Numer 12(330)    grudzień 2012Numer 12(330)    grudzień 2012
fot.
Budowniczy
Ałła Matreńczyk
O. Włodzimierz Cybuliński duchownym chciał zostać od dziecka. Niemała w tym zasługa rodziców – Iosif i Antonina, jak mogli, dbali o religijne wychowanie syna. Co niedziela, chołod nie chołod, moroz nie moroz, do cerkwi go prowadzili.
Z rodzinnych Dasz nie mieli blisko, ze cztery kilometry. Tyle samo parafianie z Żuk, Mołoczek, Pogreb – bo cerkiew na kolonii w Kośnej na wzgórzu stała. Tuż obok niej plebania i szkoła. Proboszczowie – o. Michał Micewicz, później o. Jonasz Golub – znali Wołodię dobrze. Regularnie w cerkwi przysługiwał, wcześnie zaczął czytać Apostoła. Litery cerkiewnosłowiańskie pokazał mu stary Grigorij, obrazowannnyj starik. Czytać nauczył psałomszczyk Justyn Roszczenko.
– Popom budiesz – wykrzykiwali koledzy na przerwach, trochę drwiąc z tej jego gorliwości.
– Zaspiwaj Otcze nasz – prosili rodzice, gdy zimą na pradki przychodziły do nich kobiety ze wsi. Na kołowrotkach przędły wełnę, on stawał na stołku – śpiewał. Lubił to.
Lubił też, gdy do wsi przychodził ślepy Reżyński z Kleszczel. Chodził od domu do domu, modlił się za żywych i zmarłych. Dostawał miskę strawy, czasami parę groszy. U Cybulińskich także łóżko do spania.
Nadszedł koniec podstawówki i czas składania podania do seminarium. Wraz z nim nieoczekiwane kłopoty z wystawieniem potrzebnej opinii. Co robić?
W dzień św. Mikołaja wybrał się o. Włodzimierz do Milejczyc, na chramowoj prazdnik. Dotarł wcześnie, jeszcze przed pierwszą liturgią. – Apostoła chotiełby proczytat’ – poprosił milejczyckiego proboszcza, o. Fiodora Tokarewskiego.
Batiuszka pozwolił. Po liturgii zaprosił do siebie, wystawił opinię. I został duchownikiem przyszłego seminarzysty na całe życie. – Gordost’ eto bolszoj grech, osobienno u pastyria – powiedział mu kiedyś. Tę i inne duszpasterskie wskazówki o. Włodzimierz zapisywał w specjalnym zeszycie. Często go otwierał.
Podczas nauki w seminarium wyjeżdżał nieraz na praktyki do monasteru w Jabłecznej.
Tam na chórze zobaczył dziewczynę z pobliskich Nowosiółek. Eugenia Hasiuk miała dziewiętnaście lat, w swojej rodzinnej wsi mieszkała od sześciu, wcześniej dziewięć spędziła we wsi Glądy koło Górowa Iławeckiego, dokąd wraz z rodzicami została wywieziona w ramach Akcji Wisła.
Jako dziecku nie było jej tam nawet źle. Hasiukowie mieli dużo ziemi, a odkąd tata kupił kosiarkę, pomagała starszym przy żniwach. Ale rodzicom wciąż śniły się po nocach rodzinne strony. – Żeby tak wrócić do domu – marzyli bez przerwy. – Żeby chociaż na swoje popatrzeć.
Ale na początku nawet pojechać, żeby na swoje popatrzeć, nie mogli, bo zarówno Jabłeczna, jak i Nowosiółki znajdowały się w strefie przygranicznej, co dodatkowo komplikowało sprawę. Raz tata matuszki nie wytrzymał i mimo zakazu na Onufrego wyruszył. Dojechał do Międzylesia, a dalej do monasteru już pieszo, przez pola i łąki.
Później, jak tylko można było wrócić, wrócili. Do swego, odkupionego od nowego właściciela, domu, do swojej obitieli.
Ta przeżywała trudne chwile. Modliło się w niej i pracowało trzech, może czterech mnichów, ihumen Jewłogij, bracia Andrej, Antoni, Iow, wszyscy w bardzo podeszłym wieku. Nie było prądu. W celach mnichów mniej niż skromnie.
