Numer 1(307)    styczeń 2011Numer 1(307)    styczeń 2011
fot.Paulina Romaniuk
ARKA ojca Aleksandra
Michał Bołtryk

– Złoty, nasz batiuszka – słyszę głośno wypowiadane słowa, gdy idziemy z o. Aleksandrem Wysockim po korytarzu Arki – Prawosławnego Domu Opieki w Kożynie. Ojciec Aleksander jest proboszczem parafii Wniebowstąpienia Pańskiego w Klejnikach i dyrektorem Arki.

ARKA

Na dworze zima, śnieg i chłód. W Arce ciepło i przytulnie. W porze między śniadaniem i obiadem na korytarzu grupki starszych pań i panów. Jedni spacerują, drudzy siedzą w wygodnych, choć starych, fotelach i na krzesłach, rozmawiają, dumają… Chwalą swojego batiuszkę, choć ten już nie słyszy, bo zostawił mnie i poszedł do kancelarii, do swych codziennych obowiązków.
Spokojne miejsce znalazło tu ponad czterdziestu pensjonariuszy. Pośród nich Olga Podgajecka spod Hajnówki, Wiera Górmińska z Bielska Podlaskiego, pani Nina z Szerni.
Swojego towarzystwa trzymają się mieszkańcy tego samego pokoju, Mikołaj Andrejuk z Trześcianki i Mikołaj Cieśluk z Zawyk. Mikołaj Andrejuk trafił tu, i cieszy się, bo w Trześciance nie było miejsca. Jego dużo starszy kolega (83 lata), wskazując na swego łóżkowego sąsiada, powiada: – To nasz doktor, habilitowany. Ręce ma niespracowane.
Pan Mikołaj, owszem, miał do czynienia z medycyną. Dwadzieścia cztery lata – objaśnia – w służbie zdrowia przy ulicy Słonimskiej w Białymstoku, jako palacz. Ani jednej nagany!
Pan Mikołaj już od pięciu lat przebywa w Kożynie. Kiedyś miał ręce bardzo spracowane. Gospodarzył na 34 hektarach ziemi. Był na wojnie, potem na robotach, zabrany przez Niemców. Do domu wrócił z Zachodu w październiku 1946 roku. Pięć lat był urzędnikiem, a potem wziął się za gospodarkę. Pobudował murowane budynki. Siał, zbierał, hodował. Ale życie mu nie ułożyło się tak, jak chciał. – Jeden syn – opowiada – zmarł z rozpusty, drugi na nieuleczalną chorobę, żona na wylew. Córka i wnuki żyją w mieście. Nie było komu przekazać gospodarki. Znalazł swoje miejsce w Kożynie i bardzo sobie to chwali: – W pokoju naszym jest trzech kawalerów – mówi z uśmiechem – a dziewczyn tu dużo. Widział pan, ile babek jest na korytarzu…
W Arce znaleźli miejsce ludzie nie tylko już stanu wolnego. Są tu także małżeństwa. Rok mija, jak tu znaleźli cichą, bezpieczną przystań Mikołaj i Agnia Mironiukowie z Kożan. Pan Mikołaj, rocznik 1922, jego żona 1924. Pobrali się w 1942 roku.
