Pomnik Witebskie Zamki Markow Monaster Cerkiew Uspieńska w Witebsku Budynek duchownej szkoły w Witebsku
Numer 9(339)    wrzesień 2013Numer 9(339)    wrzesień 2013
fot.Anna Radziukiewicz
Wojny polsko-ruskie
Anna Radziukiewicz

Stoję na Zamkowej Górze w mieście, w którym urodził się Jagiełło, Władysław albo Jakub, jak dano mu na chrzcie w cerkwi. Katolickie imię Władysław dostał później. Bez katolickiego wyznania wiary nie mógłby być koronowany na króla Polski i zapoczątkować dynastii Jagiellonów, rządzącej Polską i Litwą niemal dwieście lat. Jego ojcem był Olgierd, wielki książę litewski, matką Julianna, księżniczka twerska, druga żona Olgierda.

Stoję w Witebsku, mieście, które historia orała jak ziemię, na której każdy chciał posiać swoje zboże i upiec z niego raz ruski, raz polski chleb.
Maria, pierwsza żona Olgierda, była ruską, prawosławną księżniczką witebską. Ziemię Witebską schrystianizowano trzy i pół stulecia wcześniej. Litwa, w jej etnicznych granicach, pozostawała pogańska. Kiedy więc książę Olgierd Giedyminowicz stanął w 1318 roku przed ojcem Marii, Jarosławem, prosząc o rękę córki, cóż mógł usłyszeć?
– Za poganina córki nie oddam. Ochrzcij się.
Książę chciał nie tylko Marii, ale i jej ziemi – Księstwa Witebskiego, od początku dwunastego wieku samodzielnego, czyli niezależnego od połockiego, fakt słabego, w jakiś sposób ciągle zależnego a to od Połocka, a to Kijowa, a to Smoleńska.
Nie miał Olgierd wyboru. Przyjął prawosławie żeny radi, jak piszą ruskie latopisy. Żonie zbudował dwie cerkwie, Świętego Ducha i Błahowieszczańską – to też latopiscy donoszą. Ostatnią raczej wyremontował, albo przebudował. Tę cerkiew wzniesiono już w XII wieku i dziś, obok grodzieńskiej na Kołoży i Spasa w Połocku, należy do najstarszych na Białorusi.
Jarosław zmarł w 1320 roku. Księstwo przypadło Marii, a poprzez męża przykleiło się do Litwy jako jedno z ostatnich współtworzących Wielkie Księstwo Litewskie.
Olgierd wzniósł w Witebsku dwa murowane zamki – Górny i Dolny. Ich budowę dokończył w 1351 roku przy drugiej żonie – też prawosławnej, Juliannie Twerskiej, która wzniosła cerkiew św. Jana Teologa i założyła prawosławny monaster przy cerkwi Świętego Ducha.
Od 1345 roku Olgierd włada potężnym państwem – Wielkim Księstwem Litewskim, Ruskim i Żmudzkim, przy którym Korona przypomina niewielki zalew przy morzu. W nim prawosławni stanowią około 90 procent mieszkańców.
Na Górze Zamkowej witebszczanie postawili niedawno pomnik. Dziwny. Jakby na postumencie ucięty. Jak stół, z każdej strony obudowany czerwonym, szlachetnym kamieniem.
Na tym postumencie miał stanąć pomnik Olgierda. Ale nie stanął. – Dlaczego – pytam miejscowego historyka Wiktora Atapina.
– Z powodu męczenników wileńskich świętych Jana, Antoniego i Eustachego – odpowiada. – Przecież byli jego dworzanami. A on już po dwóch latach pozostawania na wielkoksiążęcym tronie kazał ich stracić tylko za to, że byli chrześcijanami, prawosławnymi. I za jego niestabilność. Jakie wiały polityczne wiatry, taką i przyjmował religijną orientację. Poganin, prawosławny, poganin, katolik. Religie zmieniał jak koszule. W duszy pewnie zawsze czuł się poganinem.
Wielkiego księcia na postument nie wpuszczono. „Wyrysowano” na nim w mosiądzu witebskie zamki – Górny, Dolny i na Górze Uspieńskiej. Mieli ich trzy. I tak pomnik nazwano „Witebskie Zamki”.
