Numer 3(213)    marzec 2003Numer 3(213)    marzec 2003
fot.Marek Dolecki
Przez ziemskie piekło do niebiańskiego raju
Grzegorz Jacek Pelica
Ziemia Chełmska spłynęła krwią. Krwią niewinnych, udręczonych i zamordowanych, bo niektórzy wyobrazili sobie, że kraj będzie się miał lepiej, jeżeli prawosławie, obecne tu od tysiąclecia, zniknie bez śladu. Dziesięciolecia rugowania wiary, burzenia świątyń, kulminację znalazły w latach 40. w zbrodni. Potem nastąpiły jeszcze wywózki - na wschód i zachód.
   A jednak, także dzięki heroizmowi ofiar, na Chełmszczyźnie wciąż słychać cerkiewną modlitwę. 8 czerwca ma nastąpić kanonizacja Męczenników Ziemi Chełmskiej, duchownych i wiernych, którzy w latach drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu oddali swe życie za prawosławie.
   Przed miesiącem przedstawiliśmy sylwetki o. Stefana Maleszy i jego córki Oli. Przypominamy teraz inne tragiczne karty.

   O. Aleksander Kadij (lub Kadej) urodził się w 1877 roku. Był Rosjaninem i kapłanem o orientacji tzw. moskalofilskiej. Od 10 września 1921 r. był proboszczem w Łaziskach w powiecie zamojskim. Pod koniec 1922 roku, tzn. z chwilą objęcia biskupstwa lubelsko - chełmskiego przez władykę Antoniusza (10 lipca 1922 r.) wyjechał do Krechowicz w województwie stanisławowskim, w bliższe sobie strony.
   Ten dzielny duchowny, zanim poniósł śmierć, dwa razy uchodził z życiem. Mimo ostrzeżeń bandytów trwał na swoim posterunku, wśród wiernych parafii Lipiny koło Biłgoraja. Zdążył opisać dwa napady: "29.07.1943. Bandyci napadli na mnie w odległości około 200-250 metrów od mojego domu. Pobili mnie moją własną laską do utraty przytomności, strzelali do mnie, ograbili chatę, zniszczyli dokumenty parafialne". Drugie najście wyglądało tak: "2.09.1943. O godzinie 6 wieczorem modliłem się w cerkwi. Bandyci włamali się do cerkwi, rzucili się na mnie i zaczęli katować. Wywlekli mnie na dwór, gdzie straciłem przytomność... Gdy się obudziłem, usłyszałem: «Ukrainę budujesz, szlag by cię trafił, pogadamy w lesie...»"
   Było to drugie ostrzeżenie. Trzeciego już nie przeżył. Został też obrabowany. Znaleziono go w lesie z połamanymi nogami, rękami i wykłutymi oczami.
   Ma to miejsce w tym samym czasie, gdy dowódca Batalionów Chłopskich pisze w raporcie: "Miejscowa ludność ukraińska ustosunkowana do nas dobrze (ukrywanie Polaków i ich mienia, współżycie). Stan ten pogarsza grupa NSZ, która w drugiej połowie kwietnia podsunęła się pod wsie mieszane narodowościowo i dokonała napadów na ludność ukraińską".
   W nieodległych biłogorajskich stronach niedługo potem napadnięci zostali o. Jan Olejnik z matuszką Walentyną z Duszkinów. Jako proboszcz w Chmielku, a następnie w Zamchu, był dobrze znany miejscowej ludności. Swoje 36 lat przeżył, z krótką przerwą na studia w Sofii w Bułgarii, na południu Lubelszczyzny. Pochodził z polskiej rodziny nauczycielskiej.
   Napastnicy odstraszeni zostali możliwością rozpoznania któregoś z nich i o. Janowi udało się ocalić życie, choć został pobity i obrabowany.
   W raporcie Armii Krajowej, przechowywanym w Archiwum Państwowym w Lublinie, znajdujemy opis kilkakrotnie podejmowanych prób "zlikwidowania" o. Jerzego Marczuka: "Pop z Dubienki, ur. około 1901 r. w Uchaniach. Wybitny działacz ukraiński, stale utrzymuje kontakt z Banderowcami zza Buga. Specjalnie dał się we znaki Polakom w czasie wysiedlenia. Próby zgładzenia go dotychczas chybiły, ponieważ dobrze się pilnuje. Rap. 28.12.1943 r.".
