międzydworcowa, łącząca Dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej z Dworcem Petersburskim i Terespolskim na Pradze. Uzupełniało ją 70 - 80 omnibusów konnych. Zabierały niewielu ludzi, kursowały rzadko i nieregularnie. Podstawowym więc środkiem komunikacji miejskiej były dorożki, zimą sanie.
   Budowa filtrów Jeszcze w połowie XIX wieku Warszawa miała sporo zieleni. Nie na długo jednak. Wielka hossa budowlana lat siedemdziesiątych (w 1875 roku w Warszawie wybudowano ponad 900 domów), wzrost liczby ludności i renty gruntowej zrobiły swoje. Tereny zielone topniały w oczach. Łazienki i Ogród Saski były niedostępne dla ludzi skromnie ubranych. Ogród Krasińskich był terenem rekreacyjnym dla dzielnicy żydowskiej, właściwie jedynie Park Praski (wówczas Aleksandrowski) z uwagi na swoje położenie służył wszystkim. W sumie parki i skwery zaspokajały potrzeby jedynie połowy, i to najbogatszych, warszawiaków.
   Nowy prezydent rozpoczął urzędowanie z marszu.
   Wodociągi i kanalizacja - taka kolejność prac nasuwała się sama. Nim powierzył sporządzenie wstępnego projektu inż. Williamowi Lindleyowi, Starynkiewicz odwiedził zbudowane przez niego wodociągi i kanalizację we Frankfurcie nad Menem. Sam schodził do kanałów, sprawdzał działanie systemu. Wyłożył własne ruble na projekt warszawskich inwestycji, nie czekając na zezwolenie wydatkowania pieniędzy z kasy miejskiej. Po latach miasto zwróciło mu tę sumę.
   Gdy projekt był gotowy, Sokrat Starynkiewicz uczynił rzecz niebywałą - poddał go pod publiczną dyskusję. Tekst wydrukowano w dwóch wersjach językowych, polskiej i rosyjskiej, i rozesłano do warszawskiej prasy. Był kwiecień 1879 roku.
   I rozpętała się burza.
    prace kanalizacyjne na warszawskich ulicachDo kontrataku ruszyli warszawscy kamienicznicy. Dla nich kanalizacja była dobra tylko na ulicach, ale zupełnie niepotrzebna w domach. Przekonywali, że zastąpienie dołów kloaczych kanałami a wygódek podwórzowych klozetami jest szkodliwe dla zdrowia, rujnuje właścicieli posesji i jest zabójcze dla rolnictwa okolic Warszawy, bo je pozbawia cennych nawozów. Mało tego, przewidziane w projekcie obowiązkowe podłączenie domów do kanalizacji uznali za bezprawne, bo ograniczające prawo własności.
   Czołowym adwersarzem Starynkiewicza był bankier Jan Gotlib Bloch. Pewnie i dlatego, że prezydent zrezygnował z jego oferty wysokooprocentowanego kredytu inwestycyjnego, skorzystał natomiast z niskooprocentowanych obligacji miejskich. Bo przeprowadzenie tak ogromnej inwestycji, której koszt ogólny sięgał 17,5 mln rubli, w mieście o budżecie rocznym 2,5 mln rubli nie mogło się przecież obyć bez pożyczki.
   Przeciwnicy planów atakowali także osobę projektanta, szczegóły techniczne. Bronił Lindleya i jego projektu prezydent Starynkiewicz.
   "Pewnego razu przed kilkunastu laty wszedł do mnie wysoki, chudy generał rosyjski" - wspominał po latach czołowy publicysta polski Aleksander Świętochowski. "Wszedł on tym skromnie i łagodnie ujmującym ruchem człowieka wytwornego, który za progiem zostawia przywileje swego stanowiska...
   - Jestem Starynkiewicz, prezydent miasta. Po polsku niestety nie mówię, ale rozumiem. Racz więc pan w rozmowie naszej używać swego języka... Przychodzę usprawiedliwić przed panem mój projekt kanalizacji wobec zarzutów pana Blocha.
   Prace kanalizacyjne na warszawskich ulicachWyznaję, że zarówno wówczas, jak dziś nie potrafię powiedzieć, który z dwóch rodzajów kanalizacji jest lepszy; za to wiem, że ten prezydent w Warszawie, w tej epoce, był najdziwniejszym, jakiego wyobrazić sobie można".