– Chodziliśmy do o. Jewłogija na próby chóru – wspomina matuszka. – W kielii stało łóżko, jakiś stolik, krzesło, szafka. Biednie.
W 1962 roku, w maju, młodzi pobrali się.
Święcenia diakońskie o. Włodzimierz uzyskał z rąk metropolity Stefana 22 lipca 1962 roku, kapłańskie nieco później – 9 września – z rąk arcybiskupa Jerzego (Korenistowa).
Pierwsza parafia Kuraszewo. Przybyli tam gdzieś przed Kazańską. Wieś odcięta od świata, bez światła, bez szosy, bez autobusów. Zimy tęgie. Do najbliższego sklepu w Hajnówce jedenaście kilometrów. Latem można było dojechać na rowerze, jesienią czy zimą tylko furmanką – i to raz w tygodniu, we środę, bo wtedy w Hajnówce był targ i zawsze ktoś ze wsi końmi jechał. Parafianie dobrzy, życzliwi. I pomocni.
Pomocni w pracach przy parafii – bo o. Włodzimierz ogrodził siatką cmentarz, cerkiew i całą cerkiewną posesję, zbudował cerkiewną bramę. Pomocni w codziennym życiu.
To było ważne, bo rodzina niebawem się powiększyła. W środku ostrej zimy 1963 roku matuszka Eugenia urodziła córeczkę. Do szpitala w Hajnówce zawieziono ją saniami i saniami do domu wraz z opatulonym w pożyczoną pierzynę noworodkiem wróciła. Zaraz przyszła w odwiedki jedna z parafianek – przyniosła bułkę i patelnię gorącej jajecznicy. Zbyt wiele takich mroźnych zim w Kuraszewie nie spędzili.
W sąsiednich Czyżach proboszcz o. Wasilij Wasiljew chorował na astmę. Poprosił o. Włodzimierza, by pomógł mu chodzić po modlitwie. Młody batiuszka spodobał się czyżowianom. Gdy ich nastojatiel zmarł, pojechali do metropolii prosić, żeby o. Cybulińskiego dać im na proboszcza. Arcybiskup Jerzy, bardzo konkretny i szybki w podejmowaniu decyzji, tym razem dość długo się zastanawiał. W końcu się zgodził.
A więc Czyże, rok 1965. Stara, ponadstuletnia, rozwalająca się plebania, którą upodobały sobie myszy i mrówki. I żadnych szans, by dostać pozwolenie na nową.
W końcu Bóg zesłał im ludzkiego architekta.
– Wydam pozwolenie, ale jedynie na dom prywatny, o standardowej architekturze – zadeklarował. Problem się rozwiązał. Wkrótce stanęła nowa plebania. Podobnie jak większość czyżowian, nie zamykali jej na klucz, gdy wychodzili w pole. Przychodził listonosz, wchodził do środka, gazety czy listy zostawiał na kuchennym stole.
Cerkiew w Czyżach była bardzo stara, drewniana, z ciosanych bali, budowana jeszcze bez użycia piły. Miała ponad trzysta lat.
– Położyliśmy podwaliny, bo na kamieniach stała – wspomina o. Włodzimierz. – Wykonaliśmy elewację. Przyszła kolej na dach.
– Batiuszka, jakijeś dokumenty ja naszoł – oznajmił podczas remontu kopuły jeden z robotników. Księgi metrykalne i inne zapiski zachowały się w bardzo dobrym stanie, stare były, pisane po rusku i polsku.
I nie zamykały listy niespodzianek. Konserwator zabytków na wieść o tym, że parafia chce od wewnątrz pomalować cerkiew, polecił wykonanie odkrywek. Miał przeczucie, bo ciosane bale w niektórych miejscach były wyraźnie gładsze.
Nie mylił się. Jego ekipa po dwóch dniach pracy natrafiła na ślady religijnych malowideł. Były ukryte pod pięcioma warstwami zamalowań. Jezus Chrystus i Samarytanka, Dobry Pasterz, Maria Magdalena, św. Jan Damasceński – powoli odsłaniały się kolejne kompozycje, w sumie 42 metry kwadratowe. Wszystkie z XVII wieku.
Gdy dobiegły końca prace renowacyjne, na polecenie konserwatora wprowadzono w cerkwi dodatkowe zabezpieczenia.
