Numer 1(199)    styczeń 2002Numer 1(199)    styczeń 2002
fot.M. Dolecki
Primadonna
Ałła Matreńczyk
Moja Gałoczka artistoczka - z dumą mówił o swojej córeczce Sergiusz Słonicki, ale nie mógł nawet przypuszczać, że okrzykną ją primadonną scen operowych, a jej nazwisko trafi do encyklopedii.
   Halinka na kolanach ojca z mamą i bratem- Śpiewała i tańczyła od najmłodszych lat, najbardziej lubiła popisywać się przed naszymi gośćmi - wspomina jej starszy brat Oleg.
   Był początek lat trzydziestych, trudny, tuż po kryzysie. Ojciec Sergiusz znalazł pracę w lasach państwowych na Polesiu i tam w Czernianach koło Kobrynia przyszła na świat w marcu 1931 roku córka Halina. Rodzice wraz z synem mieszkali na prawosławnej plebanii. Dwa lata później przeprowadzili się do Hajnówki. Ojciec zatrudnił się w zakładach przemysłu leśnego, chociaż z wykształcenia był wojskowym felczerem. Pochodził z Kijowa, po zawierusze wojennej 1920 roku znalazł się w Polsce i tu się ożenił. Żona Olga z domu Wiszniewska, rdzenna białostoczanka z rodziny kolejowej w Starosielcach, w 1922 roku wróciła z bieżeństwa.
   Zdobyła tam średnie wykształcenie, opanowała bogaty repertuar pieśni rosyjskich i ukraińskich. Miała piękny głos, a ich tradycyjnie kresowy dom był stale rozśpiewany. Po matce odziedziczyły talent dzieci.
   Nadszedł rok 1939. Wybuch wojny nie zastał rodziny Słonickich w komplecie. Ośmioletnia Halina nie zdążyła wrócić z kolonii w Busku Zdroju. Dopiero w październiku Olga Słonicka dotarła do córki. Kilkaset kilometrów pokonała pieszo. Ledwo zdołały wrócić do Hajnówki, bo w międzyczasie na Bugu ustanowiono nową granicę.
   Rodzina Słonickich nie cieszyła się zbyt długo sobą.
   Gałoczka artistoczkaW dzień św. Olgi, w lipcu 1941 roku, do drzwi mieszkania zastukali Niemcy. Zabrali ojca, jak się okazało, na zawsze. Rozstrzelali go prawdopodobnie w Pilikach koło Bielska albo w Grabówce, syn po dziś dzień usiłuje ustalić dokładne miejsce.
   Halina miała wtedy 10 lat, brat był o dwa lata starszy. W czasie okupacji chodzili najpierw do rosyjskiej, później białoruskiej szkoły, śpiewali i tańczyli w różnych kółkach. Po wojnie naukę kontynuowali w hajnowskim gimnazjum. Niebawem Oleg wybrał się do Liceum Budownictwa Okrętowego w Gdańsku, Halina do Technikum Budowlanego w Białymstoku. Była energiczna i zdolna, działała w organizacjach społecznych, śpiewała w szkolnym chórze. Dyrygent prof. Sobierajski powierzał jej solówki. I to on namówił ją do wzięcia udziału w konkursie Szukamy Młodych Talentów, który miał odbyć się w Białymstoku.
   Halina przebywała wtedy na praktykach robotniczych w stolicy, marzyła bowiem o architekturze. "Jechać nie jechać"- nie od razu podjęła decyzję, ale w końcu, za namową brata, ówczesnego studenta Politechniki Warszawskiej, postanowiła wziąć udział w konkursie.
   Przez tydzień przygotowywała repertuar. Arią z "Halki"Moniuszki i walcem "Caton"Różyckiego wyśpiewała pierwsze miejsce.