   I w innym miejscu: "Starynkiewicz mógł nie zważając na Blochów i innych przeciwników zaprowadzić taką kanalizację, jaka mu się podobała. On tymczasem rozesłał jej projekt do wszystkich organów prasy, odpowiadał w niej na wszystkie zarzuty, nawet potwarze, pisał, tłumaczył ustnie, usprawiedliwiał się przed każdym. Zdawało się, że gdyby usłyszał, że strażnik na ratuszu ma przeciwne zdanie, poszedłby na wartownię, żeby go przekonać. Nie był zdolny posługiwać się władzą jako siłą nadaną, samowolną i niezależną, w nim zmieniała się ona ciągle w etykę. Prawo przeniósł on z dziedziny mechaniki państwowej w sferę działania moralnego".
   Prace rozpoczęły się w roku 1883. W 1885 roku kapryśna Wisła zmieniła koryto. Prezydent zadecydował o zakupie za pieniądze miasta pogłębiarki rzecznej. Zakupu dokonali technicy z powołanego przez niego Społecznego Komitetu Kanalizacyjnego. Niestety, urządzenie źle funkcjonowało na rzece. Sokrat Starynkiewicz natychmiast wyłożył własnych 22 tys. rubli do kasy miejskiej. Czuł się bowiem winien zmarnowania pieniędzy publicznych. Pogłębiarkę sprzedano za 12 tys. rubli i tyle pieniędzy mu zwrócono.
   A jeśli idzie o warszawskie inwestycje, już po trzech latach, 3 lipca 1886 roku, popłynęła pierwsza woda ze Stacji Filtrów (przy ulicy Koszykowej) i zakończono budowę pierwszego kolektora kanalizacji miejskiej. Prace trwały ponad dwadzieścia lat.
   I o tereny zielone dbał prezydent Starynkiewicz. I tu powołał społeczny komitet plantacyjny. Tylko w latach 1891-1892 zasadzono ponad 2,5 tys. drzew, odrestaurowano trzynaście skwerów, założono jeden nowy, zadrzewiono w sumie 47 ulic i placów. Odnowiono gruntownie Ogród Krasińskich, a w 1896 założono nowy Park Ujazdowski.
    Pomnik Sokrata Starynkiewicza zrekonstruowany w latach 90. przez przedsiębiorstwo wodociągów miejskichPrezydent Starynkiewicz doprowadził do założenia cmentarza na Bródnie. Miasto zakupiło po niezwykle atrakcyjnej cenie teren, częściowo ogrodziło go i zniwelowało, wystawiło drewniany kościół, zaopatrzyło w wóz pogrzebowy. Ten niedługo funkcjonował. Biedni obywali się bez niego, bogatsi chowali swych zmarłych na Powązkach.
   Początkowo cmentarz na Bródnie był cmentarzem wyłącznie proletariackim, droga do niego była daleka i uciążliwa. Dopiero po wojnie Warszawa odczuła, jak bardzo potrzebna miastu była ta inwestycja.
   Nie udało się Starynkiewiczowi wybudować miejskiej gazowni, ale tu na przeszkodzie stanął opór warszawiaków. Woleli pozostać przy kontrakcie z dotychczasowym Towarzystwem Dessauskim, które bardzo wyraźnie eksploatowało miasto (Bolesław Prus porównywał Warszawę do krowy uwiązanej na sznurze, źle pasionej, ale dojonej znakomicie). Na szczęście Sokrat Starynkiewicz zdołał zmienić kontrakt na bardziej korzystny dla miasta.
   Także z powszechną zmianą bruków musiał poczekać. Po pierwsze dlatego, że inwestycję tę uniemożliwiały prace nad siecią wodociągową i kanalizacyjną, po drugie jej koszty były bardzo wysokie. Skupił się więc na brukowaniu piaszczystych ulic na peryferiach, zmiana nawierzchni w centrum nastąpiła w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych.
   Znacznie łatwiej poszło Sokratowi Starynkiewiczowi z usprawnieniem komunikacji miejskiej.
   Pogrzeb prezydenta StarynkiewiczaTo za jego urzędowania pojawiły się w Warszawie pierwsze tramwaje konne. Przetarg wygrało znane w Europie Belgijskie Towarzystwo Tramwajów Konnych.