   Nie wszyscy mieli takie szczęście. I dlatego na liście męczenników mamy nazwisko o. Mikołaja Golca (lub Holca).
   Urodzony 27 lipca 1907 r. w Katelni w powiecie żytomierskim, studia teologiczne odbył w Bułgarii w latach 1932-1935, po otrzymaniu obywatelstwa polskiego w 1931 r. Przed drugą wojną był nieetatowym duchownym w parafii Obsza w powiecie biłgorajskim. Ożenił się z Iroidą Głazer, z którą miał córeczkę. Osierocił ją, gdy miała osiem lat.
   Miało to miejsce 10 marca 1944 roku we wsi Nowosiółki. Księdzu oderżnięto brodę, następnie zastrzelono (pocisk przeszedł przez głowę). Tak miał wyglądać opis według sowieckiego oddziału zwiadowczego, który podszywał się pod UPA. Banda złożona była z Kałmuków dokonujących gwałtów na miejscowej ludności od Hrubieszowa, po Tomaszów, Zamość i Babice.
   Przed wojną o. Golec jako syn urzędnika z magistratu we Włodzimierzu deklarował się jako Polak z pochodzenia i przekonania. Miał pretensje do władz administracyjnych o to, że księdzu katolickiemu wolno jest katechizować 10 procent dzieci w Obszy, a on nie może uczyć dlaszych 90 proc.
   Śmierć wikariusza w Babicach, którym był wówczas o. Mikołaj, miała być odwetem za Wołyń, gdzie już wówczas lała się krew Ukraińców i Polaków w bratobójczej walce. Była to gehenna Polaków tam zamieszkałych. Akcje takie jak ta miały podgrzać atmosferę, na wzór tej z Wołynia, w pasie lewostronnego Nadbuża. W krótkim czasie spowodowały jednak konsolidację tutejszej społeczności. To tutaj i na Hrubieszowszczyźnie doszło do pierwszej, tak niebezpiecznej dla komunistycznej władzy w Polsce, współpracy AK i UPA na początku roku 1945.
   Świadectwa domowników o. Mikołaja Golca mówią nie o zastrzeleniu, lecz torturach i powolnym męczeństwie: po oderżnięciu brody, języka i uszu, bagnetami odrąbywano głowę. Gdy cierpiący ksiądz wił się z bólu, a potem w przedśmiertnych drgawkach, w konwulsjach, nakłuwano wysuwaną przez konającego do góry część ciała, kolejno brzuch, kolana, boki, lędźwie. Kapłan umarł, wykrwawiając się.
   Wszystko wskazuje na to, że mordu na o. Aleksandrze Hutorkiewiczu dokonał oddział Batalionów Chłopskich. Został on zabity wraz z nastoletnią córką we własnym domu. Wyrok śmierci wykonano wówczas także na przebywającym u nich gościnnie ojcu Janie Pańczuku z żoną Eugenią.
   Był to odwet za Wołyń, podczas którego polskie oddziały od marca do czerwca 1944 roku spaliły około dwudziestu wiosek ukraińskich. Do akcji odwetowej, niegdyś z chlubą, dzisiaj chyba co najmniej z zażenowaniem, przyznał się 5 batalion AK z oddziałem "Rysia" i kompania "Wiklina". Szczególnie dużo na sumieniu ma kompania "Ciąga" (Józefa Śmiecha). Powyższe ugrupowania tworzyły oddział liczący wiosną 1944 roku około siedmiuset ludzi. Strona ukraińska odpowiedzialnością za ten terror obarcza nie tylko polskie oddziały, ale także "komunistyczne i żydowskie bandy".
   Wyczyny stalinowskich sługusów Moskwy, którzy przygotowywali grunt pod nowy totalitarny system władzy w PRL barwnie opisuje Cz. Warchocki w książce "Rzeczpospolita partyzancka". Autor nie przewidział, że zmieni się system władzy w Polsce, przyjdą inne czasy i jego "świadectwa", którymi z entuzjazmem się chełpi, będą oskrżeniem jego i jego ideologicznych mocodawców. Tak zwane oddziały zwiadowcze, napływające na teren Lubelszczyzny np. z Polesia, wyposażone były w sprzęt i uzbrojenie, często "spod igły", przez Moskwę. Ciekawe jest i to, że Niemcy czasami udawali, że ich nie zauważają. Natomiast, jak przyznaje autor, oprócz "zlikwidowania paru polskich i ruskich klechów, większych potyczek z faszystami nie było". Po prostu Niemców nie bili. Mieli wywołać zamęt na terenach zamieszkałych przez "mieszany element" polsko - ukraiński.