– Położyliśmy nową instalację przeciwpożarową i elektryczną – wyłączała się tylko na jeden wyłącznik w panomarce, cerkiew zamykaliśmy na żelazne sztaby od zewnątrz i wewnątrz – wspomina proboszcz.
Nadszedł rok 1984, chramowoj prazdnik, Uspienije, najtrudniejszy dzień w życiu o. Włodzimierza. Na początku nic nie zapowiadało tragedii. Święto minęło spokojnie, jak zwykle było bardzo dużo ludzi. O trzeciej nad ranem rozległ się dziwny, głuchy wybuch.
Paliła się cerkiew. Nim ktokolwiek zdołał dobiec, drzwi do panomarki nagrzały się tak bardzo, że nie można było włożyć kluczy. Główne wejście ze sztabami od zewnątrz i wewnątrz okazało się nie do sforsowania. Próbowali je wyrwać traktorem – łańcuchy pękały jak dziecinna zabawka. Nadjechały wozy strażackie, tłum parafian robił się też coraz gęstszy. Ale pomóc już nie było można. Cerkiew płonęła jak pochodnia. Wiatr bawił się ogniem, przerzucał go na sąsiadujące stodoły, omal nie spłonęła plebania.
Rano po cerkwi nie było już śladu, zachowała się tylko Ewangelia.
Nadeszły trudne dni, nie brakowało pomówień, że w cerkwi mogła pozostać niezgaszona świeca… Na nic zdawały się zapewnienia, ludzie jak zawsze wiedzieli swoje. Na szczęście ekspertyza wykluczyła zarówno awarię sieci energetycznej, jak i to, że ogień mógł zaprószyć niezgaszony ogarek. Pozostawało umyślne podpalenie… Niejedyne wtedy w naszej Cerkwi.
Nie było czasu, by upadać na duchu…
Pierwszą liturgię po pożarze batiuszka odprawił pod plandeką – wiatr bez przerwy gasił świeczki. Później pokojny błagoczynny Antoni Dziewiatowski przekazał do Czyż drewnianą cerkiew z Hajnówki. Przy jej transporcie i postawieniu parafianie pracowali do późnych godzin nocnych. Ta cerkiew, którą można by nazwać przenośną, trafi następnie na Nowe Miasto do Białegostoku. Na razie służy czyżowianom.
Bez Boha nie do poroha, a z Bohom żadne trudności nie straszne – powtarza stare przysłowie o. Włodzimierz i zaczyna załatwiać pozwolenia na budowę nowej murowanej świątyni. Bez Boha nie do poroha… to przysłowie będzie powtarzać w swoim życiu coraz częściej. Na razie w Czyżach, gdzie dość szybko, bo już na wiosnę 1985 roku, został położony kamień węgielny. Kasa parafialna co prawda nie świeci pustkami, ale hurtownie materiałów budowlanych owszem. Przypomnijmy, jest rok 1985, niedobry na wszelkie inwestycje.
Po cegłę klinkierową batiuszka jeździł wraz z Janem Sawczukiem aż do Gozdnicy, w budowie bardzo pomagał Bazyli Tichoniuk.
Cerkiew powoli pięła się w górę. Gdy ściany wyrosły pod strop, batiuszka na własną prośbę został przeniesiony do diecezji białostocko- gdańskiej – we wrześniu 1988 roku objął stanowisko wikariusza w parafii w Starosielcach. Nie była to przypadkowa nominacja.
Od kilku lat bowiem tamtejsi proboszczowie – pokojny o. Michał Chomczyk, później o. Andrzej Berezowiec – wydeptywali ścieżki po białostockich urzędach, żeby uzyskać plac pod budowę nowej białostockiej cerkwi. Po czterech latach wędrówek urząd wojewódzki wskazał lokalizację – przy ulicy Sikorskiego, na skraju niedużego lasku, na styku osiedla Słoneczny Stok i jeszcze nieistniejącej Leśnej Doliny.
W styczniu 1989 roku działka przeszła w wieczyste użytkowanie Cerkwi. Miesiąc później narodziła się Woskresienska parafia, a jej proboszczem został właśnie o. Cybuliński. Miał za sobą co prawda duże budowlane doświadczenie i znajomości w hurtowni – tym niemniej czekał go trud nieporównywalny do tego w Czyżach. Tu w Białymstoku miał zbudować nie tylko cerkiew, ale także parafię. Od podstaw. Póki co nabożeństwa odbywały się wciąż w Starosielcach, tylko druga taca była przeznaczana na nową budowę.
