Numer 7(313)    lipiec 2011Numer 7(313)    lipiec 2011
fot.Doroteusz Fionik
Babcia Natasza
Ałła Matreńczyk

W rodzinie Szadurskich Natalia Docenko traktowana była jak domownik. Nie łączyły ich więzy krwi – Szadurscy byli Polakami, babcia Natasza, bo tak ją nazywali, prawosławną mniszką z zamkniętego przez komunistów monasteru – ani bezpośrednie sąsiedztwo. Mieszkali nad tym samym urwiskiem w Goriaczewodsku, tuż obok najstarszego uzdrowiska w Rosji, Piatigorska. Nad ich głowami wznosił się Besztau, góra o pięciu szczytach, która dała nazwę temu miastu („besz” – pięć, „tau” – góra z tursk). U swoich stóp mieli gorące wody, o których już w 1334 roku pisał arabski podróżnik Ibn Batuta. Kto tylko do tych źródeł nie przyjeżdżał – Puszkin i Odojewski, Rachmaninow i Bałakiriew, Szalapin i Gorki, Majakowski i Jesienin, Repin, Lew Tołstoj i Michał Lermontow. Ten ostatni bywał tu niejednokrotnie – najpierw jako dziecko, później na zesłaniu, tu też w pojedynku zginął.

– I tu do Piatigorska, w nagrodę za bardzo dobre wyniki w pracy, trafił do sanatorium mój dziadek Józef Szadurski – rozpoczyna swoją opowieść o niezwykłej przyjaźni z prawosławną mniszką Wiktoria Długoszewska. Siedzimy w jej warszawskim mieszkaniu, pięknie śpiewa kanarek, na stole leżą dwa zdjęcia babci Nataszy.
Był rok 1933, może 1934. Józefowi Szadurskiemu, wnukowi zesłanego na Syberię powstańca styczniowego, nauczycielowi w szkole rzemieślniczej w Kainsku i drobnemu wynalazcy, pobyt w sanatorium przyniósł tak dużą poprawę zdrowia, że postanowił tu na stałe przenieść się z rodziną.
Z żoną Teklą byli małżeństwem od ponad dwudziestu lat. Skojarzyli ich zaprzyjaźnieni katoliccy księża, pracujący wśród Polaków na Syberii. Jeden w liście napisał, że ma kawalera. Drugi odpowiedział, że zna pewną pannę. Ojciec Józefa odwiedził rodziców Tekli i razem podjęli decyzję. Młodzi po raz pierwszy zobaczyli się w dniu ślubu.
Teraz Tekla i Józef z młodszym synem Stanisławem i synową Anną – rodzicami pani Wiktorii – oraz młodszą córką bez specjalnego żalu porzucali surowy syberyjski klimat. Za sobą mieli lata wielkiego głodu, dramat dzieci ulicy, wreszcie czystki. Wkrótce stalinowski terror dosięgnie ich bezpośrednio – enkawudziści aresztują i rozstrzelają ich starszego syna Wiktora, głównego dyspozytora stacji kolejowej w Omsku. Nie przestaną go opłakiwać aż do śmierci.
Szadurscy nie byli jedynymi Polakami w Piatigorsku. W mieście mieszkali ludzie wielu narodowości i wyznań. Tekla i Józef oraz ich dzieci zaprzyjaźnili się z babcią Nataszą, prawosławną mniszką z zamkniętego monasteru.
– I ona, i oni byli bardzo wierzącymi ludźmi – dziś tak ocenia tę znajomość pani Wiktoria. – I to właśnie wiara połączyła ich tak bardzo.
W Piatigorsku nie było czynnego katolickiego kościoła, bolszewicy go zamknęli i zamienili w budynek gospodarczy. Jeszcze gorzej obeszli się z prawosławnym soborem – przez dwa lata, w 1937 i w 1938, wysadzali go w powietrze. Nie było to łatwe, bo katedra została zbudowana z połączonych ołowiem wielkich bloków skalnych. Bardzo przeżyła to babcia Natasza. Całe noce spędzała na modlitwie. Płakała i modliła się. Także za prozorliwego starca, żebraka.
– Nawet kamień na kamieniu nie pozostanie z tego soboru – przepowiadał ów żebrak dużo lat wcześniej.
Nikt w to nie wierzył, tak zbudowany sobór wydawał się wieczny.
