Numer 1(319)    styczeń 2012Numer 1(319)    styczeń 2012
fot.o. Sławomir Ostapczuk
Ku czci wielkiej świętej
Natalia Klimuk

Są w Polsce miejsca w których modlitwa mnichów żyje od wieków, i takie gdzie pojawiła się przed kilku laty. Żeński dom zakonny w Zaleszanach, w gminie Kleszczele, powstał w 2007. Ani data, ani miejsce nie są przypadkowe.

W tamtym roku Polskę odwiedził arybiskup Synaju Damian. Przywiózł ze sobą świętość, której w kilku miejscach w Polsce cześć oddawały tłumy, nie tylko prawosławnych – relikwie świętej męczennicy Katarzyny Aleksandryjskiej. Wielka święta przybyła do nas... i tu pozostała. Jest patronką zaleszańskiego monasteru, który powstał zaraz po tej wizycie.
Święta męczennica przybyła na miejsce naznaczone krwią męczenników – mieszkańców Zaleszan, prawosławnych. Wieś została całkowicie spalona 29 stycznia 1946 roku przez oddział zbrojnego podziemia kapitana Romualda Rajsa, „Burego”. Zginęło 14 osób, dorośli i dzieci.
– To był bardzo mroźny dzień – opowiada Walentyna Jakimiuk. Miała półtora roku, zapamiętała to i kołdrę, w którą uciekając owinęła ją matka, Nina Kolęda. Smutek załamujący głos pani Wali zamienia się w radosne wzruszenie. – Nikt z nas się nie spodziewał, że na tej ziemi będzie cerkiew. Monaster to wielki dar. Najbardziej się cieszę, że tego wszystkiego doczekała moja mama. Gdy zmarła, ciało stało w tej cerkiewce – mówi, wskazując na drewnianą tymczasową świątynię na monasterskim placu, który wcześniej był gospodarstwem z domem, stodołą, chlewami.
– To gospodarstwo z myślą o pielgrzymach kupili mnisi z oddalonego o kilometr monasteru św. Dymitra w Sakach. Rozpoczęli remont i rozbudowę domu – opowiada przełożona monasteru, siostra Elżbieta. – Kiedy przed kilkoma laty uczyłam się w Grecji, jako tłumaczka towarzyszyłam naszemu metropolicie Sawie w wizytach w kilku tamtejszych żeńskich monasterach. Władyka postanowił, że monaster na wzór greckiego, w którym dominuje modlitwa, trzeba otworzyć u nas. Budynki w Zaleszanach już były, a po wizycie arcybiskupa Damiana i wybór patrona stał się oczywisty.
Tak siostra Elżbieta, po pobycie w monasterze w Wojnowie, nauce w Warszawie i Salonikach, przyjechała do rodziny. Do wsi w której urodził się jej ojciec, Sergiusz Niczyporuk, w której zginęli członkowie jej rodziny.
O tutejszych męczennikach, 7 grudnia, na zakończenie uroczystości święta męczennicy Katarzyny, mówił o. Jan Romańczuk, proboszcz z Czyż. Przypomniał, że w jego parafii, w Zbuczu, budowana jest cerkiew poświęcona im i innym męczennikom chełmskim i podlaskim.
Duchowny przypomniał też żywot świętej. Katarzyna żyła w III wieku w Aleksandrii. Miała zachwycającą urodę, mądrość i silne postanowienie wyjścia za mąż tylko za tego, kto jej dorówna w przymiotach. Matka Katarzyny, tajna chrześcijanka, zaprowadziła ją do starca, który zapewnił dziewczynę, że znajdzie takiego narzeczonego. We śnie ukazała się Katarzynie kobieta z pięknym chłopcem na rękach. Była to Bogarodzica z Chrystusem, który włożył na rękę dziewczyny pierścień. Od tego czasu Katarzyna stała się żarliwą chrześcijanką. Przed największymi swego świata, cesarzem Maksymianem, rzeszami mędrców i filozofów, zaświadczała o Bogu Żywym. Jej nieustępliwość spowodowała, że wielu ludzi przyjęło chrześcijaństwo i wywołała gniew władcy.