   Niemcy od maja 1942 roku zaczęli używać oddziałów "ukraińskich", złożonych z ochotników podchodzących spośród jeńców sowieckich. Jednak już przy próbie pierwszych wysiedleń z Zamojszczyzny przekonali się, że zbyt słabo wykorzystali istniejący tutaj konflikt ukraińsko - polski. Zaskoczeni rozmiarem oporu, nazywanego czasami w literaturze historycznej powstaniem zamojskim, postanowili poradzić sobie inaczej - do pacyfikacji polskich wiosek wysyłali obstawione przez Niemców, a uzbrojone przez siebie, oddziały ukraińskie.
   Zemsta polskich grup partyzanckich dosięgła tych, którzy nie mieli broni, więc myśleli, że stoją obok konfliktu. Logika konfliktu zgoła jest inna. Taki "odwet" spotkał o. Pawła Szwajkę z matuszką z Grabowca. 28 sierpnia 1943 r. "napastnicy weszli do mieszkania prot. P. Szwajki i zaczęli jego i żonę katować. Ludność, która ukrywała się, słyszała jęki nieszczęsnych ofiar. Trwało to około godziny. Padło kilka strzałów i wszystko ucichło. To oznaczało śmierć ofiar. Ciała zamordowanych były zmasakrowane. Żona o. Szwajki była niemal cała pokłuta nożami, ręce i nogi miała połamane, brzuch pocięty. Nieszczęsna kobieta zmarła od upływu krwi, a nie od śmiertelnej rany. Na ciele księdza, oprócz ran zadanych ostrą i tępą bronią, były rany postrzałowe". Do wyczynu tego przyznaje się niedwuznacznie "Ciąg" Śmiech: "Wyprawiliśmy im chrzciny". W tym bowiem dniu, na święto parafialne Uspienije, odbył się chrzest córki o. Jana Zbiorowskiego, którego udzielał o. Paweł. Wszystko wskazuje na to, że matuszkę Szwajkową przed śmiercią wielokrotnie zgwałcono.
   W momencie śmierci o. Paweł miał 50 lat i oprawcy mogli powiedzieć, że "wyprawili" mu także urodziny, gdyż miesiąc wcześniej duchowny skończył równe pół wieku. Po ukończeniu studiów teologicznych w Warszawie odbywał staż duszpasterski w parafii św. Marii Magdaleny w Warszawie. Następnie był proboszczem w Potoku Górnym w powiecie biłgorajskim, a od października 1927 roku przeniesiony został na teren Małopolski. W 1940 roku powrócił wraz z rodziną na Lubelszczyznę i pracował w Grabowcu i Sahryniu. W Grabowcu, we wspólnej mogile, spoczęły szczątki matuszki i o. Pawła.
   A.L. Sowa w książce "Stosunki polsko - ukraińskie 1939 - 1947" pisze o polskiej akcji na Sahryń 10 marca 1944 . Dowódcą uderzenia był "Wiktor" (por. Zenon Jachymek). Prawosławny proboszcz z Sahrynia pisze m.in.: "O godz. 4 rano banda licząca około pięciuset ludzi napadła na Sahryń. Wieś broniła się pół godziny, kiedy jednak ogień się rozprzestrzenił, powstało wielkie zamieszanie i obrona musiała wycofać się, gdyż miała tylko 60 karabinów, a bandyci 50 karabinów maszynowych i około 450 zwykłych. Banda podpaliła także cerkiew i budynki gospodarcze. Parafia liczyła przeszło trzysta gospodarstw. Z tego spłonęło 280. Ogółem w Sahryniu zginęło 200 - 800 osób". Dodajmy, że wobec zagrożenia okoliczna ludność chroniła się w Sahryniu. Przychodzących z Terebienia, Modrynia, Majdanu czy Pasieki Polacy potraktowali jako skoncentrowane siły wroga.