– Nie gadaj głupstw i nie rób widowiska – obruszała się na niego wtedy babcia Natasza, jeszcze w murach swego monasteru. Słowa żebraka okazały się prawdziwe. Na ich wspomnienie mniszka zalewała się łzami.
Niemcy weszli do Piatigorska w 1942 roku, na kilka miesięcy. Esesmani zajęli połowę domu Szadurskich. Brakowało mydła, Anna nie miała czym prać pościeli. Moczyła ją w tabletkach na przeczyszczenie, prała w popiele z drewna. Później płukała. Pościel była czysta, chociaż szara. Któregoś dnia dostała od esesmanów mydło. „To mydło jest z ludzi” – ktoś jej doniósł. Rozpłakała się, zakopała otrzymane kostki w ogrodzie i wróciła do tabletek.
Ani Tekla, ani Józef nie doczekali końca wojny. Najpierw odeszła żona, kilka miesięcy później Józef. Przed śmiercią kazał się zawieść na cmentarz: – No, Tekla, niedługo i ja do ciebie przyjdę – jeszcze ją uprzedził.
Pani Wiktoria, córka Anny i Stanisława, nie znała ani babci Tekli, ani dziadka Józefa – urodziła się w 1950 roku. Znała i zapamiętała dobrze ukochaną babcię Nataszę.
Mniszka nie miała paszportu, odmówiła jego przyjęcia, bo nie chciała dokumentu ze znakami Antychrysta, jak nazywała sierp i młot. Posługiwała się metryką chrztu. Pracowała jako pomoc domowa u małżeństwa lekarzy – sprzątała i gotowała, ale nigdy w niedziele czy święta. Surowo przestrzegała postów, długo się modliła. – Teraz do babci Nataszy nie idź, na pewno się modli – nieraz mówiła mama Anna. Wiktoria, jak to dziecko, raz posłuchała, raz nie. W maciupeńkim pokoiku babci Nataszy panował specyficzny nastrój.
W kącie, na wprost drzwi, wisiały ikony, dużo, dużo ikon (u nas to obrazy wiszą na ścianie – od razu zauważyła różnicę rezolutna dziewczynka). Przed ikonami nieustannie płonęły łampadki. Na półeczce leżały książki.
Babcia Natasza codziennie rano i wieczorem chodziła do jedynej czynnej w Piatigorsku malutkiej cerkiewki.
– Wita, pojdiosz so mnoj? – za zgodą rodziców proponowała kilkuletniej dziewczynce. Wiktoria godziła się chętnie. – To też jest dom Boży – uczyła ją zawsze mama.
Mała lubiła wchodzić po krętych schodkach na chór, patrzeć, jak babcia Natasza z kilkoma innymi kobietami śpiewa.
– Bardzo podobały mi się ich chustki na głowie – białe w granatowe albo czarne kropeczki – wspomina.
Podobał jej się o. Andrej w pięknym, lśniącym obłaczeniju. Mimo że był starutki i schorowany – miał za sobą kilkanaście lat łagrów za wiarę – wyglądał bardzo dostojnie. Lubiła patrzeć na piękny ikonostas, ale najbardziej lubiła prosforki. Wszystkie chórzystki dobrze o tym wiedziały i chętnie się z nią dzieliły.
Nie raz, nie dwa była też w cerkwi jej mama. Kiedyś, gdy żegnali się po swojemu, podeszła do nich starsza kobieta. – Wy nie tak krestitieś – zwróciła po cichu uwagę. – Jesteśmy katolikami – na to mama. – Prostitie, Christa radi – tamta od razu przeprosiła i odeszła.
Rodzice konsultowali się z babcią Nataszą w wielu sprawach. Na tematy religijne rozmawiali nieraz, najczęściej bez udziału dzieci. Mniszka była dla nich, w pewnym stopniu, duchowym autorytetem. „A pamiętasz, jak babcia Natasza mówiła”, „nie wolno tak robić, nie tak babcia Natasza uczyła” – słyszały dzieci. Zresztą Szadurscy byli jej wdzięczni nie tylko za duchowe wsparcie.
Babcia Natasza praktycznie dla nich hodowała kozy. Zjawiała się u nich codziennie z mlekiem. – Pijcie, nie będziecie mieć gruźlicy – zachęcała dzieci. Uratowała też życie bratu pani Wiktorii. Gdy ten niefortunnie ściągnął na siebie cały gar wrzącego rosołu, nie straciła głowy. Wstawiła chłopca do miski i polewała nieoczyszczoną, tłustą naftą tak długo, aż przestał krzyczeć. Wyszedł z tego bez najmniejszego śladu po oparzeniach.