   W nagrodę uzyskała stypendium Ministerstwa Kultury i miejsce w warszawskiej średniej szkole muzycznej. Do szkoły chodziła na Górnośląską, mieszkała w Dziekance i co tydzień spotykała się z prawosławną młodzieżą pod kołokolnią, czyli koło soboru Marii Magdaleny, tuż po niedzielnej liturgii. W szkole nie od razu trafiła do odpowiedniego profesora.
   Na szczęście po roku przesłuchała ją prof. Magdalena Halferowa.
   - Dziecko kochane, ja ciebie biorę do swojej klasy - podjęła natychmiast decyzję. Odtąd jej edukacja potoczyła się szybkim tempem. Pięcioletni program szkoły muzycznej zrealizowała w ciągu trzech lat. Zaczęła też śpiewać w Zespole Pieśni i Tańca Wojska Polskiego. Wraz z angażem dostała własne mieszkanie na Starym Mieście.
   Z tym zespołem wyruszyła też na pierwsze wielkie tournee, do Korei i Chin.
   - Doskonale pamiętam ten wyjazd - wspomina słynny tenor Bogdan Paprocki, wieloletni partner sceniczny Haliny. - Jak cudownie śpiewała w Szanghaju Nie poj krasawica pri mnie Rachmaninowa. Nie wiem, czy ktokolwiek inny mógłby to tak zaśpiewać, to było coś nieprawdopodobnego.
   Polski zespół podejmowały najwyższe władze państwowe Chin i Korei. Sam premier Chin Czou Enlaj gratulował Halinie występu.
   Do kraju zespół wrócił dokładnie na Sylwestra.
   - Pani profesor, może ja w tym roku studiów nie rozpocznę - zaproponowała Magdalenie Halferowej, bo dawno przebrzmiało już inauguracyjne Gaudeamus, ale ta nie chciała wcale słyszeć: - Kochane dziecko, dogonisz.
   Nie tylko dogoniła. Stała się wybitną studentką, o której zaczęto mówić w kraju i za granicą, a to za sprawą międzynarodowych konkursów. Z Vercelli przywiozła czwarte miejsce, z Moskwy, gdzie porównywano ją do Bandrowskiej-Turskiej, drugie. Już w trakcie studiów otrzymała etat solistki w Operze Warszawskiej.
   - Nie musi pani śpiewać, dostatecznie wiele dobrego słyszałem o pani - powiedział jej dyrektor Bursztynowicz, kiedy zjawiła się na przesłuchaniu.
   Sceniczne wcielenia Haliny Słonickiej w operach 'Don Carlos' i ...Rok 1958 przyniósł kolejne sukcesy. Na Międzynarodowym Konkursie Wokalistów w Hertogenbosch zdobyła II nagrodę i po raz pierwszy zaśpiewała Hannę ze "Strasznego Dworu"- odtąd będzie to jedna z jej ulubionych ról. W roku następnym po raz pierwszy zaśpiewała swoją partię marzenie - Violettę w "Traviacie"Verdiego. Przygotowywała się do niej nie tylko wokalnie - uczyła się noszenia krynoliny, operowania wachlarzem, z Aleksandrem Bardinim konsultowała interpretację krótkiego tekstu mówionego. Rola okazała się wielkim sukcesem. Arię Violetty wykonała też na konkursie w Tuluzie, skąd przywiozła II Grand Prix. Publiczność przyjęła ją tam niezwykle gorąco.
   - Brawo Violetta - krzyczeli jedni goście, gdy nazajutrz po koncercie zeszła do restauracji. - Brawo Mimi - nie dawali za wygraną inni, bo i arię z "Cyganerii"Pucciniego prezentowała podczas konkursu.
   W roku 1960 otrzymała dyplom z wyróżnieniem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej.... 'Traviata'
   - Mama pomogła przygotować jej wytworną kreację, bo doskonale obeznana była w sprawach mody, a i na maszynie szyła świetnie, a potem razem ze mną wybrała się na recital dyplomowy - wspomina brat. - Siostra śpiewała chyba w sześciu językach i bez najmniejszej tremy, miała wspaniałą aparycję.