Włączenie Witebska w orbitę Wielkiego Księstwa Litewskiego, coraz ciaśniej jednoczącego się z katolicką Koroną, spowodowało, że co i raz miastem wstrząsały polsko-ruskie wojny. Wszak granica polsko-ruska, czyli prawosławno-katolicka, biegła już wtedy nie tylko między grodami, ale i przez rodziny. Weźmy synów Olgierda i jego dwóch prawosławnych żon – Jagiełło prokatolicki, Świdrygajło proprawosławny. Julianna przekazała swój witebski udział Świdrygajle. Ale i Jagiełło chciał nim władać. Posłał więc do Witebska swego ukochanego łowczego Fiodora Wiosnę. Rozgniewany Świdrygajło kazał go zrzucić z wysokiej ściany zamku.
Współczesny historyk A. Supanow pisał o Świdrygajle: „Ten książę, jawnie oddany prawosławiu, oddany ruskim interesom, był nie po dusze Polakom; oni skłonili króla, by ten oddał tron litewski Zygmuntowi synowi Kiejstuta, po którego stronie opowiedziała się cała katolicka Litwa”.
Rozgorzała wojna domowa. W jej centrum stanęły Witebsk i Połock. Zachodnia część Wielkiego Księstwa Litewskiego wzięła stronę Zygmunta, a Witebsk, Połock i Smoleńsk Świdrygajły.
Świdrygajło zorganizował trzy powstania, broniąc swoich interesów. Każde przegrywał, tracąc dziesiątki tysięcy wojów. Sam cudem uchodził z życiem. O dziwo zmarł śmiercią naturalną w 1452 roku, mając 96 lat.
Wiek szesnasty przynosi już nie wewnętrzne zmagania z polsko-ruską ideologią w tle, ale prawdziwe wojny między państwami. Witebsk leży na prostej drodze, prowadzącej przez Smoleńsk do Moskwy. Jest nie tylko oknem, ale jak niedawno określił to miasto zwierzchnik Kościoła rzymskokatolickiego na Białorusi, kardynał Tadeusz Kondrusiewicz, wrotami na Moskwę i cały Wschód. Przez te wrota w XVI wieku Moskwa usiłowała przeprawić swoją świeżą potęgę na zachód, a Polska – okrzepłą – na wschód. Witebsk znalazł się w politycznym przeciągu, w epicentrum działań i interesów Moskwy i Litwy.
Po raz pierwszy witebszczanie zetknęli się z siłami moskiewskimi w 1502 roku. W 1514 roku pod Orszą, do której z Witebska jedziemy prosto na południe godzinę, wojska Wielkiego Księstwa Litewskiego pod dowództwem kniazia Konstantego Ostrogskiego (ojca „naszego” kniazia, patrona fundacji), rozgromiły dwa razy większe siły moskiewskie.
Dwa lata później siły moskiewskie, pod dowództwem kniazia Godunowa, przy pomocy Tatarów, biorą odwet. Napadają na Witebsk. Miasto i okolice zamieniają w popiół. Tylko zamek ocalał. Zginęło mnóstwo ludzi. Ten sam los spotkał Połock.
W roku 1534, za Iwana Groźnego, znów moskiewskie wojska pustoszą okolice miasta, dwa lata później grabią i zabijają na tej samej ziemi. Nękają w sumie witebską ziemię przez 34 lata.
Po 22 latach spokoju przetacza się, również przez Witebsk kolejna wojna (1558-1583), skrajnie trudna. Witebsk pozostawia zrujnowany i opustoszały. Z zamku Olgierda prawie nic nie zostało.
I w tych trudnych latach, w 1563 roku Witebsk staje się centrum eparchii – połocko-witebsko-mścisławskiej, wchodzącej w skład metropolii kijowskiej. Witebsk w ten sposób jakby przygotowywał się na trudne, tragiczne dla prawosławia czasy, znaczone ustaleniami unii lubelskiej (1569), potem brzeskiej (1596).
Nie opuszczamy Góry Zamkowej. Z niej dobrze widać. U jej podnóża mieni się w słońcu drobnym brokatem pełnowodna Dźwina, niosąca na swych falach turystów na statku, a przez wieki i tysiąclecia mnóstwo towarów, wszak współtworzyła handlowy szlak od Waregów, dziś Skandynawów powiedzielibyśmy, do Greków.
Widać Witebsk w słońcu, krasie, złocie kopuł, zieleni, jakiś odświętny, rozbawiony, rozluźniony. Witebsk, w którym w jego uliczkach, zaułkach, na promenadach i prospektach przywołano minione wieki w barwnym przebraniu – rosły mężczyzna w siermiężnej lnianej koszuli wykuwa monety, tancerka otoczyła siebie obręczą widzów. Pokazuje dworskie tańce. Starsi panowie i panie tańczą na ulicy walczyk. Bo gra kapela. Jak niegdyś. Nogom nie daje spokoju.
