Numer 1(211)    styczeń 2003Numer 1(211)    styczeń 2003
fot.
Fragmenty świetności
Anna Radziukiewicz
W czterdziestym czwartym roku pośród wybuchów bomb i pożarów chwytała matka Łarysę za rękę i biegły do soboru. Łarysa widziała wielkie oczy przerażonych grozą ludzi i takie samych świętych. Zdawało się, że święci patrzący na nią z mozaik tak samo cierpią jak ludzie. Po wojnie dzieciństwo - trudne i głodne. Gdy chodziła do szkoły, zabraniano uczniom zbliżać się do cerkwi. Ale kiedy było bardzo ciężko, Łarysa podchodziła do mozaik. Mozaiki w latach 60. i 70. niszczały. Ich fragmenty osypywały się. Ziemia wokół cerkwi połyskiwała złotem i kobaltem. Ale żeby je uchronić przed niszczeniem trzeba było najpierw udowodnić, że są tego warte. Powiedzieć, kto je stworzył i jak trafiły do Baranowicz.
   Cerkiew Opieki Matki Bożej w Baranowiczach O mozaikach znajdujących się w baranowickiej cerkwi Bogarodzicy dowiedziałam się wędrując po białoruskim Polesiu. W Turowie, niegdyś stolicy księstwa, dziś zapomnianym drewnianym miasteczku nad Prypecią, otwarto właśnie przywiezioną z Mińska wystawę "Prawosławna Białoruś". Wśród setek zdjęć jedno pokazywało mozaiki z Baranowicz. Podpis głosił, że pochodzą ze zburzonego warszawskiego soboru św. Aleksandra Newskiego - te same, do których przed gradem bomb uciekała w 1944 roku Łarysa z matką.
   Łarysa Etenko-Fatiejewa zbierała informacje o warszawskich mozaikach i soborze w bibliotekach Lwowa, Petersburga i Mińska, wśród polskich i białoruskich archiwistów. Powoli odtwarzała ich tragedię. Zapisała ją w artykule "Warszawski grzech" (Nowoje Wremia, 45/1999).
   Józef Gurko, generalny gubernator Nadwiślańskiego Kraju, doszedł do wniosku, że tam gdzie sięga jego władza cerkwie są małe i ubogie - potrzebny jest więc duży sobór - wynika z dociekań Łarysy Etenko-Fatiejewej. Zwrócił się do imperatora Rosji Aleksandra III o pieniądze z kasy państwa i z propozycją ogólnonarodowej zbiórki na inwestycję.
   Wznoszenie cerkwi w Warszawie stało się sprawą wagi państwowej. Car, synod, ministerstwo finansów i senat podjęły decyzję o budowie.
   Rozpoczęła się ogólnonarodowa zbiórka. Św. Jan Kronsztadzki ofiarował 135 tysięcy rubli. Cerkiew miała kosztować ponad trzy miliony złotych rubli, według kursu z 1912 roku.
   Ogłoszono konkurs na projekt. Zwyciężyła praca profesora Leoncjusza Benoita. Twórca inspirował się architekturą starych ruskich cerkwi. On też wskazał miejsce budowy - Plac Saski. Tu świątynia miała być widoczna ze wszystkich punktów Warszawy.
   20 sierpnia 1894 roku św. Jan Kronsztadzki położył pod kamień węgielny kapsułę z posłaniem imperatora Aleksandra III do potomnych. W 1900 roku sobór został zwieńczony czteroramiennym - tak jak nalegał św. Jan Kronsztadzki - krzyżem.
   Sobór, obliczony na 2500 osób, miał nie ustępować pięknem najwspanialszym świątyniom Europy. Projekt ikonograficzny zlecono profesorowi petersburskiej akademii duchowej N. Pokrowskiemu. Ogromne połacie ścian dawały możliwość przedstawienia historii Cerkwi i jej nauczania.
   Rosja ofiarowała soborowi wszystko co miała na początku XX wieku najlepszego. Wasniecow pisał ikony i pod jego kierunkiem pracowali między innymi znakomici moskiewscy ikonopiscy Gurianow i Charłamow.
   Nigdy jeszcze w historii rosyjskiego budownictwa nie stworzono tylu co w warszawskim soborze mozaikowych prac i rosyjska sztuka mozaiki nie osiągnęła takich szczytów. Mozaiki według projektów znakomitych mistrzów powstawały w petersburskiej pracowni Frołowa. Frołow sam dobierał zestawy emalii. Do emalii dodawał wielkie ilości rzadkich i drogocennych metali. Według zapewnień mistrza w jego pracowni było nie mniej niż osiem tysięcy różnych odcieni emalii. Można więc było w mozaice przekazać w najmniejszych detalach całą kolorystkę projektu.
   Powstawały ogromne prace. Mozaika "O Tiebie radujemsia", według projektu Wasniecowa, sięgnęła powierzchni tysiąca metrów kwadratowych.
   20 maja 1912 roku sobór wyświęcono. A już cztery lata później przyszła propozycja oczyszczenia polskiej ziemi ze wszystkiego, co by przypominało Rosję, między innymi z warszawskiego soboru. Ale wtedy nie zdecydowano jeszcze o jego zburzeniu.
   W roku 1920 nastroje antyrosyjskie osiągnęły szczyt. Rozgorzała dyskusja między zwolennikami zburzenia świątyni i jej zachowania. Padały argumenty o potrzebie zachowania historycznego charakteru placu, zaburzeniu komunikacyjności w tej części Warszawy.