   Została przyjęta wręcz entuzjastycznie. Nawet Ada Sari, śpiewaczka światowej sławy, przyszła jej pogratulować, proponując zajęcia w swojej klasie doskonalenia podyplomowego.
   Halina wahała się. - Skoro prof. Halferowa prowadziła cię tyle lat i osiągnęłaś takie sukcesy, pozostań z nią - rozwiała wszelkie wątpliwości mama.
   Tak więc w dalszym ciągu Halina pozostawała niemal członkiem rodziny w domu na Filtrowej, nieprzerwanie korzystała z rad i ogromnej płytoteki ukochanej pani profesor. Często też, już po śmierci swojej nauczycielki, odwiedzała jej grób. - Kto tu będzie przychodził, gdy mnie zabraknie? - nie przestawała się martwić.
   W 1960 roku wraz z Jerzym Artyszem, także uczniem prof. Halferowej, wyjechała na bardzo prestiżowy Konkurs Muzyczny do Genewy. Obydwoje zajęli tam II miejsce. Trzy lata później z Międzynarodowego Konkursu Śpiewu z Rio de Janeiro wróciła z trzecią nagrodą. Jako jedyna z laureatów pozostała po konkursie cały miesiąc, koncertując wraz z akompaniującym jej mężem, pianistą Jerzym Marchwińskim.
   Małżeństwem byli od dwóch lat, pobrali się w 1961 roku.
   Często razem występowali i nagrywali. Po kilku latach urodziła się im córka Ania. Anna Marchwińska, słynna dziś pianistka, rzadko bywa w Polsce. Po ukończeniu z wyróżnieniem Akademii Muzycznej w Warszawie, wydziału muzyki na słynnym Uniwersytecie Stanfordzkim w Kalifornii i najbardziej prestiżowej uczelni muzycznej Juilliard School w Nowym Jorku współpracuje zarówno z tą ostatnią uczelnią, jak i z Metropolitan Opera w Centrum Kultury Lincolna.
   Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte przyniosły Halinie Słonickiej kolejne sukcesy na scenach operowych. Elżbieta w "Don Carlosie", Jenny w "Rozkwicie i upadku miasta Mahagonny", Mimi w "Cyganerii", Małgorzata w "Fauście", Roksana w "Królu Rogerze", Micaela w "Carmen", Gilda w "Rigoleccie". W sumie zaśpiewała około trzydziestu partii operowych, głównie w Teatrze Wielkim, ale także na innych scenach krajowych i zagranicznych. O jej rolach krytycy wyrażali się z entuzjazmem: Podkreślamy sukces ujmującej piękną aparycją i szlachetnością głosu Haliny Słonickiej (J. Macierakowski, 1964), Najdłużej pozostaje w pamięci kreacja Haliny Słonickiej, jej ogromna ekspresja, sugestywna, wzruszająca interpretacja roli Małgorzaty (T. Kęska, 1960), Sposób śpiewu u Słonickiej silny, dramatyczny, zarysowany z szerokim rozmachem jak fresk (J. Weber, 1971), Prym wiodła piękna, wesoła, doskonale śpiewająca Halina Słonicka (J. Waldorff, 1976), Znakomita interpretacja Haliny Słonickiej (H. Swolkien, 1986). Bogdan Paprocki, z którym przez wiele lat występowała na scenie, nazwał ją Modrzejewską scen operowych.
   To właśnie z nim wystąpiła w "Strasznym Dworze"Moniuszki, przedstawieniu inaugurującym działalność Teatru Wielkiego po odbudowie. Wtedy została też sportretowana jako moniuszkowska Hrabina na jednym ze znaczków, jakie z tej okazji wydała Poczta Polska.
   Halina Słonicka i Bogdan Paprocki na znaczku pocztowymNa scenie występowała z najwybitniejszymi artystami: Andrzejem Hiolskim, Kazimierzem Pustelakiem, Bernardem Ładyszem, Bogdanem Paprockim, Wiesławem Ochmanem, Krystyną Szczepańską, Hanną Rumowską. Bliskie musiały to być kontakty, naprawdę serdeczne przyjaźnie, skoro przez wiele lat wspólnie spędzali wakacje nad augustowskimi jeziorami.
