Numer 1(307)    styczeń 2011Numer 1(307)    styczeń 2011
fot.Paulina Romaniuk
Mały kraj wielkich świętości
Anna Radziukiewicz

Kto nie był w Ostrogu, ten się nie modlił – mówią w Czarnogórze. Ostrog jest najczęściej odwiedzanym miejscem w Czarnogórze i jednym z najczęściej w świecie. Słowa są bezradne, żeby oddać piękno i świętość tego miejsca.

Jego świętość najmocniej odczujemy 11 i 12 maja, w dniach, kiedy Cerkiew wspomina św. Wasilija Ostrogskiego, założyciela monasteru w Ostrogu. Wtedy do Ostroga przybywa morze pielgrzymów. Wspinają się na wysokość 900 metrów, bo na takiej wykuto w skale monaster, a kręte serpentyny, które zapełniają idąc, wyglądają z góry jak wybrukowane ludzkimi głowami. Pielgrzymi przybywają z całej Czarnogóry, Serbii, z różnych krajów świata.
Z Podgoricy wielu idzie pieszo. Tę pielgrzymkę od kilku lat organizuje o. Ivan Raszević wraz z jedną mniszką. Pierwszy raz wyszło pięćdziesiąt osób, w ubiegłym roku czterysta. Zaczynają wspólną modlitwą, odprawianą 10 maja o godzinie 18 w katedralnej cerkwi Zmartwychwstania Pańskiego. Modlitwa jest radosna. Zawsze ma miejsce w paschalnym okresie. Wyruszają przy biciu cerkiewnych dzwonów, a jest ich w tej cerkwi siedemnaście, wśród nich największy na Bałkanach, jedenastotonowy. Idą nocą. Idą ulicami stolicy z chorągwiami i śpiewem woskresieńskich troparionów. Przechodniów pozdrawiają Chrystos Woskressie. Za miastem podążają jakże często po drogach wyciosanych w skałach jak półki, nad przepaściami. Zatrzymują się przy kaplicach i cerkwiach. Spotykają ich duchowni. 11 maja około piętnastej, po przebyciu trzydziestu siedmiu kilometrów, docierają do monasteru Ostrog. Najpierw mijają Dolny Monaster, z piękną kamienną cerkwią, którą w dużej części ufundował car Mikołaj II, z kieliami dla mnichów, domem pielgrzyma. Potem jeszcze godzinę pną się w górę, przechodząc obok kolejnej kamiennej cerkwi, by dotrzeć do Górnego Monasteru. Niektórzy skracają drogę, idąc ostro w górę po schodach, wyciosanych w skale, po czym wlewają się w nieprzerwany potok pielgrzymów, który ustawia się, by pokłonić się moszczom św. Wasilija Ostrogskiego, znajdującym się w cerkwi Wprowadzenia do Świątyni Bogarodzicy. Mijają cudowne źródło, tryskające od ponad trzech wieków prosto ze skały, obok którego rośnie, przebijając skalę pęd winorośli, również cudotwórczej, pomagającej zwłaszcza w chorobach bezpłodności. I woda wybiła, i winorośl wyrosła na miejscu, gdzie św. Wasilij zakończył ziemski żywot. W kolejce stoją i muzułmanie, bo i im św. Wasilij pomaga.
Przez trzy majowe dni, nieustannie, ludzie idą do moszczi – kilkaset tysięcy ludzi! I wszyscy się dziwią, jak święty zdoła przyjąć taką liczbę połomników. Cerkiew jest przecież niewielka, wykuta w skale. Ile też trzeba pokory ze strony pielgrzymów, dyscypliny i pokoju w sercach, żeby dotrzeć do świętych relikwi. Ale stoi się tu lekko. Stoi się jakby pod okapem skały, która nad głowami strzela wysoko w górę, że końca jej stąd nie ujrzysz. I widzą ścielące się pod ich nogami serpentyny dróg i przepastne urwiska, jaskrawe plamy upraw i drzew i surowe skały, rozsiane cerkwie. Są jakby otuleni nieustanną modlitwą, która od wieczora 11 maja trwa tu całą noc i dzień następny, jak u nas na Grabarce na Spasa.
Tej nocy zapalają pielgrzymi świece, morze świec. I jeśli wtedy patrzysz na Ostrog z oddali, choćby z szosy Podgorica – Niksić, łączącej dwa największe miasta Czarnogóry, widzisz jakby potężny podświecznik, cudem przymocowany do pionowego boku ogromnej, w nocy czarnej, góry. Rozjarzony punkt widzisz.
To płomień modlitwy.
Płomień modlitwy zapalił tu święty Wasilij w siedemnastym wieku. Wiek ten był równie mroczny dla prawosławnych Rzeczypospolitej, uginających się pod naporem latynizacji, jak i Serbów. W nieprzystępnych górach mogli tylko szukać schronienia, uciekając przed Turkami z jednej strony i Wenecjanami z drugiej.