   W 1920 roku temat soboru podjął Sejm. I chociaż oficjalnie nie zdecydował o unicestwieniu świątyni, jej los był przesądzony.
   Sobór umierał długo, latami. I codziennie, niezależnie od pogody, przychodzili na plac prawosławni, zapalali świece, klękali i modlili się. W 1926 roku soboru już nie było. W tym samym roku wydawana w Berlinie "Ilustrowana Rosja" opublikowała fotografię - pustynny asfalt Placu Saskiego z latarnią. Pod nią podpis: Na tym miejscu stał sobór warszawski.
   - Przez całe lata, kiedy nad soborem zbierały się chmury - komentuje Łarysa Etenko-Fatiejewa - ze strony władz sowieckich nie padło ani jedno słowo w jego obronie. W tym czasie w Moskwie umiejętnie już burzono prawosławne cerkwie.
   A co działo się w odległych gdzieś o trzysta kilometrów Baranowiczach, pozostających wówczas w granicach II Rzeczypospolitej? Tu pierwszego dnia Wielkanocy, 19 kwietnia 1921 roku, z niewyjaśnionych przyczyn spłonęła nowa, wyświęcona w 1908 roku, cerkiew. Jakże była rozpaczliwie potrzebna, kiedy prawie wszystkie okoliczne cerkwie zniosła z powierzchni ziemi zawierucha pierwszej wojny światowej. W Baranowiczach została tylko jedna mała cerkiewka na cmentarzu. Na drugi dzień Paschy napełniła się ludźmi, modlitwą i płaczem.
   22 stycznia 1922 roku przyjechał do Baranowicz metropolita Dionizy. W tym czasie senatorem był A. Nazarewski z Baranowicz. Zapadła decyzja o budowie nowej cerkwi. Dla tych, którzy dopiero wrócili z bieżeństwa, był to wielki trud. Metropolita i senator starali się jak najdalej pomóc tej społeczności.
   W warszawskim soborze na Pradze zgromadzono ocalałe części ikonostasów, kiotów, ikon, naczyń liturgicznych, pochodzących z zamkniętych lub zburzonych cerkwi. Z błogosławieństwa metropolity Dionizego wysłano do Baranowicz między innymi dwadzieścia ikon na drewnie - kilka w pozłoconych kiotach, cztery duże ikony na płótnie w ramach, czworo dużych dębowych drzwi, osiem futryn i trzy mozaikowe ikony z burzonego na Placu Saskim soboru.
   W sumie latem 1926 roku do Baranowicz trafiły trzy transporty tego bogactwa - ostatni 27 sierpnia. Wszystko, a było tego trzy wagony, złożono w stodole. Tylko mozaiki i trzy połówki drzwi umieszczono w innym miejscu.
   5 września, była to niedziela, ktoś podpalił stodołę. Spłonęła cała jej zawartość. Straty oszacowano na sto tysięcy złotych. Winowajcy do dziś dnia nie ma - pisano w 1929 roku w opracowaniu wydanym w Wilnie, a dotyczącym baranowickiej parafii. Straty wyniosły tyle samo, ile pomocy od państwa otrzymała parafia dzięki zabiegom senatora Nazarewskiego. Osiem tysięcy złotych dał też na budowę magistrat.
   Władyka Dionizy znów pomógł Baranowiczom, posyłając prawie cały ikonostas z byłej domowej cerkwi z warszawskiego Zamku Królewskiego. 23 sierpnia 1928 r. posłał jeszcze wielki transport z trzynastoma skrzyniami ikon napisanych na gipsowych płytach, wyciętych ze ścian warszawskiego soboru, 40 sztuk rozciętych na części mozaik, cztery ikony na cynku w metalowych ramach, siedem par drzwi dębowych dużych - wszystko z soboru na Placu Saskim.
   Mozaiki z Warszawy zostały wkomponowane w części ołtarzowej, w nawie na filarach przechodzących w sklepienie, nad drzwiami południowymi i północnymi, również na zewnątrz cerkwi, nad wejściami. W latach 60. i 70. Łarysa Etenko-Fatiejewa widziała, jak złotem i kobaltem z tych właśnie mozaik połyskiwała ziemia wokół cerkwi.
   W 1928 roku na baranowickiej cerkwi postawiono pozłacany krzyż, rok później przykryto ją cynkową blachą.
   - Kiedy utraciliśmy po wojnie cerkwie - mówił w 1925 roku senator Nazarewski - myśleliśmy, że nie mamy już wyjścia, że będziemy się modlić tylko w tymczasowej na cmentarzu. Zdobyliśmy się jednak na ogromny wysiłek. I cerkiew rośnie.
   Cerkiew w Baranowiczach rosła w czasie, gdy młode polskie państwo zacierało na swych ziemiach wszelkie ślady prawosławia, burząc nawet cerkwie pochodzące sprzed unii brzeskiej. Dziś świątynia w Baranowiczach świeci blaskiem świeżych tynków. Mozaiki, ten fragment świetności warszawskiego soboru na Placu Saskim, zachwycają bogactwem, misternością, rozmachem. Są unikalne i niepowtarzalne.
   Inny ślad wielkości cerkwi na Placu Saskim znajdziemy w soborze św. Marii Magdaleny w Warszawie. Tam w dolnej cerkwi umieszczono na ścianach fragmenty słynnych mozaik.
   fot. Marek Dolecki

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token