   - Halina była zawsze duszą towarzystwa - wspomina Bogdan Paprocki. - I miewała nadzwyczajne pomysły. Kiedyś długo przekonywała mnie, że jak się ryby posypie solą, to łuski same zejdą.
   Była niezwykle wymagająca w stosunku do siebie. Gdy poczuła, że nie może zaśpiewać tak pięknie, jak by chciała, pożegnała się ze sceną. Jej wielkim powołaniem okazała się wtedy praca pedagogiczna. Miała niebywałą cierpliwość i niemałą intuicję. Kiedyś na podstawie dwóch pięknie zaśpiewanych dźwięków postanowiła, że zrobi z Małgorzaty Walewskiej prawdziwą śpiewaczkę.
   - Brałam wtedy udział w konkursie moniuszkowskim amatorów śpiewaków u Marii Fołtyn - wspomina pani Małgorzata, dziś jedna z wiodących polskich mezzosopranistek, która zrobiła międzynarodową karierę. - Jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że nie mam żadnego pojęcia o śpiewaniu. Profesor Słonicka, która siedziała w komisji, po moim występie powiedziała: "Dziecko, ty masz głos, ale śpiewać to ty nie potrafisz". "Czy nie zechciałaby mnie pani tego nauczyć?"- podchwyciłam od razu. I tak rozpoczęła się nasza ciężka praca. Dopiero po sześciu latach, gdzieś tak na drugim roku studiów, usłyszałam: "No, teraz to ciebie można już ludziom pokazać".
   Jej uczniami byli także m.in. sopranistka Dorota Radomska, solistka Teatru Wielkiego, Elżbieta Suszko, Katarzyna Trylnik, Kira Boreczko, Zbyszek Ładysz ("Jeśli chcesz się nauczyć śpiewać, idź tylko do Haliny Słonickiej"- poradził mu ojciec Bernard), Eugeniusz Skowroński, obecny diakon parafii prawosławnej Świętego Ducha w Białymstoku.
   - Już w seminarium marzyłem o tym, by wyjechać na Wschód, nauczyć się cerkiewnej dyrygentury - wspomina. - Ale nie udało mi się. Na szczęście o. Szurbak zaproponował mi śpiew w chórze cerkiewnym. Znalazłem się także w jego Zespole Muzyki Cerkiewnej. "Eugeniuszu, ty powinieneś zdawać do średniej szkoły muzycznej"- namawiali mnie inni chórzyści profesjonaliści. Marysia Freda pomogła mi przygotować repertuar i poszedłem na Bednarską. "A pan co robi, czym się zajmuje"- zapytała mnie komisja, gdy skończyłem śpiewać. "Jestem z Seminarium Duchownego". W komisji siedziała pani profesor Słonicka. Znalazłem się w jej klasie.
   - Eugeniuszu, jak będziesz śpiewać Hospodi pomiłuj, czy nawet paki i paki, to musisz to robić tak, żeby wszyscy zrozumieli - już na pierwszej lekcji wyłapała jego manierę zaciemniania dźwięków. - Do kogo trafiłeś, do Słonickiej, lepiej nie mogłeś - gratulowali mu koledzy chórzyści.
   Fotografia paszportowaNa lekcjach nieraz wspominała o swoich wakacyjnych podróżach. - A wiesz, Eugeniuszu, jak pięknie w Genewie chór cerkiewny śpiewa? Wspominała protodiakona Leontija, który służył w białostockim soborze. Miał niezwykły głos i niebywały kunszt wykonawczy. Jako nastolatka słyszała go wielokrotnie.
   Nie tylko we wspomnieniach coraz częściej wracała do Białegostoku. I nie tylko po to, by spotkać się z rodziną. W latach osiemdziesiątych podjęła tu także pracę. Na filii Akademii Muzycznej prowadziła lekcje emisji głosu, w średniej szkole muzycznej klasę wokalistów.
