Numer 1(307)    styczeń 2011Numer 1(307)    styczeń 2011
fot.Paulina Romaniuk
Czerpiąc z Bizancjum
Anna Radziukiewicz

Wiktor Downar jest ikonopiscem, członkiem Związku Artystów Plastyków Białorusi. Mieszka w Mińsku albo w innych miastach lub krajach. Bo taki jest los artysty, który nie tylko pisze ikony w ustronnej pracowni, ale i wykonuje monumentalne malowidła w cerkwiach. Spod jego ręki wyszły ikony do ikonostasu w cerkwi w Czyżach, polichromie dwóch siemiatyckich cerkwi – apostołów Piotra i Pawła i Woskresieńskiej, dwóch białostockich – Świętego Ducha i Woskresieńskiej i dwóch monasterskich w Czarnogórze, Narodzenia Bogarodzicy w Tarasowie koło Mińska, św. Marii Magdaleny w Mińsku, cerkwi w Nalibokach. Wiktor Downar napisał wiele ikon do ikonostasów, na anałoje, do domów. Od kilku lat pisze z synem Aleksym. Ostatnio wspomaga go i drugi syn – Mikołaj. Razem tworzą grupę Ikonique, wspieraną jeszcze przez kilka innych osób. Wiktor Downar wchodzi i w inne sfery cerkiewnej sztuki – mozaikę, rzeźbę w drewnie i jego inkrustację, projektowanie i wykonywanie żyrandoli. Wchodzi w nurt sztuki sakralnej, zaszczepionej na białoruskiej ziemi tysiąc lat temu, z Bizancjum przybyłej. Z Wiktorem Downarem, ikonopiscem, rozmawia Anna Radziukiewicz

Anna Radziukiewicz: – Był Pan kształcony artystycznie na Białorusi, należy Pan do związku artystów plastyków Białorusi. W Polsce edukacja w zakresie historii sztuki zaczyna się w zasadzie od okresu odrodzenia, po uprzednim wprowadzeniu w świat sztuki antycznej, greckiej i rzymskiej. Przybliża się nam dzieła Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Rafaela, potem plejadę zachodnich mistrzów pędzla, tak naprawdę wciąż inspirowanych odrodzeniowymi, realistycznymi trendami. Jak jest na Białorusi?
Wiktor Downar:
– Podobnie. Całe wychowanie artystyczne bazuje u nas głównie na sztuce odrodzenia. Obrazy, rodem z odrodzenia, takie z łezką w oku, blaskiem, wielu zachwycają, wzruszają.
– Ikona nie wzrusza?
– Ikona jest surowa, bez zbędnych atrybutów, bez zbytniej symboliki nawet.
Ona sama jest symbolem. Jest prosta, dostępna, zrozumiała dla profesora i babuszki i jednocześnie piękna, wykonana na ogół na bardzo wysokim poziomie plastycznym. Jej rolą nie jest wzruszanie, tylko kontaktowanie z boskością i świętością, poznawanie nieograniczonego żadną perspektywą ogromnego świata duchowego.
– Nie ma więc w waszych szkołach miejsca na kurs sztuki bizantyńskiej, która jak żadna inna była przepełniona treściami sakralnymi, sztuki ikony, polichromii, mozaiki, emalii, inkrustacji, płaskorzeźby w kości słoniowej i drewnie?
– W akademii jest kurs monumentalnego malarstwa. Ale nie przygotowuje on do pracy z polichromią w cerkwi, czy nawet ikoną. Ci, którzy go skończyli, mogą malować duże przedstawienia na ścianach wewnątrz budynków. I takie znajdują się choćby w Bibliotece Narodowej Białorusi.
– Gdzie więc studenci, przyszli artyści, i cały lud Boży mają się dowiadywać, jaka jest prawdziwa ikona?
– Najprostszą drogą jest najpierw oświecanie w tej kwestii duchownych. To oni codziennie kontaktują się z wiernymi. Powinni więc uczyć odróżniania ikony od obrazu na tematy religijne, bywa, że tak nieudolnego i niedojrzałego, że nie sposób przed nim się modlić i jeszcze „ozdobionego” jakąś firanką, wstążką różową. Mam nadzieję, że w mińskiej akademii duchownej, której gmach rośnie obok soboru Świętej Trójcy, znajdzie się więcej czasu na przybliżenie sztuki chrześcijaństwa wschodniego. Bo jakże wielu duchownych jest jednocześnie budowniczymi cerkwi. Oni muszą wiedzieć, jaka jest kanoniczna ikona i architektura. Wiedzieć choćby, gdzie i jakie umieścić okna, by nie przeszkadzały w programie ikonograficznym, jak rozwiązać część ołtarzową, by była zwyczajnie wygodna i praktyczna. Ikonopiscy też powinni włączyć się w proces oświecania. Osobiście przyjmuję zaproszenia na wykłady – tu na Białorusi i w Polsce – opowiadam o ikonie w radiu i telewizji, umieszczamy o niej informacje na naszej internetowej stronie www.ikonique.org, ikonique.livejournal.com.