   Ale 10 marca 1944 roku to także dzień (noc) tragedii w nieodległym Łaskowie. Tam zabito o. Lwa Korobczuka. Po zastrzeleniu został poćwiartowany, aby wywołać większe przerażenie u tych, którzy znajdą jego ciało. O. Lew był synem duchownego Gabriela Korobczuka, jednym z czworga dzieci, przyznawał się do narodowości ukraińskiej, podobnie jak jego ojciec, absolwent Chełmskiego Seminarium Duchownego z 1913 roku, kolega o. Stefana Maleszy, męczennika z Dratowa.
   Dlaczego ludność takich miejscowości jak Modryń, Sahryń, Poturzyn, Nabróż organizowała się w oddziały samoobrony? Podobnie zresztą jak polska w innych rejonach. Doświadczyła bowiem rzezi z 1943 r. - 6 maja w Nabrożu zginęło piętnaście osób narodowości ukraińskiej, w tym siedem kobiet, oraz prawosławny duchowny. Kapłanem tym był o. Sergiusz Zacharczuk. Był to wyczyn, który wywołał konflikt wewnątrz oddziału "Górala" (Franciszka Krakiewicza), odpowiedzialnego za morderstwo na kapłanie. Po serii "udanych" akcji tępienia Ukraińców w Strzelcach, Uchaniach, Żulicach i Śniatyniu (a nie, jak napisał G. Motyka w książce "Tak było w Bieszczadach" - Steniatynie) nastąpiła seria porażek. Ukraińcy podjęli odwet w Nabrożu, gdzie 30 maja 1943 r. zabili trzech Polaków, w tym miejscowego księdza Władysława Jacniackiego.
   Grupa PPR kryje się prawdopodobnie za zgładzeniem 1 sierpnia 1943 roku we wsi Majdan Sopocki na Zamojszczyźnie o. Józefa Krotkiewicza, prawosławnego proboszcza tej parafii. Podobnie "skomunizowane oddziały partyzanckie" kryją się za męczeńską śmiercią psalmisty ze wsi Dołha (Długa) na Podlasiu - Jana Ostapczuka, psalmisty Wawrzyńca Seredyńskiego z Otrocza koła Janowa Lubelskiego i o. Aleksego Ostapczuka ze Zbereża w gminie Sobibór koło Uhruska.
   Z raportu arcybiskupa Iłariona wynika, że do 4 kwietnia 1944 roku na Chełmszczyźnie i Podlasiu zginęło czternastu księży i dziesięciu diakonów.
   Słowo "Nabróż" jeszcze raz boleśnie przewinie się przez stronice historii, gdyż oddziały UPA podjęły tam walkę z przeważającymi siłami sowieckimi, które rozpoczynały nową okupację tego terenu, po wyjściu Niemców. Zginęło około trzydziestu Ukraińców. Kilka dni wcześniej pięćdziesięciu ukraińskich partyzantów padło w nierównej walce z Niemcami, także w okolicach Nabroża. Była to jedna z dramatyczniejszych, rozpaczliwych wręcz prób walki z dwoma najeźdźcami naraz.
   Nie doszło do szerszego współdziałania z polskimi oddziałami. Zasada "dziel i rządź" znalazła znów zastosowanie. W jakieś mierze pewnie i dlatego, że nawzajem pozbawiono się elit, inteligencji, a przede wszystkim duchowych przywódców. A co zostanie z ciała, gdy odejmie się od niego ducha?
   

Opinie

[1] 2008-11-26 12:42:00 Andrej
Teks na zasadzie: w którym kościele dzwoniono, nie wiadomo, ale "wszystko wskazuje na to" że w tym nowym, bo nam parafian podbiera.
[2] 2009-02-17 22:02:00 tawny
Wymordować 200 tys Polaków i liczyć na współdziałanie, świat zwariował .
[3] 2009-02-17 22:10:00 tw
polacy nie mniej mordowali a jakoś nie przepraszają tylko płaczą jacy to oni biedni i cały czas krzywdzeni.
[4] 2009-02-18 16:47:00 Wiesław
Cerkiew nie może mówić tak wybiórczo i tendencyjnie. Nie można wspominać okupacji tak jak dzisiejszych czasów. Wokół Ukraińcy mordowali wyjątkowo bestialsko obcych i swoich, a tu udajemy niewiniątka. Pewnie była krzywda, ale wcześniej szła zbrodnia. Ukorz się Cerkwio, która wcześniej nie upomniałaś się o mordowanych. Nie jestem obcy. Moja rodzina była prawosławna i katolicka. Dlaczego więc teraz czytając to czuję oburzenie i lęk?

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token