   Przyjeżdżała co tydzień, na poniedziałek i wtorek.
   - Na pewno zadecydowały o tym korzenie - mówi białostoczanka, docent Jolanta Janucik, uczennica, później asystentka Haliny Słonickiej, która po jej śmierci przejęła klasę w Warszawskiej Akademii Muzycznej. - Zresztą pani profesor nieraz podkreślała, że tu na Wschodzie są najpiękniejsze głosy, a ludzie obdarzeni są największą wrażliwością.
   Pani profesor przy pracyByła cierpliwym pedagogiem, kiedy trzeba stanowczym. Do każdego studenta stosowała indywidualne podejście.
   - Długo nie mogłem zrozumieć, o co chodzi w emisji głosu - wspomina o. Skowroński. "Eugeniuszu, śpiewaj, jak śpiewałeś. Potem dojdziemy"- zadecydowała pani Halina. Doszli na trzecim roku.
   Bardzo wcześnie jej studenci dostawali repertuar, który musieli przygotować na egzamin. W ten sposób zaoszczędzała im wielu stresów. W trakcie egzaminu bardzo żywo reagowała, a to uśmiechem, a to gestem, który pomagał w interpretacji.
   - Wiesz Eugeniuszu, ja bym ciebie widziała w roli Zbigniewa w "Strasznym Dworze"- powiedziała kiedyś obecnemu diakonowi - ale rozumiem, że ty rozwijasz się dla innej muzyki i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa.
   Nie stwarzała wokół siebie bariery "O, wielka gwiazda, profesor". Gdy schodziła na kawę do klubu "Gama", zawsze wokół niej zbierał się wianuszek studentów. Nie mówiła nigdy o swoich sukcesach, czy wielkich kreacjach, za to anegdotami sypała jak z rękawa.
   - A wiecie, kiedyś elektryk uratował mi przedstawienie - wspominała z rozrzewnieniem. - Śpiewałam Małgorzatę w "Fauście"i zapomniałam słów. W głowie miałam kompletną pustkę, spojrzałam błagalnym wzrokiem w górę i nagle z piątego piętra słyszę "Małgorzato, to już nie ty". To elektryk, który ustawiał światła i chyba ze sto razy był na przedstawieniu, wybawił mnie z opresji...
   - Halina nigdy nie poprzestawała na zajęciach, ale także matkowała swoim studentom - podkreśla Bogdan Paprocki.
   Czy zachęcała do konkursów, w których sama tyle razy odnosiła sukcesy?
   - Nigdy nas nie namawiała, ale jak chciałyśmy startować, to służyła pracą, wiedzą, czasem - wspomina Małgorzata Walewska.
   - Pamiętam, że podczas takich przygotowań, na spotkaniu w Łazienkach, mówiła mi nie o sprawach technicznych, tylko o całej otoczce tej postaci, o tym, o czym mam myśleć, gdy śpiewam daną arię - dodaje Dorota Radomska. - Myślę, że zawdzięczamy jej przede wszystkim estetykę śpiewu.
   To ją pierwszą zwykle informowały o sukcesach.
   - Kiedyś po konkursie dzwonię do niej w środku nocy - opowiada pani Radomska. "Wygrałaś"- bardziej oznajmia niż pyta pani profesor. "A skąd pani wie?""No, nie dzwoniłabyś o wpół do drugiej, żeby mi powiedzieć, że nie wygrałaś".
   Starała się towarzyszyć studentom we wszystkich ważnych dla nich chwilach. Z dużymi przygodami jechała na premierę swojej uczennicy Jolanty Janucik w "Aidzie"w Państwowej Operze Bałtyckiej. Zdążyła w ostatniej chwili. W trakcie spektaklu Aida - Jolanta, biegnąc ku swym etiopskim żołnierzom, potknęła się i upadła. Gdy tylko kurtyna opadła, wkroczyła na scenę pani profesor. - Czy to w ogóle był upadek? Jak ja kiedyś w krynolinach padałam, to dopiero była zabawa - od razu rozładowała sytuację.