– Jeśli więc nie w akademii, to gdzie należy się uczyć sztuki pisania ikon i cerkiewnej sztuki?
– U mistrzów.
– Starych?
– Najlepiej. Kiedy odsłonięto dwunastowieczne freski w cerkwi św. Eufrozyny Połockiej, w Połocku oczywiście, ujrzeliśmy wspaniałość, mistrzostwo, duch. Zobaczyliśmy świętych o ogromnych oczach, pisanych jednym duchowym porywem. Te freski są mocne, prawdziwe, duchowo głębokie! Albo w Czarnogórze, Serbii, wchodzisz do cerkiewki i patrzą na ciebie święci z jedenastowiecznych fresków. Krasatiszcze! Pozostało jeszcze wiele fresków i ikon z piętnastego, szesnastego wieku, czyli wciąż jeszcze wspaniałego okresu w rozwoju sztuki cerkiewnej.
– Ale chyba nie na Białorusi.
– Niestety nie. To jest nasz ból.
– Nie było ich?
– Ależ były, musiały być. Ale zostały rozgrabione lub zniszczone przez wszystkie armie depczące naszą ziemię, przez Francuzów, Niemców, Polaków, Żmudzinów, Tatarów, Rosjan. Wywozili wszystko, co się dało. Fresków wywieźć nie mogli, chyba że zburzyli razem z cerkwią.
– Z ziem białoruskich wywożono i rzemieślników artystów.
– Tak, już Iwan Groźny wielu ich wywiózł do Moskwy. Stawali się oni twórcami słynnych ikonostasów w moskiewskich cerkwiach. Wytwarzali ceramikę, szkło ozdobne, tkaniny na potrzeby bogatych moskiewskich domów. Musiała ich zrodzić ziemia o bogatych artystycznych tradycjach. Słynęły na całą Europę wyroby z fabryk radziwiłłowskich, znajdujących się przecież na naszych ziemiach, chociażby żeliwo, wytwarzane z rud błotnych w Nalibokach, kryształy, szkła, pasy słuckie, teraz znajdujące się w kolekcjach muzealnych Paryża, Moskwy, Petersburga.
– Na jednym ze spotkań w Polsce, adresowanych do rzymskich katolików, opowiadał Pan o losach Efeskiej Ikony Matki Bożej.
– Tak, to dobry przykład, jak świętości i dzieła sztuki opuszczały w ciągu wieków białoruskie ziemie. Tę ikonę zamówiła w drugiej połowie XII wieku w Konstantynopolu księżna połocka św. Eufrozyna. Połockie mniszki podczas najazdu wojsk moskiewskich za cara Iwana Groźnego na Wielkie Księstwo Litewskie, m.in. na Połock, schroniły Efeską Ikonę w Toropcu. Teraz Toropiec leży w Rosji. Ikonę tę podczas rewolucji gdzieś zarzucono. Potem komuniści opamiętali się, że to zbyt cenna świętość i należy ją albo sprzedać za granicę za duże pieniądze, albo umieścić w muzeum. Wybrano muzeum w Petersburgu. Trudno mówić, że ją tam chroniono. XII-wieczną ikonę znaleziono w magazynie, gdzie nawet „oddychać” nie mogła. Zrobiono dla niej kiot i wybudowano czasownię św. Aleksandra Newskiego pod Moskwą, w dzielnicy domków jednorodzinnych. Oburzyli się dziennikarze. Jakże to, świętość narodową trzymać w jakimś podmoskiewskim posiołku! A przecież na przewiezienie ikony musiała być zgoda ministra kultury i dyrektora muzeum. Metropolita białoruskiej Cerkwi Filaret prosił rosyjskie władze o zwrot ikony do Połocka. – Nie zwrócimy. Możemy zrobić jedynie jej kopię – taką odpowiedź miał otrzymać nasz hierarcha.
Podobny los spotkał XV-wieczną ikonę Uspienije Bogarodzicy, nazywaną Błękitną. Jest w jednym z rosyjskich muzeów.
– Na Białorusi zostały późniejsze ikony?
