Numer 12(306)    grudzień 2010Numer 12(306)    grudzień 2010
fot.Ałła Matreńczyk
Przedtem były Wiluki i Potoka
Michał Bołtryk
Drukowany w tym numerze Przeglądu Prawosławnego „List otwarty” do marszałka Sejmu RP, dotyczący uchwalenia ustawy umożliwiającej naprawienie, choćby symboliczne, krzywd wyrządzonych przez oddziały zbrojnego podziemia działające po zakończeniu drugiej wojny światowej na Białostocczyźnie, wart jest uzupełnienia. W liście jest mowa o najbardziej spektakularnych aktach zbrodni dokonanych przez oddział kapitana Rajsa ps. „Bury”.
Dziewięć miesięcy wcześniej, w maju 1945 roku, krwawe ślady zostawił kolega „Burego” – porucznik Zygmunt Błażejewicz „Zygmunt”, dowódca 1 szwadronu 5 Brygady Wileńskiej. Dzisiejsi historycy w licznych publikacjach używają całego arsenału słów wychwalających postać „Zygmunta”. Piszą o nim: doskonały oficer, człowiek brawurowo odważny, wybitnie zdolny oficer liniowy, niezwykle energiczny i pełen inicjatyw dowódca, twórca najpoważniejszych zwycięstw…
Zygmunt Błażejewicz, urodzony w 1918 roku w Witebsku, przedostał się po wojnie na Zachód. U „Łupaszki” był porucznikiem, rząd londyński awansował go na kapitana, po 1990 roku otrzymał stopień majora.
W 2003 roku zostały opublikowane w Polsce wspomnienia Zygmunta Błażejewicza. Z nich wynika, że na Podlasiu, w Puszczy Białowieskiej, była to piękna, niemal harcerska przygoda: „1 maja oglądałem po raz pierwszy żubry z „Wićką” i kilkoma ludźmi. Z Bud przez puszczę pierwszej nocy zrobiliśmy 40 kilometrów. 2 maja (moje imieniny) zgubiłem zegarek podarowany mi przez babcię w Wilnie na któreś tam urodziny. Nu, ja przesądny. 60 ludzi szukało pół godziny. Nie znaleźli”.
Dalej też było fajnie.
Wspomina „Zygmunt”: „Stanęliśmy w wiosce białoruskiej. Wziąłem pięciu zakładników, bo oni lubili postrzeliwać do nas. Ponieważ to był mój dzień, przekazałem dowództwo memu zastępcy „Wićce”. Sam z drużynowym kapralem „Szpagatem” – jeszcze od „Kmicica” – zrobiłem zawody. Po litrze samogonu na głowę, równo. Przegrałem i poszedłem spać ululany przez „Kukułkę”. A „Szpagat” zarządził zbiórkę mieszkańców wioski i wygłosił patriotyczne przemówienie. Dobry „Wićka” nie przeszkadzał”.
Można sobie wyobrazić, jak było uduchowione, po litrze samogonu, to patriotyczne przemówienie.
Dalej po drodze do Wiluk: „Jest akurat prawosławna Wielkanoc. W białoruskiej wiosce podchodzi do nas chłopak. Panowie, uważajcie, tu niedaleko bandyci. Zabili mego brata milicjanta. No, spieszymy się. Puszczamy braciszka (wziął nas za berlingowców). Od plebanii popa pędzi kapral „Jurand” z potężnym tortem. Za nim popadia, życząc niezbyt pobożnie”.
Dalej opowiada dowódca 1 szwadronu: „ 10 maja dołączył do Brygady ppor. „Bury” (Romuald Rajs), dawny dowódca kompanii w 3 Wileńskiej Brygadzie Szczerbca. Wraz z dowodzonym przez siebie plutonem zdezerterował z Ludowego Wojska Polskiego. Z jego ludzi powstał zaczątek 2 szwadronu z nim jako dowódcą”.