– Cerkiew nazywa świętą Katarzynę wielką męczennicą – mówił o. Romańczuk – bo mężnie cierpiała za prawdę Bożą. I teraz po wielu stuleciach ludzie wychwalają jej cierpienie w wielu miejscach na ziemi. Także tu, w małej cerkwi, gdzie nie ma złota, bogatych ozdób, ale czuje się bliskość Boga.
– Tu się czuje Boże błogosławieństwo – mówi Walentyna Piotrowska. – Przyjechałam po raz pierwszy i wszystko co tu zobaczyłam, co poczułam, wywarło na mnie wielkie wrażenie. Wtóruje jej Luba Kazimieruk: – Mój mąż pochodzi z pobliskich Suchowolców. O monasterze dotąd tylko słyszałam. Teraz będę tu przyjeżdżać.
Uroczystości w jedynej w Polsce cerkwi świętej Katarzyny zebrały duchownych i wielu wiernych. I dziewczynki, i staruszki, noszące to imię. Przybyli pielgrzymi z okolicznych miejscowości i z Białegostoku (pielgrzymki zorganizowały Bractwa Trzech Świętych Hierarchów i św. Mikołaja), na wieczorne nabożeństwo przyjechał chór z parafii św. Jerzego w Białymstoku, a na pierwszą liturgię odprawianą w nocy wierni z białostockiej parafii Zmartwychwstania.
Maria Szelest modliła się za swoich bliskich i kolegów z pracy. Pracuje na kolei, a święta męczennica jest patronką kolejarzy. – Od kilku lat my prawosławni jeździliśmy na Grabarkę, a katolicy do Świętej Wody. Te wyjazdy organizuje Roman Bołbot, naczelnik sekcji eksploatacji kolei w Hajnówce. Tu modlimy się pierwszy raz. Wcześniej nawet nie wiedzieliśmy, że jest monaster świętej Katarzyny.
– Tu pieczę nad wszystkim sprawuje święta Katarzyna – mówi siostra Elżbieta. – To ona posyła ludzi, dobrych ludzi, którzy pomagają z całego serca. Cokolwiek tu się dzieje, to dzięki nim właśnie. Jestem tu jedyną mniszką. Każdy kto zaczynał coś robić od podstaw wie, że wszystko trzeba zrobić samemu. Bez dobrych ludzi nie byłabym w stanie tak zadbać o monasterski budynek, który teraz remontowany na zewnątrz, w środku może przyjąć kilku pielgrzymów. Nie byłoby domowej cerkwi i cerkwi tymczasowej, uporządkowanego i ogrodzonego placu. Święci Ojcowie mówią, że Bóg schodzi do człowieka poprzez innych ludzi. Wielu z nich, pracując za darmo, zostawiło tu część siebie.
Michał Szwarc z Warszawy napisał do tutejszej cerkwi ikony Chrystusa i Bogarodzicy, namalował fresk w cerkwi domowej. Jego znajomy, uznany warszawski grafik, Władek Buchner, przygotowuje okładkę płyty, którą siostra już przed rokiem nagrała z mnichami z Sak (jej wydanie zatrzymały kwestie finansowe). Swoją pracę zostawiła tu młodzież, która z Hajnówki przyjeżdżała z o. Markiem Jurczukiem, z Bielska z ojcami Jarosławem Ciełuszeckim i Adamem Dzienisiukiem. W organizacji święta pomagali młodzi ludzie z Białegostoku i Lublina. Przyjeżdżają tu regularnie w ciągu całego roku, by pomóc i wziąć udział w nabożeństwach. A te – liturgia i akafist do świętej Katarzyny – odprawiane są tu tylko w ostatnią niedzielę miesiąca o godzinie 9. Pomagają ojcowie z Sak. Dzięki tym ludziom monaster istnieje. Nie ma przy nim parafii.
– Dziękuję wszystkim w jedyny dostępny dla mnie sposób. Modlę się za nich – kończy siostra Elżbieta.

fot. Magdalena Kucharewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token