– Tak. W mińskim muzeum chroniono ikonę Umilenije z Małoryty z końca XIV wieku. Niedawno ją skradziono. W muzeum sztuki znajdują się ikony z XVI-XVII wieku. Są to ikony Smoleńska Bogarodzicy z XVI w., św. Paraskiewy z XVI w., Matki Bożej Odegetrii z XVI w., Ostrobramska, Mińska Ikona Bogarodzicy z XVII w. Ikona Mińska była napisana w stylu bizantyńskim – na to wskazuje głęboka analiza i rentgenowskie zdjęcia. Większość jednak ikon, które u nas ocalały, przeważnie gdzieś na prowincji, pochodzi z XIX wieku i ma wyraźnie zachodni już charakter, naniesiony przez czasy unii. Historycy sztuki, nie wiedzieć czemu, mówią o takiej XVIII- lub XIX-wiecznej ikonie, że to białoruska szkoła. Innej ikony nie znają. Nie sięgają do bizantyńskiej warstwy, czyli do XII-XVI wieków.
– Różne państwa zabiegają jednak, nieraz z powodzeniem, o zwrot swoich zagarniętych świętości i dzieł sztuki.
– Ten proces wymaga szerokiego ruchu. Głos jednej czy kilku osób nie będzie słyszalny. Potrzebujemy najpierw wydań, również albumowych, w których przedstawilibyśmy wartość naszych utraconych dzieł sztuki i świętości oraz rozmiar strat.
– Na Białorusi cenią rodzimych ikonopisców?
– Nie masz proroków we własnym kraju – chciałoby się nieraz powiedzieć. Bywa, że do rozpisania jakiejś cerkwi zaprasza się ikonopisców zza granicy, płacąc za ich pracę dużo więcej, niż naszym. Tymczasem u nas jest już wielu dobrze przygotowanych, zdolnych ikonopisców, czekających na pracę.
– Nie dotyczy to grupy Ikonique.
– Tak. Pracy mamy wiele.
– Wróćmy do Polski. Spędził w niej Pan wiele lat. Jak Pan tu trafił?
– Rodzinne korzenie i moje, i żony Natalii sięgają Polski. Mój pradziad urodził się w Warszawie, a pod Białymstokiem mam nawet „swoją” wieś – Downary (żartuje), na Białorusi dwie: Downary i Downarowszczyna, a na Litwie Downariskis. Rodzina żony pochodzi z Klejnik na Białostocczyźnie. Kiedy ją odwiedziliśmy, w sąsiedztwie Klejnik, w Czyżach, stała nowo wzniesiona, ogromna jak na wieś, cerkiew. Z błogosławieństwa metropolity Sawy pisałem ikony do ikonostasu cerkwi w Czyżach ze swoim szwagrem Aleksandrem Łosiem. Potem pisaliśmy ikony do ikonostasu w Czarnej Białostockiej i około 260 ikon do cerkwi Świętego Ducha w Białymstoku. A gdy Aleksander zajął się muzyką ludową, z pomocą przyszli mi synowie.
– Jak się w Polsce pracowało?
– Bardzo dobrze, choć wiele zależało od konkretnej parafii.
W Białymstoku proboszcz parafii Świętego Ducha, o. Jerzy Boreczko, wszystko nam przygotował: – Oto wasza pracownia, oto stolarze, ślusarze do waszych usług, półki, deski, narzędzia. Doskonale tam się pracowało. Przychodzili młodzi duchowni. Podobały się im nasze prace. Zamawiali u nas dodatkowo ikony swoim dzieciom.
W cerkwi Woskresieńskiej w Białymstoku, gdzie proboszczem jest o. Włodzimierz Cybuliński, ludzie przychodzili i zachwycali się: O Boże, jakaja krasata! Ile w nich było wdzięczności i radości! Ci ludzie jakby uczestniczyli w całym procesie tworzenia polichromii. Nieśli pieniądze i prosili: – Ja chcę ofiarować pieniądze na ten fragment polichromii, a ja na tamten.
Zupełnie inaczej było w innej parafii w innym mieście. Ludzie w tamtym mieście widocznie nie rozumieli kanonicznego przedstawienia.
W dużym stopniu jesteśmy wychowani na malarstwie Zachodu. Ale trzeba, abyśmy uczyli się rozumienia sztuki cerkiewnej, a ona odkryje przed nami wielką tajemnicę Królestwa Bożego.
– Zna pan prace naszego ikonopisca Jarosława Wiszenki?
– Tak. Widziałem jego pierwsze prace i ostatnie. Zaczął on inaczej pracować. Jego styl nawet się zmienił. Widać już rękę mistrza. Cieszy mnie to.
– W świecie artystycznym jest dużo zazdrości. A Pan się cieszy?
– Ależ to jest radość w Cerkwi. O konkurencji mowy być nie może! Im bardziej będziemy wspólnie oświecać nasze prawosławie, im więcej piękna w nim pozostawimy, tym bogatsze i pełniejsze przekażemy następcom. Jeśli Bóg zechce, by było wielu ikonopisców, będzie. Z ikonopiscami dzielę się wszystkim, co mam – fotografiami polichromii, które zrobiłem w wielu cerkwiach, technikami i materiałami, których używam. A oni dzielą się ze mną. Myślę, że im więcej oddajesz, tym więcej otrzymujesz.