Witebsk płynie na falach „Słowiańskiego bazaru”. Bo to Bazar, nieposkromiony w erupcji, roznosi śpiew, muzykę, taniec, rzemiosło, obrazy, po całym starym Witebsku. Nie mieści się w amfiteatrze, jaki z elegancją rozsiadł się w głębokim parowie i zdolny jest zaprosić naraz sześć tysięcy widzów na wielogodzinne koncerty gwiazd sceny muzycznej z kilkudziesięciu krajów.
Oferuje więc swoje place i uliczki. Bo jak ma zmieścić sto tysięcy „bazarowych” gości, którzy przybyli do niemal 400-tysięcznego miasta. Jak ma ich nasycić sztuką?
A co widzieli z tej góry witebszczanie w końcu XVI wieku, dla nich, jak wspomnieliśmy, wyniszczającego, a dla Polski złotego, która wtedy swe panowanie na wschodzie utwierdzała i rozszerzała?
Widzieli siedemnaście cerkwi, o tylu wspominają ocalałe dokumenty, a może i więcej – Błahowieszczańską, Michajłowską, Preczystieńską, Pietropawłowską, Rożdżestwieńską...
I przyszła do witebszczan unia. Unii było wiele. Ale ta była kościelna. Co tam przy niej unie polityczne, choćby mielnicka, o których mógł nawet nie słyszeć witebski mieszczanin. O kościelnej słyszał każdy. Bo każdego dotknęła. Do żywego. Do najbardziej osobistego, własnego, w duszy skrywanego. Dla jednych uniabyła sojuszem, ale dla witebszczan inkorporacją, aneksją, pełnym podporządkowaniem. Unia szła na wschód. Zajmowała Brześć, Wilno, Grodno, Mińsk. Schizmatyków, jak nazywał swych prawosławnych poddanych król Zygmunt III, podporządkowywała Rzymowi.
Przez pierwsze dwadzieścia lat po 1596 roku w Witebsku panował względny spokój. Wprawdzie rezydował tu arcybiskup połocki, witebski i mścisławski Herman (Zahorski), który akt unii podpisał, ale był człowiekiem łagodnym, zupełnie innym niż Hipacy Pociej czy Cyryl Terlecki, którzy z neofickim zapałem wprowadzali nowe porządki. Podobną politykę prowadził jego następca. Nie podobała się ona papieżowi. Z jego błogosławieństwa posłano do Witebska Jozafata Kuncewicza, bazylianina. Urodził się on w prawosławnej rodzinie we Włodzimierzu Wołyńskim. Gdy uczył się w Wilnie, wpadł pod wpływy jezuitów. Przyjął unię. Okazał się bardzo podatny na formowanie. Już jako mnicha od razu uczyniono z niego przełożonego kilku monasterów, już unickich – brzeskiego, żyrowickiego, wileńskiego Świętej Trójcy. Stał się fanatykiem unii i zawziętym wrogiem prawosławia. Był potrzebny do rozprawienia się z twardymi witebszczanami, wciąż tkwiącymi w „prawosławnej herezji”.
Przemoc stała się jego narzędziem. Zabierał cerkwie i je opieczętowywał. Wyganiał duchownych. Osadzał ich w więzieniach. Przesłuchiwał. Zezwalał na napady na prawosławnych w ich własnych domach, grabieże, poniżanie, wyganianie, zsyłki, więzienia, wyrzucanie z cechów, handlu, miast, nawet na topienie i zabijanie.
W Mohylewie mieszczanie nie wpuścili go przez swoje wrota. Stanęli uzbrojeni. Za to zostali srodze ukarani przez króla. Wszystkie cerkwie zostały przekazane Kuncewiczowi.
W 1620 roku na katedrę połocką, jednocześnie witebską, przybywa Melecjusz Smotrycki, wyświęcony przez patriarchę jerozolimskiego Teofana, przebywającego wtedy w Kijowie. To był katalizator. Parafie masowo przechodziły do Smotryckiego. Przy unii pozostały jednostki.
Kuncewicz prowokuje. Daje zgodę na wykopanie w Połocku z ziemi ciał prawosławnych niedawno pogrzebanych w cerkiewnym ogrodzeniu i wyrzucenie z mogił chrześcijańskich szczątków na zjedzenie psom. O tym donosi na sejmie w 1623 roku wołyński poseł Lawrencjusz Drewiński jako o wydarzeniu z roku minionego.