Św. Wasilij urodził się w 1610 roku. Był jedynym dzieckiem w rodzinie. Piętnaście lat przed jego przyjściem na świat Turcy spalili w centrum Belgradu relikwie św. Sawy. To barbarzyństwo, niewyrażalna tragedia, wstrząsnęła Serbami. Jednych utwierdziła w wierze, innych skłoniła do przejścia na islam. W 1634 roku, gdy św. Wasilij wszedł już w pełnoletniość, Turcja zaczęła długą wojnę na Bałkanach. Wasilij, wtedy 26-letni, udaje się do prawosławnych krajów. Tam zbiera pieniądze dla biednej Czarnogóry. Wraca z bogatymi darami i wdzięcznością wobec Wołoszczyzny, Mołdawii i Rosji. Wychodzi często do narodu. Pomaga mu materialnie, modlitwą i dobrym słowem. Podtrzymuje moralnie.
W 1641 roku wojna rozgorzała z jeszcze większą siłą, ciągnąc za sobą falę głodu. W Niksićiu Turcy mordują 67 chrześcijan. Giną w strasznych mękach. Zaciska się pętla wokół prawosławnych, ale i wokół św. Wasilija, którego oskarżono o prowadzenie tajnej korespondencji z Watykanem. Ta potwarz wygania świętego z kraju. Schronienia szuka na jakiś czas na Świętej Górze Atos.
Sława świętego Wasilija, kaznodziei i ascety, jeszcze za jego życia wychodzi daleko poza granice Czarnogóry. Za życia nazywają go świętym, wysoko ceniąc duchową siłę, którą władał.
Zmarł 12 maja 1671 roku, w roku, w którym Turcy zabronili chrześcijanom uprawy winorośli, by nie mieli z czego wyrabiać wina, używanego podczas liturgii. Cela świętego, podczas oddawania duszy Bogu, zajaśniała nieziemskim światłem, a ze skały wyrósł pęd winorośli, jakby przeciw wszelkim ludzkim zakazom, który i dziś przynosi owoce, oraz wytrysło źródło.
Św. Wasilij pragnął pomagać Serbom i po odejściu do życia wiecznego. Przypominał o tym trzy razy, siedem lat po śmierci, we śnie ihumenowi monasteru św. Łukasza w Żupie Niksićkiej. Ponieważ mnich ostrożnie podchodził do snów, nikomu o nich nie opowiadając, św. Wasilij za ostatnim razem przypalił mu ogniem twarz. Wtedy ihumen udał się do Ostroga. Otwarto grób. Zobaczono mirotoczywe relikwie, żółte jak wosk, od których roznosił się wspaniały zapach. Ciało ustawiono w pobliżu ikonostasu ostrogskiej cerkwi. Ikonę świętego napisał mnich z monasteru Moraćia.
Setki cudów za wstawiennictwem św. Wasilija zaczęły się dziać, również w czasach współczesnych. Oto człowiek po 27 latach życia w ciemności, po molebnu przed moszczami odzyskuje wzrok (1953 rok), zupełnie ociemniałej staruszce święty przywraca wzrok (1959). Ciężko chora na raka kobieta z Dubrownika – nie może już chodzić – posyła swoją sukienkę do Ostroga, by nad nią modlono się przed moszczami. Po włożeniu sukienki od razu czuje się lepiej. Szybko zdrowieje całkowicie.
Święty ratuje w 1959 roku z katastrofy lotniczej francuskich linii (lot Paryż – Lyon) matkę z małym dzieckiem. Czterdziestu pasażerów ginie, wszyscy, którzy są na pokładzie. Ocalała matka miała przedtem widzenie świętego Wasilija, który powiedział jej, że ze względu na dziecko, przeżyje.
Tylko w przypadku aborcji święty był bezwzględny. Dopuszczał wtedy męki i wyrzuty sumienia, chcąc w ten sposób przyprowadzić niedoszłą matkę albo obu małżonków do głębokiej skruchy. W jednej rodzinie, właśnie po aborcji, przyszło na świat troje dzieci, każde po tysiąc pięćset gram. Wszystkie szybko umierały. I dopiero po pokajaniu i modlitwach do świętego, urodziło się dwoje zdrowych, dużych dzieci.
I cud z najnowszych lat. Pod koniec NATO-wskich bombardowań Jugosławii, w 1999 roku, zachorował młody człowiek. Słyszał dziwne głosy, wierzył, że rozmawiają z nim zwierzęta, męczyły go myśli, że ktoś go prześladuje. Przestał jeść, kąpać się. Schizofrenia. Nie do uleczenia. Taka była diagnoza.
8 sierpnia 1999 roku przywieziono go do Ostroga. Tam spędził jeden dzień i jedną noc. Poczuł się lepiej. Z Ostroga wzięto święty olej i świętą wodę. Przez dwadzieścia dni w domu pomazywał się olejem i pił wodę. Wyzdrowiał. Skończył prawo. Jest w pełni normalnym człowiekiem.
Czarnogóra to kraj kamieni, kraj-twierdza, bezcenny jak kryształ – czytam w jednej z książek o Czarnogórze. Niezliczone świętości, jedne obok drugiej, przypominają mnóstwo świec, stojących na jednym miejscu, niemożliwych do pogaszenia, bo jedna zapala się od drugiej.