Bardzo mi się podoba to, co czyni diakon o. Siergiej, ikonopisiec z monasteru św. Elżbiety w Nowinkach koło Mińska. Organizuje on kursy pisania ikon i wyjazdy studyjne do różnych ośrodków, głównie w Rosji, nawet do słynnego o. Zinona, czy do Opty. Uczy się od mistrzów współczesnych, staroruskich i bizantyńskich i rozpowszechnia swoją wiedzę i umiejętności. Warsztat ikonopisców z Nowinek jest na wysokim poziomie.
– I z rzymskimi katolikami dzieli się Pan umiejętnościami. Ofiarował Pan też dużą ikonę stowarzyszeniu sióstr katolickich, modlących się za dzieci nie narodzone.
– Jest to ikona św. Joanny Beretti Molly, współczesnej Włoszki, która świadomie umierała na raka, ratując życie swemu czwartemu dziecku, z którym akurat była w ciąży, gdy dowiedziała się o zaawansowanej chorobie. Oboje z żoną kochamy dzieci. Mamy ich troje. A Kościół zachodni? Daj Boże, niech rozwija kanoniczną ikonę, choć jego wierni przywykli już do obrazu odrodzeniowego, o emocjonalnych treściach. Jest im bliski, rozumieją go.
– W Pana pracowni widzę nietypowe ikony – wąskie i wysokie, gdzieś na pół metra.
– To ikony zwane miernymi. Otóż odcina się deskę o długości wzrostu dziecka przy jego narodzeniu i pisze się na niej ikonę jego niebiańskiego opiekuna.
To piękna, stara, ruska tradycja, znana już na pewno w czasach Iwana Groźnego. Wtedy zamawiali takie ikony książęta, bojarzy. Tę tradycję spopularyzowało obecnie rosyjskie pismo Foma. Kilka tego typu ikon napisałem i dzieciom w Polsce. To piękna tradycja. Między rosnącym dzieckiem a jego ikoną, dokładniej pokrowitielem, nawiązuje się bliska więź.
– Wiem, że ostatnio pokrywał Pan polichromią ściany w miejscu bardzo nietypowym.
– Prawosławny człowiek o asyryjskich korzeniach, który wtopił się w białoruskie społeczeństwo, chciał, bym pokrył polichromią pokój modlitwy w jego prywatnym domu. Z efektu pracy oboje byliśmy bardzo zadowoleni.
Wykonaliśmy z synem dla tego samego człowieka również anałoj, inkrustowany kamieniami i masą perłową, dla nas zadanie technicznie niezwykle trudne. Powstał unikalny przedmiot. Ten człowiek wiele pomaga Cerkwi.
– A Pana czarnogórskie doświadczenia? Pojechał Pan z rodziną, by pracować na Bałkanach, gdzie jest dużo dobrych ikonopisców i tradycje sztuki chrześcijańskiej o wiele starsze, niż w naszym regionie.
– Baliśmy się tego wyjazdu. Tak wielu tam dostojnych mistrzów. A nam trzeba było pisać ikony na mokrym tynku. To bardzo trudne.
Moi pomocnicy wstawali o piątej. Kładli gruby tynk. Ten podsychał. Potem kładli cienki. Na koniec jeszcze jedna warstwa, którą trzeba było wygładzić i wyszlifować jak masełko. W samo południe był gotowy fragment ściany.
Wtedy zaczynałem kłaść na niej malowidło. Temperatura na dworze sięgała czterdziestu stopni. Tynk szybko sechł. Pracowałem do zmroku, najlepiej przy świetle dziennym. Syn Aleksy malował szaty, żona z młodszym synem ornamenty. Gdy jakiejś powierzchni nie zdążyliśmy zamalować, tynk zbijaliśmy i z rana kładliśmy od początku.
W nagrodę mieliśmy przepiękny widok z monasterskiej cerkwi na górzyste brzegi Adriatyku z głęboką zatoką. W Czarnogórze w 2009 roku pokryliśmy freskami wnętrza dwóch monasterskich cerkiewek.
– Przed wami praca w kolejnym monasterze.
– Tak, tym razem na Białorusi, w odradzającym się słynnym Monasterze Ławryszewskim, znajdującym się niedaleko Mira, w przepięknym miejscu, gdzie na brzegu Niemna szumią wiekowe sosny, gdzie w bizantyńskim stylu wznoszony jest nowy piękny sobór, gdzie sięgnięto po drewno jako lokalny materiał budowlany.
– Życzę wielu pięknych realizacji wo błago Cerkwi. Dziękuję za rozmowę.

fot. Anna Radziukiewicz i z archiwum Wiktora Downara

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token