   Już w 1881 roku otwarto pierwszą linię tramwajową, trzy lata później zakończono budowę pięciu kolejnych z odgałęzieniami.
   Tramwaje przewoziły ponad dwadzieścia tysięcy pasażerów dziennie. Letnie wagony były niezwykle malownicze. Ciągnęły je dwa potężne konie, z przodu siedział umundurowany woźnica, konduktor z tyłu, pasażerów nie brakowało.
   I tylko zamiast numerów miały kolorowe tablice, bo wśród warszawskiego ludu analfabetów było wielu.
   To z inicjatywy Sokrata Starynkiewicza powstały dwie hale targowe - na Koszykach i Mirowska, które służą warszawiakom do dziś.
   Za urzędowania prezydenta-generała zmienił lokalizację szpital Dzieciątka Jezus, został rozbudowany o oddział chirurgiczny szpital praski, powstał szpital św. Stanisława na Woli.
   Grób na wolskim cmentarzu On, gorliwy prawosławny, wspierał finansowo z zasobów kasy miejskiej restaurację kościołów - katedry i św. Anny oraz budowę największej rzymskokatolickiej świątyni Warszawy - kościoła Wszystkich Świętych.
   O tych najbiedniejszych też stale pamiętał. W przeciwieństwie do swego poprzednika, a także następcy, był członkiem Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności, prezesem Tanich Kuchen i Towarzystwa Ratownictwa Tonących.
   Składki na WTD płacił niemałe, w 1881 roku tylko siedem osób wniosło większe. Wielu zamożnych ludzi, m.in. J.G. Bloch, zadeklarowało znacznie niższe wpłaty.
   Starynkiewicz nie odmawiał potrzebującym. Gdy w 1879 roku odwiedził Osadę Rolno - Rzemieślniczą dla młodocianych przestępców w Studzieńcu, ofiarował jej z miejsca jedną piątą swojej prezydenckiej pensji.
   Innym razem pewien urzędnik, Polak, zwrócił się o zapomogę do kasy miejskiej. Gdy okazało się, że miasto nie ma na ten cel funduszy, prezydent zdjął z kominka dwa stare pamiątkowe lichtarze. - Niech pan to sprzeda lub zastawi - zaproponował.
   Kiedy po nagłym zgonie miejskiego kasjera wykryto manko, bez wahania wyłożył z własnej kieszeni 17 tys. rubli. Uważał, że i za to jest odpowiedzialny jako zwierzchnik. Władze nakazały jednak zwrócić Starynkiewiczowi pieniądze.
   ubiegłoroczne uroczystości w setną rocznicę śmierciPrezydent nie pobierał przysługującego mu dodatku na dzieci, przez siedemnaście lat urzędowania uzbierała się z tego ładna suma - 22 tys. rubli. Może dlatego, że dzieci miał już wtedy dorosłe? Choć to z punktu widzenia ówczesnych przepisów nie miało żadnego znaczenia.
   W sumie bardzo niewiele wiemy o jego życiu prywatnym. Miał żonę, córkę i dwóch synów. Jeden z nich, lekarz, zmarł w Warszawie, zaraziwszy się podczas operacji.
   Sokrat Starynkiewicz przechodząc na emeryturę po siedemnastu latach sprawowania funkcji prezydenta był biedniejszy niż przed jej objęciem. Zamieszkał nieopodal ratusza, przy Rysiej 5. Jego pokój był do końca gabinetem prezydenta bez urzędu.
   Często można go było spotkać tam, gdzie przebiegały kolejne inwestycje. Gdy w 1898 roku stanął przed Zarządem Miasta problem wykupu lub przedłużenia koncesji tramwajów konnych, to właśnie były prezydent przygotował obszerny memoriał w tej sprawie, który swoim zwyczajem opublikował w prasie. I zarząd przychylił się do jego propozycji.
   Do końca życia, choć bardzo już nie domagał, pracował nad przekładem książki.
   "Chory, zadyszany, ledwie mogący przejść parę kroków, odwiedził mnie jeszcze w ostatnich miesiącach" - wspominał Aleksander Świętochowski. "Starynkiewicz był filozofem. I znowu, pewnego dnia, przed kilku laty, wszedł do mnie jak zwykle cichy, łagodny, podobny do jasnego cienia, który przesuwa się po ziemi samotny, chociaż życzliwy. Przyniósł mi swój przekład G. Hirna Analyse elementaire de l'univers z prośbą o uwagi nad tym dziełem i jego przedmową".
   ubiegłoroczne uroczystości w setną rocznicę śmierciSokrat Starynkiewicz odszedł 23 sierpnia 1902 roku. Tego samego dnia zmarł wybitny artysta malarz Henryk Siemiradzki. Warszawa w równym stopniu oddała cześć polskiemu artyście i byłemu od dziesięciu lat prezydentowi.