Tymczasem na otrzymanej działce, niemałej, bo o powierzchni ponad 6603 metrów kwadratowych, rósł owocowy sad, a na skraju stały trzy liche chatki. Najpierw ktoś pobił dachówkę na największym domku, później podpalił. Ogień rozprzestrzeniał się szybko, bo to był trociniak. Tę chatkę parafianie musieli rozebrać, później też drugą – została najmniejsza, najbliżej drogi. Miała tak z sześć metrów długości, cztery szerokości. Bez wody, centralnego ogrzewania. To w niej zaczęło się rodzić życie parafii.
Tu dzieci przychodziły na religię, tu odbywały się próby chóru, a nawet świąteczne parafialne obiady.
Budowa tymczasowej kaplicy zbliżała się milowymi krokami. Już na Niedzielę Antypaschy, w 1989 roku, stanął krzyż. Inżynier Mikołaj Misiukiewicz wziął się za plany, pozostali za gromadzenie materiałów.
– Batiuszka, pracuję tam i tam – mówili ludzie. – Mamy po starej cenie jeszcze farby, gwoździe, szkło, drewno.
W kraju szalała już inflacja, ale przed pierwszymi dużymi podwyżkami udało im się uciec. Skrzętnie kupowali to co potrzebne, a nocą pilnowali, żeby złodzieje im tego nie rozkradli.
– Zapał wiernych był olbrzymi – wspomina proboszcz. – Czasy nie najlepsze, telefonów nie było. Więc co i rusz trzeba było obiegać całe osiedle, żeby ludzi skrzyknąć. Bo kaplicę w dużym stopniu w czynie społecznym zbudowaliśmy.
Codziennie po południu na cerkiewny plac przychodziło po 30-40 osób. Czasownia rosła jak na drożdżach. Arcybiskup Sawa wyświęcił ją już w listopadzie.
W 1990 roku poświęcono kamień pod budowę nowej cerkwi, tej z prawdziwego zdarzenia, i dużego parafialnego domu z mieszkaniami dla duchownych, kancelarią, salami katechetycznymi.
Piękna bryła świątyni, zaprojektowabnej przez Jerzego Uścinowicza, nawiązywała do bizantyńskiego gotyku. Miała w sobie coś z cerkwi w Supraślu, Małomożejkowa, Kodnia i Synkowicz. Kopuły w kształcie kryształów, które z czasem się pojawiły, nawiązywały do Apokalipsy św. Jana i jego opisu Nowego Jeruzalem: „Zstępującego z nieba od Boga, lśniącego jak kryształ”. Cerkiew okazała się dużym wyzwaniem dla konstruktorów i murarzy.
Skala prac? Na sam fundament trzeba było wylać 360 metrów sześciennych betonu, zużyć 34 tony stali. Betoniarki nie wytrzymywały, czterdziestu parafian pracowało od świtu do zmroku.
Był koniec listopada. Jak tylko skończyli, zaczął padać śnieg. Potem parafianie mogli pomóc już raczej w najprostszych czynnościach. Cegła klinkierowa wymagała precyzji i dużego doświadczenia. Ściany powoli pięły się do góry, coraz lepiej śpiewał parafialny chór, coraz prężniej działało młodzieżowe bractwo, a o. Włodzimierz z wikariuszem, o. Walentym Olesiukiem, niestrudzenie z krużką objeżdżali wszystkie parafie. Proboszcz wydeptywał też ścieżki po wszystkich miejscowych firmach.
– W moim zeszycie mam ponad sto adresów – podkreśla batiuszka – a w każdej firmie byłem wielokrotnie. Zawsze jak szedłem, prosiłem Boga, żeby otworzył serce prezesa czy dyrektora.
Najtrudniejszy etap? Może przy pokryciu dachu? Koszt blachy miedzianej i robocizny wydawał się nie do pokonania. Ale chociaż nieraz brali z hurtowni materiał na kreskę, zawsze zwracali, mieli więc opinię wiarygodnych.
Uroczyste wyświęcenie cerkwi odbyło się pierwszego października 2006 roku. – To najpiękniejszy dzień w moim życiu – nie krył radości o. Włodzimierz.