Babcia Natasza jak mogła pomagała wszystkim. Kiedyś miejscowego milicjanta odwiedziła teściowa, poczuła się źle. – Przyprowadźcie mi batiuszkę – poprosiła. Jak to zrobić, żeby milicjant z żoną nauczycielką nie stracili pracy? Wspólnie z babcią Nataszą obmyślono plan. W wyznaczony dzień, kiedy milicjant musiał wyjechać służbowo poza miasto, a jego żonę dłużej „zatrzymały” sprawy w mieście, mniszka przyprowadziła do chorej o. Andreja.
O. Andrej bywał też w domu Szadurskich. Przychodził, żeby poświęcić mieszkanie święconą wodą. – Przychodzę do domu, w którym czci się Boga – mówił wtedy zawsze.
I Jordan na rzece Juce pani Wiktoria też pamięta. Pięknie lśniły w słońcu wody bystrej, górskiej rzeki, krzyż i srebrne naczynia.
Kiedyś w Wielką Sobotę mama zabrała ją i brata na główny plac Goraczewodska. – Popatrzcie uważnie – powiedziała. Było już dość ciemno. Z autobusów zaczęli się wysypywać nieznajomi ludzie z wielkimi koszami. Szli do cerkwi. Autobusy nie odjeżdżały puste. Wsiadali do nich mieszkańcy Goraczewodska, jechali do odległych parafii i tam, gdzie ich nikt nie znał, święcili kulicze, jajka, paschę.
Ani za Stalina, ani za Chruszczowa nie można było nosić krzyżyków na szyi. Nauczycielka brata dziewczynki była wielką służbistką. Mama, za wiedzą babci Nataszy, zaszyła więc synowi medalik w szkolny mundurek. Wychowawczyni Wiktorii nie była tak surowa. Codziennie z szyi małej, tuż przed pierwszą lekcją, zdejmowała z szyi Bozię na tasiemce i chowała do szkolnej teczki, potem przypinała znaczek, chociaż dziewczynka była jedynym dzieckiem w klasie, które nie należało do oktiabriat. Mała wracała do domu. Tam mama odpinała jej znaczek, a na szyję wkładała medalik.
Babcia Natasza wiedziała o przygotowaniach do wielkiego wydarzenia w życiu Polaków w Piatigorsku. Oto po bardzo wielu latach do miasta przyjechał katolicki ksiądz z Szumska. Nabożeństwo odbywało się w domu Szadurskich.
– Nie wiedziałam, co się dzieje, wokół było pełno ludzi, niektórzy pokonali po sto kilometrów – wspomina pani Wiktoria. – Wtedy też zostałam ochrzczona, wcześniej miałam tylko chrzest z wody.
Szadurscy nie przestawali marzyć o wyjeździe do Polski. Kierowali do władz podania i prośby. Mama nawet w tej intencji wybrała się w pielgrzymkę do Ostrej Bramy. Gdy wróciła, przyszła zgoda. Pospiesznie spakowali cały swój dobytek i serdecznie pożegnali się z babcią Nataszą. Jakby przeczuwali, że nie zobaczą się już więcej.
– Zostawcie nam jeden ze swoich obrazów – poprosił jeszcze o. Andrej. – U nas z ikonami jest tak krucho.
Oddali więc do cerkwi obraz Modlitwa Chrystusa w Ogrójcu. Bliźniacze Zwiastowanie, wielką pamiątkę rodzinną, zabrali ze sobą. Był rok 1961.
Osiemnaście lat później pani Wiktoria odwiedziła Piatigorsk. Nie zastała już babci Nataszy. Poszła do cerkwi. Nowy swiaszczennik, bo o. Andreja też już nie było, długo nie mógł zrozumieć, o co go prosi. A chciała pomodlić się i złożyć ofiarę. W końcu wpuścił ją do cerkwi. Szczęśliwa dziękowała Bogu za to, że wrócili do Polski i że w swym życiu spotkała babcię Nataszę.
– Tak bardzo bym chciała, żeby jej zdjęcie trafiło do prawosławnego monasteru – mówi.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token