Pani Agnia opowiada o sobie: – Wstydziłam się swojego imienia, bo nikt u nas w Kożanach takiego nie miał. Wolałam, żeby mówiono mi Agnieszka i tak zostało. W 1942 roku Mikołaj z kolonii w Kożanach przyszedł w swaty. Nie bardzo mi się chciało za mąż, ale mama powiada: – Idź! To jedyny syn u Mironiuków i dobra gospodarka tam. Cóż było robić. Zostałam żoną Mikołaja. Niestety, jeszcze przed urodzeniem się naszej córki Mikołaja zabrano na roboty do Niemiec… – Dwa lata pracy – wspomina pan Mikołaj – w lesie. Przyszli ruscy, wyzwolili nas. Zaliczyli nas do „zdrajców ojczyzny”. Wielogodzinne przesłuchania. Na szczęście nie rozstrzelali. Dali mi szansę i po przeszkoleniu wysłali na front. Po trzech latach od wyjazdu z Kożan moja rodzina dostała ode mnie pierwszy list.
Wojna już się skończyła. Ale nie dla pana Mikołaja. Stalin szykował armię do walki z Japonią. I Mikołaj Mironiuk jechał na wschód. Dotarli do Smoleńska. Japonia, po dwóch bombach atomowych zrzuconych przez Amerykanów, zdążyła już skapitulować. Pan Mikołaj wracał do Kożan prawie dwa lata. Dzień powrotu zapamiętał dobrze. – Było to – opowiada – na czwarty dzień Kreszczenija. Z Bielska Podlaskiego piechotą dotarłem do swojego domu o pierwszej w nocy. Stukam do okna. Nikt nie odpowiada. Jeszcze raz, i jeszcze. Ktoś uchylił firankę. Potem słyszę głos siostry: – Mamo, to Kola!
– Wtedy – uzupełnia opowieść pani Agnia – nikt nikomu w nocy nie otwierał drzwi. Chodziły różne bandy. Nas chyba z pięć razy okradli.
Po wojnie zaczęło się życie spokojne, ale ciężkie. Pan Mikołaj z żoną pobudowali nowy dom, stodołę, oborę, chlewy. Siali, zbierali, hodowali. Oprócz Marysi, która poznała ojca w wieku pięciu lat, urodziło się im dwoje dzieci – chłopiec i dziewczynka.
– Pięć lat bez męża – kończy opowieść pani Agnia – to najtrudniejsze moje lata w życiu. Byłam wtedy bardzo młoda i samotna. Płakałam i w dzień, i w nocy.
– A ja – wchodzi w słowo żonie pan Mikołaj z uśmiechem – szedłem do boju zawsze z pieśnią. Przed walką dawali nam po sto gram – wyjaśnia.
Swego czasu pan Mikołaj był w komitecie cerkiewnym w cerkwi Preczystienskiej w Bielsku Podlaskim. Teraz oboje mają do cerkwi bardzo blisko. Wystarczy zejść na parter kożyńskiej Arki. Tam jest kaplica, którą o. Aleksander Wysocki dobudował do domu opieki w 1997 roku.
Pusty dom w Kożynie został przekazany parafii w Klejnikach w 1996 roku za symboliczną złotówkę przez Urząd Gminy w Bielsku Podlaskim. Budynek był mocno zdewastowany, bo przez kilka lat było w nim więzienie. Potem stał sześć lat pusty. Ojciec Aleksander, z chwilą gdy parafia stała się właścicielem budynku i parceli o powierzchni ponad jednego hektara, rozpoczął remont, dobudował piętro. Potem gromadził sprzęt potrzebny do placówki, takiej jak dom opieki. Pomocy udzielił fundusz kościelny, ludzie, organizacja charytatywna z Holandii. W szybkim tempie dom został przygotowany na przyjęcie ponad czterdziestu pensjonariuszy.