Przybyli podziwiali piękną bryłę cerkwi, która świetnie wpisuje się w krajobraz miasta, zachwycali pięknym ikonostasem i polichromią, do złudzenia przypominającą freski. To efekt rozpuszczanych w płynnym szkle farb silikatowych, których użyli białoruscy ikonopiscy. Parafianie wspierali ich jak mogli. Ta więź stała się jeszcze bliższa, gdy Wiktor i Aleksiej Downarowie oraz Andrej Rumo przeszli do niższych partii cerkwi – wizerunków świętych. Na św. Annę złożyło się tak ze 20-30 parafianek o tym imieniu, na św. św. Wierę, Nadieżdę i matier’ ich Sofiję kolejnych sześć czy siedem. I tak niemal z każdym świętym.
Także ikony do ikonostasu, wykonane przez absolwentów Bielskiej Szkoły Ikonograficznej, ofiarowały poszczególne rodziny.
Z czasem wokół cerkwi pojawiło się ogrodzenie, miasto sfinansowało przyległe parkingi i iluminację.
W tym ogromnym, okupionym nadszarpnięciem zdrowia, trudzie proboszcza wspomagali wikariusze, o. Walenty Olesiuk, o. Piotr Kiryluk, o. dr Marek Ławreszuk, o. protodiakon Marian Romańczuk.
To dzięki ich zbiorowemu wysiłkowi parafia, można powiedzieć, dorosła, okrzepła. Dziś należy do najprężniejszych w Białymstoku. Pięknie śpiewają chóry, parafialny, młodzieżowy i dziecięcy, działają bractwa młodzieżowe i studenckie. Także wyrosły z pracy u podstaw, cierpliwej i konsekwentnej.
A o. Włodzimierz łączył ją z jeszcze jedną, ważną i trudną służbą – kapelana więziennictwa. – O, Zorro idzie – krzyczeli na jego widok więźniowie, gdy po raz pierwszy przekraczał więzienną bramę. Teraz po 22 latach służby, w prywatnym mieszkaniu o. Włodzimierza znajduje się napisana przez więźnia ikona Matki Bożej Trojeruczycy. Jakie piękne symboliczne podziękowanie za niełatwy trud. Żmudny, mozolny, konsekwentny. I, po wojnie, w naszej Cerkwi pionierski. Jak wyglądał w praktyce?
– Areszt śledczy i Zakład Karny w Białymstoku odwiedzałem trzy razy w tygodniu – wspomina batiuszka. – Modliłem się, spowiadałem, udzielałem priczaszczenija. Podnosiłem na duchu, dodawałem otuchy, w miarę możliwości indywidualnie. Także katechizowałem, bo jeszcze kilka, kilkanaście lat temu ponad połowę podopiecznych stanowili Białorusini, Ukraińcy i Rosjanie, którzy niewiele wiedzieli o prawosławiu.
Batiuszka Włodzimierz dwóch młodych mężczyzn ochrzcił, był świadkiem szczerych, duchowych nawróceń. Na pewno pomogła w tym dostarczana literatura – Biblia i Nowy Testament, Cerkiewny Wiestnik, Przegląd Prawosławny, modlitewniki.
Dwa razy do roku, na Wigilię i Wielkanoc, organizował spotkania świąteczne, na które zapraszał władykę. Te spotkania przywoływały atmosferę rodzinnego domu, dawały namiastkę wolności. Podobnie jak namiastką wolności była praca na terenie Woskresieńskiej parafii, m.in. przy rozbiórce starej drewnianej cerkwi.
Jaką radę dałby wszystkim młodym duchowym kapelanom więziennym?
– Żeby pamiętali o słowach św. Jana z Kronsztadu: „Nie myl człowieka, tego obrazu Bożego, ze złem które jest w nim, dlatego że zło to tylko przypadkowe nieszczęście, choroba, marzenie diabelskie, ale jego istota – obraz Boży, mimo to w nim pozostaje”.
A cerkiew Woskresieńska stała się wizytówką Białegostoku. Odwiedzają ją cerkiewni goście i sponsorzy, odwiedzają turyści. – Jakie pełne łaski Bożej freski – podziwiają, z podziwem mówią o całej świątyni.
– Bog nasz na niebiesi i na ziemli, wsia jelika woschotie, sotwori – z pokorą przyjmuje to jubilat.

fot. archiwum parafii

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token