Kuncewicz nazywa prawosławnych schizmatykami, wieprzami, bestiami. Za unię jest gotów umrzeć.
Sądy ziemskie, zamkowe, trybunały, ratusz zapełniają się skargami i pozwami. Swary i niepokój wypełniają całe miasto.
Kuncewicz ze szczególnym uporem walczy z namiotami. Jakimi? Prawosławni nie mieli w Witebsku ani jednej cerkwi, więc stawiają namioty za miastem. W nich się modlą.
I dochodzi do apogeum. 12 listopada 1623 roku z rozkazu Kuncewicza schwytano „schizmatyckiego popa” Ilję. Wtedy zadzwonił w mieście dzwon na ratuszu. Za nim dzwony wszystkich cerkwi. Do arcybiskupiego domu ze wszystkich stron miasta ruszył tłum ludzi, wdarł się do domu. Pobił sługi. Zabił Kuncewicza. Ciało znieważono, włócząc po mieście, po czym zrzucono z wysokiego brzegu do Dźwiny, z Góry Zamkowej, tam gdzie dziś chętnie fotografują się turyści, nie znając historii sprzed czterech wieków, bo witebszczanie nie pozwolili na jej upamiętnienie w tym miejscu. Postawili pomnik patriarchy Moskwy i całej Rusi Aleksego II, który jako pierwszy patriarcha odwiedził ich miasto w 1998 roku. Stoi przed największą na Białorusi cerkwią.
Ciało Kuncewicza wyłowili rybacy. Oni też jeszcze je znieważali. Po trzech dniach pogrzebano je w połockiej Hagia Sophii, już unickiej.
Odpowiedź władz była straszna. Dziewiętnaście osób, w tym burmistrz miasta, zostało straconych. Na sto osób, które uciekły z miasta, wydano zaocznie wyrok śmierci. Ich mienie zostało skonfiskowane. Ratusz zburzono. Dzwony z cerkwi zdjęto. Zburzono „szałasy” za miastem i zabroniono budowy nowych. Miastu odebrano prawa magdeburskie. Papież Urban VIII uznał to za „środek leczniczy” dla heretyków.
Odpowiedzialnością za kaźń obarczono Melecjusza Smotryckiego. Arcybiskup skrył się do Kijowa pod opiekę Kozaków. Potem udał się na prawosławny Wschód, następnie do Wilna, by wreszcie osiąść w dermańskim monasterze, już bezpiecznie, bo w akcie ekspiacji został unitą. Takim ogłosił siebie w 1629 roku. Do swojej połockiej eparchii już nigdy nie wrócił. Postać wybitna i tragiczna.
Zabójstwo Kuncewicza okazało się punktem zwrotnym w dziejach wprowadzania unii. Przechyliło szalę zwycięstwa na jej stronę. Prześladowania prawosławnych w całej Białorusi nie ustawały. O nich pisać już nie będę.
A co z „namiotami”? One rosły nadal! Rosły jeszcze w 1680 roku, trzynaście lat po pokoju andruszowskim. A władze regularnie je niszczyły. Unicki metropolita Gabriel Kolenda gotów był umrzeć za miastem przy szałasach, jak „błogosławiony Jozafat w mieście, by ukrócić tę zuchwałość”.
Markow monaster, jak go witebszczanie w skrócie nazywają, bo był założony przez mnicha Marka, staje się centrum ich duchowego życia. Pojedziemy do niego. Ale i w ten monaster uderzają unici. Unicki biskup zabrania go odwiedzać. A w 1751 roku napada na niego szlachta i katoliccy misjonarze. Monaster rozgrabiają, mnichów rozganiają, przywileje przemocą odejmują. A miało to miejsce w roku, w którym papież wydał specjalną bullę do katolików w Polsce i na Litwie, w której objawił, że daruje katolikom grzechy na sto lat do przodu za ich oddanie papieżowi.
Z Zamkowej Góry, którą teraz wieńczy największa na Białorusi cerkiew wraz z kompleksem – monasterem Świętego Ducha, dwiema duchownymi szkołami, cerkiewnym muzeum – jedziemy do Markow Monasteru Świętej Trójcy. Mijamy cerkiew św. apostoła Łukasza, Sylwana Atoskiego. Jedziemy ulicą Karola Marksa, niegdyś Monasterską. – Ile jest cerkwi w Witebsku? – Według moich rachunków 30, a władyki 22 – odpowiada Wiktor Atapin. – Bo ja liczę również z małymi, domowymi, a władyka jedynie wolnostojące. Władyka chce, by w Witebsku były 32 cerkwie, jak przed rewolucją, wolnostojące.