Zanim pojawili się tu pensjonariusze, wyświęcono w 1997 roku dobudowaną cerkiewkę ku czci św.św. Borysa i Gleba. – Od wieków – mówi o. Aleksander – w Kożynie obchodzono prazdnik w dniu tych świętych.
Pierwszą liturgię odprawiono 6 grudnia 1997 roku, w dniu św. Aleksandra Newskiego, także patrona klejnickiego proboszcza. Po liturgii o. Aleksander Wysocki dziękował ludziom z Kożyna i wszystkim, którzy przyczynili się do przemienienia przestrzeni z miejsca, gdzie zamykano i odosobniano, w miejsce, które będzie otwierane na Boga i miłość do starych, chorych, samotnych czy ułomnych.
Po roku w Kożynie pojawili się pierwsi pensjonariusze z Klejnik, Janowa, Pasynek… Dziś jest ich ponad czterdziestu. – Potrzeby – mówi o. Aleksander – są trzykrotnie większe.
O. Aleksander jest dyrektorem, księgowym i… rolnikiem uprawiającym zboża, hodującym świnie i krowy na potrzeby tego domu. W Arce jest dwanaście osób personelu – kucharki, pielęgniarki, opiekunowie, palacze. W posłudze duchowej pomaga syn o. Aleksandra, wikariusz Krzysztof Wysocki. Kilkanaście osób personelu, to ludzie miejscowi. Maria Parfieniuk, pełniąca dyżur w dniu, gdy byłem w Arce, pracuje tu od początku. Pochodzi z Klejnik. Pielęgniarka Joanna Ostapczuk wcześniej pracowała w przychodni w Klejnikach. W Kożynie bywa codziennie. Pensjonariusze przychodzą do niej do gabinetu po swoje leki. Do obłożnie chorych nosi leki do pokoi. Praca niełatwa – mówi. Ale ciekawa, uszlachetniająca. Człowiek nabiera szacunku do starości. Dom raz w tygodniu odwiedza lekarz z Czyż.
Arka jest domem otwartym od rana do dwudziestej wieczorem. Pensjonariuszy odwiedzają znajomi i rodziny. Na życzenie są wożeni do rodzin. Bardziej sprawni fizycznie wychodzą na spacery. – Bywa – opowiada o. Aleksander – że trzeba ich długo szukać w okolicy. Ale dzięki życzliwości i pomocy mieszkańców Kożyna są odnajdywani.
Kożyno, według historyków, istnieje od XVII wieku. Ale nigdy tu nie było cerkwi. Najbliższa świątynia znajduje się w Klejnikach, siedem kilometrów stąd. Dzięki Arce i dobudowanej do niej cerkwi św.św. Borysa i Gleba, mieszkańcy Kożyna mają blisko na niedzielne służby.
O. Aleksander Wysocki, dyrektor Arki, już kiedyś tu pracował. W tym domu na początku była szkoła podstawowa. O. Aleksander nauczał tu religii.