I tak dochodzimy do Wiluk, małej puszczańskiej wioseczki.
„11 maja odwiedziłem wieś Wiluki, której mieszkańcy w kwietniu ostrzelali mój patrol. W podziękowaniu z rozkazu „Łupaszki” wieś spaliłem i kazałem rozstrzelać jednego członka PPR. Ludności dałem czas na opuszczenie wsi”.
Trzy zdania. Same kłamstwa.
W Wilukach, cichej i spokojnej wsi, jeszcze żyje kilkoro ludzi pamiętających akcję „Zygmunta”. Gdyby któryś z licznych kronikarzy jego „sukcesów” pofatygował się na skraj Białowieskiej Puszczy, mógłby usłyszeć o bestialstwie porucznika i jego podkomendnych i to, że zastrzelono niewinnego, osiemnastoletniego, chłopaka o nazwisku Giermaniuk. Jego stryj podobno należał do PPR. Wcześniej tego chłopaka przyprowadzono z miejscowości puszczańskiej Długi Bród, gdzie z kompanami ze wsi grał w karty.
Potem, 16 maja, oddział Zygmunta zastrzelił w Potoce czterech mieszkańców wsi. A 22 maja spalił wieś. W płomieniach spaliło się troje dzieci i jeden mężczyzna. Obszernie pisaliśmy o tym w reportażu „Sądne dni Potoki” (PP 8/2009).
Współcześni historycy w grubych księgach często posługują się zlepkiem słów – „skomunizowana białoruska wieś”. Tego wytrycha używają także historycy Kazimierz Krajewski i Tomasz Łabuszewski w prawie tysiącstronicowej monografii „Łupaszka, Młot, Huzar. Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK (1944-1952)”.
Historycy używają karkołomnych figur, aby uzasadnić wyczyn swojego bohatera. Piszą tak na stronach 155-156: „Na razie jednak 1 szwadron wysłany został w kierunku wschodnim, na skraj Puszczy Białowieskiej z rozkazem ukarania mieszkańców skomunizowanej białoruskiej wsi Wiluki. Mężczyźni w tej wiosce posiadali broń i wykazywali aktywność w działaniach na rzecz nowej władzy…(…) Wprawdzie ORMO w tym czasie jeszcze nie istniało, lecz aktywność mężczyzn z niektórych białoruskich wiosek można porównać do działań tej nieregularnej, wspierającej władze bezpieczeństwa formacji milicyjnej, a także czerwonej „wremiennej” milicji z 1939 r. W dniu 11.5.1945 roku 1 szwadron spalił zabudowania wioski. Działanie zostało przeprowadzone bez zbędnego okrucieństwa, wykonano tylko jeden wyrok śmierci na Bazylim Germaniuku, członku PPR współpracującym z UPB”.
Taka to historia, tacy to historycy.

Opinie

[1] 2011-03-25 19:10:00 Piotr
Przed spaleniem wsi por. "Zygmunt" nakazał opuszczenie zabudowań przez ich mieszkańców. NIKT wówczas nie zginął w płomieniach. To jest bestialstwo? W przypadku Wiluk zabrakło istotnej informacji. Brat Bazylego Giermaniuka - Teodor, był wówczas funkcjonariuszem operacyjnym PUBP w Bielsku Podlaskim (chyba nie trzeba wyjasniać jaki charakter miały wówczas rozmowy obu braci). W przypadku Potoki zabrakło natomiast osoby miejscowego "wodzireja" - Konstantego Dąbrowskiego, również kadrowego funkcjonariusza UB oraz aktywnego działacza wywrotowego sprzed wojny...
[2] 2011-08-17 14:01:00 Maria
ONI NIE BYLI BRAĆMI. Według Ciebie, rodziny tych co pracowali w PUBP powinny zginąć? Matki, dzieci, ojcowie i kuzyni? Podaj choć co złego i komu zrobił Teodor G. że usprawiedliwia to mord na młodym chłopcu - bratanku.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token