– Moja babcia, rocznik 1898, mieszkała w Witebsku – mówi Inna Kościukiewicz. – Pieszo chodziła do monasteru, z dziesięć kilometrów. Znajdowała się w nim jedyna w Witebsku, a w zasadzie jego przedmieściach, czynna cerkiew, Kazańskiej Ikony Matki Bożej. Otwarto ją w 1943 roku za Niemca. I już nie zamykano. Mnie babcia zabierała ze sobą. Szłyśmy wieczorem na wsienoszczną, z rana na liturgię. W każdą pogodę. Szli ludzie z całego miasta. Nie było czym dojechać. Można było czekać na tramwaj czy autobus, nie wiedząc kiedy przyjedzie, bo władze specjalnie dezorganizowały ruch w tym kierunku. Wszyscy żyli tu jak jedna rodzina. Pomagali sobie. Razem świętowali.
Na monasterskie ziemie, które ciągnęły się wokół obitieli w promieniu pięciu kilometrów, weszło miasto, z blokami i fabryką jedwabiu, która szczelnie owinęła monaster.
Gdzie cerkiew Świętej Trójcy? Stała wspaniała, wysoka, zbudowana ze stuletnich dębowych brewion. Pokrywała je polichromia. W czasie drugiej wojny przestała istnieć. Na jej miejscu postawiono fabrykę. Stały tu cztery monasterskie cerkwie, nad Dnieprem bił istocznik. Cały kompleks malowniczo wpisywał się w dolinę rzeki. Komunizm zatarł malowniczość swą niechlujnością, jeszcze w tej części miasta nie wypartą.
Nie wypartą? Miejscowi by zaprzeczyli, bo oni wiedzą, jak bolszewicy mogli zdegradować święte miejsce. Wszak urządzili tu po rewolucji obóz koncentracyjny. Ludzie spali na zgniłej słomie, jak na gnoju. Nie mieli żadnego oświetlenia. I żadnej toalety. Położono im dwie deski nad jamą. Mężczyzn trzymano razem z kobietami. Potem obóz wyprowadzono. W monasterskich budynkach osiedlano dzieci sieroty z głodującego Powołża. Potem urządzono tu rejonowy zarząd komsomołu i klub bezbożników. Wreszcie wprowadziła się milicja, na koniec archiwum.
– A monaster jak stał tu siedemset lat, tak i stoi – komentuje Wiktor Atapin. – On wszystko widział. Ja już nie dożyję tych czasów, ale wiem, że znów będzie tu pięknie, zniknie fabryka witebskiego jedwabiu, wyrosną cerkwie, dzwonnica, na której znów zawiśnie dwustupudowy dzwon, baraki ustąpią miejsca monasterskim budynkom, asfalt rabatom. Z wysokiego brzegu będzie przyglądać się monaster Dnieprowi.
– Markow Światotroicki Monastyr okarmlał nas – sumuje Inna.
Nawet w najtrudniejszych czasach – unii i komunizmu.
Wróćmy do XVIII wieku. Na jego początku, gdy toczyła się wojna dwudziestoletnia, car Piotr I, zobaczywszy tragiczne położenie prawosławnych na terenie Białorusi, chciał im ulżyć. Posłał na te ziemie swego przedstawiciela Ignacego Rutkowskiego. Udało się wtedy odzyskać 50 cerkwi i trzy monastery. Ale dyplomacja carycy Katarzyny I odwołała Rutkowskiego. Znów wróciło zamykanie cerkwi i więzienie opornych.
Do tego jeszcze unicki sobór w Zamościu (1720) kazał zatrzeć wszelkie ślady „schizmy”.
Na poprawę losu prawosławnych trzeba było czekać do XIX wieku, do procesu powrotu unitów do prawosławia. Sobór zjednoczeniowy odbył się w 1839 roku w Połocku. Podpisani pod tym aktem biskupi prosto z Połocka pojechali do Witebska, służąc po kolei w każdej jego cerkwi. Czy dlatego, że ta ziemia, na czele z Witebskiem, z największym oddaniem broniła prawosławia przez niemal dwa i pół wieku unii?

fot. Andrzej Karpowicz

Opinie

[1] 2013-09-07 23:00:00 Bazyl
Kochany Piotr I to ten co własnoręcznie mordował Bazylianów w Połocku.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token