Z GRODZISKA DO KLEJNIK

Przyszły duchowny, Aleksander Wysocki, urodził się 1 lutego 1947 roku w Grodzisku koło Siemiatycz.
– U nas, w Grodzisku, wspomina o. Aleksander, do czasów bieżeństwa były dwie cerkwie. Służyli tam wybitni i zasłużeni dla prawosławia duchowni: Proniewscy, Budziłowicze. Ale czasy, gdy ja się urodziłem, dla prawosławnych były bardzo niespokojne. Mężczyźni chowali się na noc, duchowny często nocował na cmentarzu w grobowcu. Czytelnikom „Przeglądu” znany jest przypadek prawosławnej wsi Drochlin koło Grodziska, w której podziemie polskie wymusiło przejście wszystkich prawosławnych do Kościoła katolickiego. W owym czasie proboszczem w Grodzisku był o. Jan Bortniczuk. Wielce zasłużona postać dla naszej parafii i parafian.
Rodzice ojca Aleksandra byli rolnikami. Ojciec dodatkowo zajmował się ciesielką. Budował domy, stodoły, chlewy. Pracy było wiele, bo Grodzisk po wojnie był spalony.
Aleksander Wysocki po szkole podstawowej zaczął naukę w liceum białoruskim w Bielsku Podlaskim. Po dwóch latach nauki poszedł do Prawosławnego Seminarium Duchownego w Warszawie.
– Ja od dzieciństwa – wspomina o. Aleksander – miałem inklinacje do służenia Cerkwi. Już od czwartej klasy podstawówki czytałem i śpiewałem na klirosie w grodziskiej cerkwi. Nasz ówczesny proboszcz, o. Mikołaj Gołowczyński, rozbudzał moje zainteresowania i w 1960 roku skierował do seminarium. Wykładowcami wówczas byli starzy profesorowie z Krzemieńca – Sendulski, Łapiński, o. Mikołaj Lenczewski, o. Serafin Żeleźniakiewicz. Uczyliśmy się w języku rosyjskim. Ale też była nauka białoruskiego, ukraińskiego, greki, łaciny. Greki uczył o. Sawa, obecnie metropolita, białoruskiego o. Rościsław Kozłowski. Nauka trwała cztery lata. Wieczorami, w ciągu dwóch lat, kończyłem liceum i zdałem maturę. Po seminarium studiowałem w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Wtedy akademia mieściła się w Chylicach koło Warszawy.
Jeszcze przed święceniami o. Aleksander pełnił obowiązki psalmisty w parafiach Boćki i Drohiczyn, a także w Grodzisku. W Grodzisku śpiewała w chórze Walentyna Aleksiejuk ze wsi Mierzynówka. Została w 1969 roku matuszką o. Aleksandra. W 1969 roku biskup Nikanor udzielił o. Aleksandrowi święceń. W październiku tego samego roku o. Aleksander objął pierwszą parafię – Topilec. Matuszka Walentyna prowadziła chór, o. Aleksander zajmował się parafią, remontował, budował.
– Ciekawe – wspomina o. Aleksander – że władze powiatowe w Łapach były zawsze mi przychylne. Ale w sprawch istotnych decydował wydział do spraw wyznań w Białymstoku. A tam mnie znali jeszcze z moich czasów studenckich, kiedy to z parafianami z Grodziska jeździłem do urzędów w Warszawie. Wiadomość o mojej nieustępliwości została przekazana z Warszawy do Białegostoku. Urzędnicy w Białymstoku byli zawsze na nie. Urzędnicy w Łapach radzili: – Niech ksiądz zrobi tak, jak ksiądz katolicki w Niewodnicy, my nie będziemy widzieć. I zrobiłem, wybudowałem stodółkę i obórkę. Ale wydział ds. wyznań w Białymstoku wszystko widział. Zaczęły się kontrole. Ojciec Aleksander w ciągu jednego dnia musiał opuścić parafię.
Z „Wykazu hierarchii i kleru parafialnego 1839-1986” o. Grzegorza Sosny wynika, że o. Aleksander Wysocki od opuszczenia Topilca w maju 1971 roku posługiwał jako wikariusz kolejno w Zabłudowie, Dojlidach, Gródku... W długiej opowieści o. Aleksandra pojawiają się inne parafie i wydarzenia pełne dramatyzmu, które kiedyś będą opisane. To historia prześladowań naszej Cerkwi w powojennych latach.
23 marca 1980 roku o. Aleksander Wysocki zaczął pełnić obowiązki proboszcza w Klejnikach. Posługuje tam do dziś.