W innej książce czytam „mały kraj wielkich świętości”. I dalej o tym, że prawosławna Cerkiew Czarnogóry odrodziła się w ostatnich latach z taką siłą, że w wielu dziedzinach wyprzedziła wszystkie pozostałe serbskie eparchie. Znów pokazała światu, że jest niezwyciężoną twierdzą prawosławia.
Jedziemy więc od jednej zapalonej świecy do drugiej, wybierając choć niektóre.
W Ostrogu spotykamy mnicha. – Łuka – przedstawia się. Jest teologiem. Pracę doktorską obronił na Uniwersytecie Arystotelesa w Salonikach. Urodził się w Damaszku, w Syrii. Zaprasza nas do swego monasteru. To niedaleko.
Jedziemy. Zapada zmrok. Trafiamy do monasteru, w którym służy o. Łuka. Nasz czas, przed kolejnym spotkaniem, zupełnie się wyczerpuje.
– Na pięć minut – targuje się o. Łuka. Wchodzimy. Wita nas brat o. Łuki. Też jest mnichem na serbskiej ziemi. Witają ich rodzice, na miesiąc przylecieli z Damaszku do synów, Niemiec, który zauroczył się prawosławiem i jego żona Serbka z Belgradu, i trzy mniszki, które akurat przy nas przyjechały, dwie z Belgradu i jedna z Petersburga.
Pijemy kawę i rakiję, jemy syryjskie słodycze. Wpisujemy się do kroniki – na prośbę gospodarza.
Niczym płomień zapalonej świecy, postawionej na skalistej górze, ściąga ludzi z Serbii, Syrii, Niemiec, Polski, Rosji, władających różnymi językami, do jednej monasterskiej komnaty, od razu, natychmiast tworzących jedną rodzinę. Jakąż siłę, kruszącą odległości wielkości kontynentu, ma Chrystusowa miłość!
Niedaleko już do monasteru Żdrebaonik. Nie możemy go ominąć. Chroni wszak od 1856 roku moszczi św. Arseniusza, następcy św. Sawy. Moszczi przeniesiono w 1690 z Pećki do Czarnogóry, w obawie przed Turkami i chroniono w różnych monasterach. Św. Arseniusza uznano za pokrowitiela Czarnogóry. To przy jego grobie gromadzili się na modlitwie żołnierze, wyruszający na wojnę z Turkami w obronie ojczyzny. W pobliżu monasteru cmentarz. Spoczywa na nim mnóstwo czarnogórskich wodzów, którzy swe życie oddali za ojczyznę i wiarę.
W cerkwi, w półmroku, w cichych modlitwach mniszek, sączy się wieczernia.
Nie możemy ominąć i Moraći. Do niej jedziemy następnego dnia, mijając szesnaście tuneli, przebijających wysokie góry, podążając długo wzdłuż rzeki Moraćia, której koryto wryło się w przepastny jar. Monaster założono w 1253 roku. Wielu świętych niosło tu podwig, wśród nich św. Wasilij Ostrogski, zanim założył monaster w Ostrogu, św. Stefan Piperski, w pobliżu Moraći urodził się dzisiejszy metropolita Amfilohij (Radović).
Jest późno. Cerkiew zamknięta. Ihumen niesie jednak klucze. Uchyla drzwi. Pozwala fotografować. Przed nami otwiera się niezwyczajne piękno, w obfitości nieoczekiwanej. Całą cerkiew i jej narteks, wielkości nawy głównej, pokrywają wspaniałe XVI-wieczne freski. Tak musiała wyglądać i nasza cerkiew Błahowieszczańska w Supraślu! Tak wspaniale. Oblicza świętych niczym tą samą ręką pisane co oblicza widniejące na fragmentach ocalałych fresków supraskich. Ta sama miękkość, krągłość linii i jednocześnie pewność ręki, która bez poszukiwania trafia w sedno piękna. Jakąż ponieśliśmy stratę – po raz pierwszy tak ostro uświadamiam sobie skalę barbarzyńskiego aktu wysadzenia przez Niemców w 1944 roku supraskiej cerkwi.
Zachłannie fotografujemy.
Przed naszym pokoleniem wielkie wyzwanie. Mury supraskiej świątyni już stoją. Trzeba je pięknem fresków wypełnić, najlepiej rodem z tej samej szkoły, serbskiej. Serbowie ją przecież przed pięcioma wiekami rozpisywali. W Moraći istniała słynna szkoła ikonopisania.
Wychodzimy. Noc połknęła już góry. Z jednej strony słyszymy szum natury – wodospadu Svietigora, mówią że pięknego, od którego wzięła nazwę prawosławna czarnogórska radiostacja, nadająca dwadzieścia cztery godziny, i cerkiewny miesięcznik, z drugiej szum cywilizacji – samochodów, mknących na Belgrad.
Następnego dnia w podgorickim katedralnym soborze wieczór poezji i pieśni – o monasterze Moraća i rzece Moraća. To wieczór protest. Monaster Moriaća jest zagrożony. Władze Czarnogóry chcą budować na rzecze Moraća potężną zaporę z wodną elektrownią. Monaster może znaleźć się pod wodami.

fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token