   Prasa, nie tylko warszawska, zapełniła się nekrologami i wspomnieniami.
   W dniu pogrzebu ratusz udekorowano czarno-białymi barwami, od rana palono latarnie uliczne owinięte czarną krepą.
   Pogrzeb odbył się w ówczesnej prawosławnej katedrze przy ulicy Długiej. Na ulicach Miodowej i Senatorskiej aż do Placu Teatralnego ustawiały się szpalery, z lewej strony wojska, z prawej cechowe z chorągwiami przewiązanymi czarnymi wstążkami. Z cerkwi kondukt skierował się w stronę cmentarza na Woli. Miasto sfinansowało koszt pogrzebu oraz nagrobnego pomnika.
   Ale warszawiacy w dalszym ciągu pamiętali o prezydencie. Ze składek społecznych czwartego lipca 1907 roku przy ulicy Koszykowej 81stanęło popiersie Starynkiewicza dłuta Jana Wojdygi.
   Kilka lat wcześniej na ratuszu zawisł portret Sokrata Starynkiewicza. Gdy Polska w 1918 r. odzyskała niepodległość i zaczęła niszczyć wszelkie ślady rosyjskiej obecności w Warszawie, jego portret na ratuszu pozostał.
   Czy wisi tam do dziś?
   Pozostało też popiersie prezydenta. Zniszczyli je podczas II wojny światowej Niemcy, ale staraniem Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w 1996 roku udało się je zrekonstruować.
   "Nazwisko p. Starynkiewicza znajdzie się jeszcze i na innej, trwalszej tablicy: w pamięci społeczeństwa, które uczy się wszystkiego, a niczego nie zapomina" - pisał przed laty Bolesław Prus. "Niechże mi będzie wolno w imieniu tej garsteczki złożyć pierwsze podziękowania p. Starynkiewiczowi za jego pożyteczną i uczciwą pracę dla naszego miasta. Nie jest to bukiet, nie jest to sonet, ale dobre słowo od ludzi, którzy nie mają zwyczaju o nic prosić, ani zbyt częstych okazji do podziękowań".
   A Aleksander Świętochowski mu wtórował: "Był to człowiek czysty, do którego pokusy nawet nie śmiały się zbliżać. Był to człowiek, który nie popełnił najpoważniejszych grzechów - politycznych. Nigdy nikogo nie ukrzywdził, a wiele zrobił dobrego".
   W setną rocznicę śmierci Sokrata Starynkiewicza z inicjatywy siestryczestwa św. Marty w wolskiej cerkwi odprawiono zaupokojną liturgię. Przybyli przedstawiciele Urzędu Miasta, Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji.
   Wiecznaja pamiat' panie prezydencie...
   

   Tekst powstał w oparciu o książkę Anny Słoniowej "Sokrates Starynkiewicz" oraz notę biograficzną nadesłaną przez Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Warszawie.

Opinie

[1] 2003-03-28 23:19:00 Andrzej Pilipiuk
Cóż, może warto odbudować wreszcie pomnik generała zniszczony przez hitlerowców?
[2] 2003-10-30 08:42:00 maks
To był wielki Rosjanin wielce zasłużony dla
Warszawy.
[3] 2004-04-15 22:46:00 Włodek
Moja cichą pasją jest historia Warszawy choć sam pochodzę z okolic Stolicy.Wstyd przyznać,że dopiero teraz poznałem wielkie zasługi Pana Starynkiewicza.Muszę odwiedzić miejsce jego spoczynku i zapalić choć światło w podzięce. Szkoda, że dzisiaj takich prezydentów nie mamy.
[4] 2004-08-31 17:06:00 Bohdan
Piękna postać.Dzięki autorowi za Jej przypomnienie
[5] 2008-11-20 11:44:00 Piotr z Krakowa
Bardzo szlachetna i ciekawa postać. Postać pokazująca, że nie każdy rosjanin to polakożerca.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token