KLEJNIKI

Klejniki to stara wieś. Położona na wzgórku, otoczona od wieków błotami, starorzeczem Narwi. Tylko miejscowi wiedzieli, gdzie przebyć bród, aby dotrzeć do wsi. Blisko cerkwi, w części wsi zwanej Klebanszczyna, bije źródełko. Tutaj się święci od niepamiętnych czasów wodę. Dawniej tu nikt nie miał studni. Wodę czerpano z tego źródełka. Nazwa Klejniki, uważają językoznawcy, pochodzi od słowa klet’, co w cerkiewnosłowiańskim oznacza „pokój” w sensie pomieszczenia. A więc wskazuje to na cele mnisze. Według miejscowej tradycji i przypuszczeń historyków, w miejscu gdzie są dziś Klejniki, pojawili się mnisi z Kijowa, po zburzeniu miasta przez Tatarów. Osiedli w bezpiecznym, niedostępnym miejscu. Wznieśli tu monaster. Już w połowie XVI wieku pojawiają się wzmianki o istniejącej tu cerkwi. W ciągu wieków wznoszono w Klejnikach nowe cerkwie, zawsze na tym samym miejscu. Przedostatnia cerkiew, drewniana, została wyświęcona 4 września 1883 roku. Stała do 6 kwietnia 1973 roku. Niestety, strawił ją pożar zaraz po zakończeniu nabożeństwa. Kamień węgielny pod obecną cerkiew położono 23 maja 1974 roku. Pierwszą liturgię w nowej świątyni służono 27 października 1980 roku. Ale wyświęcenie cerkwi po zakończeniu budowy odbyło się 27 października 1988 roku. O. Aleksander włożył wiele wysiłku w budowę świątyni. W 1995 roku rozpoczął budowę murowanej plebanii.
O jakości życia parafialnego w dawnych czasach w Klejnikach świadczy chociażby to, że już w latach 80. XIX wieku rozwijało się tu szkolnictwo cerkiewne. Na terenie parafii powstały szkoły gramoty w Hukowiczach, Kożynie, Stupnikach, Horodocznie, Lachach, Iwanowie. W końcu XIX wieku na trzynaście miejscowości stanowiących parafię – jedenaście posiadało szkoły gramoty. W 1891 roku parafia liczyła 3529 parafian. W 1907 roku w Klejnikach utworzono bibliotekę publiczną…
W 1959 roku parafia liczyła 3161 osób. W 1983 – 1760 osób. Teraz, według o. Aleksandra, około 900. Jeszcze za pamięci o. Aleksandra w ośmioklasowej szkole w Klejnikach uczyło się trzysta dzieci. Teraz w wielkim budynku szkoły zostało tylko przedszkole. Dzieci w Klejnikach jest ośmioro. W Klejnikach niegdyś była przychodnia zdrowia, poczta. Niełatwo tu dotrzeć komunikacją publiczną.
Rok po rozpoczęciu budowy plebanii o. Aleksander zajął się organizacją nowej placówki – Domu Opieki Społecznej Arka w Kożynie.
– Zajmowanie się innymi – mówi o. Aleksander – to u nas rodzinna tradycja.

RODZINNA TRADYCJA

To nie byle jaka tradycja. Otóż siostra babci o. Aleksandra, Darii, ze strony mamy (Agaty Wojciuk) Sofia (Kondraciuk) była przełożoną monasteru w Wirowie. Tę funkcję pełniła od 1903 roku, gdy swoje życie zakończyła ihumenia Anna (rodem z Brześcia). W owym czasie monaster wirowski sprawował opiekę nad pół tysiącem dzieci.
– Sofia – mówi o. Aleksander – była wielką czcicielką o. Joanna Kronsztadzkiego. Jan Kronsztadzki, w czasie, gdy Sofia była przełożoną monasteru, odwiedził Wirów. Z Kronsztadu płynęło wiele pomocy dla Wirowa. Sofia pomagała wielu ludziom, nie tylko w monasterze. Rozdawała żywność ubogim w okolicznych wsiach. W 1915 roku monaster wirowski – siostry i sierociniec – ewakuował się do Kronsztadu. Dojechali do Piotrogrodu.
W Piotrogrodzie Sofię chciano zmusić do zdjęcia szat zakonnych. Odmówiła. Zamknięto ją w celi, gdzie zmarła śmiercią głodową. Taka wiadomość dotarła do Grodziska po 1939 roku. Przekazały ją rodzinie siostry zakonne z Żyrowic.
Z linii ojca – Jana Wysockiego – był wcześniej psalmista – Dawid Wysocki. Posługiwał w parafii Szczyty, potem w Orli. Zmarł 31 grudnia 1874 roku. – Może z tych powodów – kończy opowieść o rodzinie o. Aleksander Wysocki – i ja poszedłem tą drogą.

fot. autor

Opinie

[1] 2011-01-14 08:38:00 Mikołaj
Jeżeli złoty batiuszka jak oceniają parafianie to powinien już dawno dostać za swoją działalność na rzecz ludzi odpowiedni medal zasługi

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token