   W życiu zawodowym była niezwykle zorganizowana i konsekwentna. W życiu prywatnym opiekuńcza i rodzinna. Z ogromnym poświęceniem przez kilkanaście lat opiekowała się swoją unieruchomioną przez chorobę matką, aż do jej śmierci w wieku 96 lat.
   Z bratankiem Igorem Słonickim Dom pani profesor był przystanią dla całej rodziny, w czym zawsze pomagała i sekundowała jej bratowa Zofia. To ona była najbliższą powierniczką pani Haliny, jej wielkim oparciem zwłaszcza w nieuleczalnej chorobie.
   Pani profesor nie poddawała się łatwo, dopóki dawała radę, nie przestawała pracować.
   - Przywoziłam jej studentów do domu - wspomina asystentka Jolanta Janucik. - Siadywała wtedy w fotelu i bardzo uważnie słuchała, jak śpiewają. - Już mogę spokojnie umierać, bo ty umiesz uczyć - powiedziała mi kiedyś.
   Jeszcze na Wielkanoc Halina Słonicka spotkała się z całą rodziną. Żałowała, że już nie może pójść na wsienoszcznię do warszawskiego soboru. Jeszcze robiła plany na następny rok akademicki. Jeszcze na tydzień przed śmiercią ze szpitala zadzwoniła do Doroty Radomskiej: - Słuchaj, już wiem, jak ty musisz tę rolę zaśpiewać. Z każdym dniem była jednak coraz słabsza.
   Odeszła w niedzielę, 9 lipca, słuchając relacji córki Ani o jej sobotnim koncercie.
   Na uroczyste nabożeństwo pogrzebowe do warszawskiego soboru przybyła rodzina, przyjaciele, znani artyści, profesorowie, młodzież z Akademii Muzycznej z pocztem sztandarowym, wiceminister kultury, wiceprezydent Warszawy. Pięknie śpiewał chór - tak jak sobie pani profesor życzyła przed śmiercią.
   Spoczęła na białostockim prawosławnym cmentarzu, tuż obok swojej mamy, Olgi. Inskrypcję na pomniku zaproponowali jej uczniowie: "Wielka artystka, wybitny pedagog, szlachetny człowiek".
   fot. archiwum rodziny Słonickich
   

Opinie

[1] 2014-04-15 16:33:00 Grzegorz
Pamiętam Ją jak byłem 11-letnim dzieciakiem i dzięki mojemu profesorowi byłem na premierze mszy h-molw Filharmonii pierwsza połowa lat 60. Była śliczna i przepięknie śpiewała. Oczywiście się w Niej zakochałem. Potem nie raz ja oglądałem w Teatrze Wielkim - także w Strasznym Dworze z Paprockim.
[2] 2014-04-26 23:56:00 Michał
Tata mi o niej wspominał po wielu latach. Na chwilę obecną jest duchownym.Opowiadał o czasach, gdy uczył się u niej śpiewu. Mówił mi nawet, kto był w jego klasie. Słyszałem, że była wielką śpiewaczką, ale w życiu nie obiłoby mi się o uszy, że prawosławną. Przez wzgląd na tatę, absolwenta klasy śp. prof. Słonimskiej z całym szacunkiem.
[3] 2014-04-26 23:59:00 Michał
Tata mi o niej wspominał po wielu latach. Na chwilę obecną jest podwójnym dyrygentem, duchownym i tak jak zapowiadał śpiewa w cerkwi po dziś dzień.Opowiadał o czasach, gdy uczył się u niej śpiewu. Mówił mi nawet, kto był w jego klasie. Słyszałem, że była wielką śpiewaczką, ale w życiu nie obiłoby mi się o uszy, że prawosławną. Przez wzgląd na tatę, absolwenta klasy śp. prof. Słonimskiej z całym szacunkiem.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token