Numer 8(302)    sierpień 2010Numer 8(302)    sierpień 2010
fot.Anna Radziukiewicz
Jej imieniem nazwana jest gwiazda
matuszka Eudokia (Lachocka)

10 sierpnia 2010 roku minie osiemnaście lat od śmierci wybitnej astronom Jeleny Kazimirczak-Połońskiej, równocześnie wykładowczyni teologii w petersburskiej akademii duchownej, represjonowanej w czasach sowieckich, włączonej do grona męczenników XX wieku w toczącym się w Rosji procesie kanonizacji. W siedemdziesiątym roku życia przyjęła tajne święcenia mnisze. Jej sylwetkę prezentowaliśmy w numerze marcowym Przeglądu w 2009 roku.

„Odziałaniu Łaski Bożej we współczesnym świecie” to tytuł autobiograficznej książki monachini Jeleny Kazimirczak-Połońskiej. Jej wydawcy uzupełnili go podtytułem „Zapiski prawosławnego misjonarza”, a matuszkę Jelenę zaliczyli do grona męczenników XX wieku.
Świadome codzienne dawanie przez monachinię Jelenę świadectwa wiary, jak o tym mówią jej wspomnienia, możliwe było dzięki działaniu Łaski Bożej i osobistemu wzrastaniu duchowemu.
My, uczniowie i przyjaciele matuszki Jeleny, którzy byliśmy tego świadkami w ostatnich latach jej ziemskiego życia, rozumieliśmy, że podjąć ten wysiłek mogła tylko dlatego, że całe jej życie było sumą wyrzeczeń.
Jelena Iwanowna Połońska urodziła się w 1902 roku na Wołyniu. Już we wczesnym dzieciństwie i młodości przejawiała nieprzeciętne uzdolnienia w różnych obszarach wiedzy. Z łatwością opanowywała języki obce i nauki ścisłe. Nie pochodziła z rodziny religijnej i właśnie dlatego „działaniem Łaski Bożej we współczesnym świecie” można wytłumaczyć to, że młoda Jelena, przy pełnym sukcesie swych naukowych prac, urodzie i materialnym dobrobycie, zadręczała się pytaniem o sens ziemskiego bytu. Nie znajdując odpowiedzi na drodze naukowej, w modlitwie zwróciła się ku Niebiosom z pytaniem: „W imię czego jest dane życie?”. Jelena znajdowała się wtedy w wielkim parku rodzinnego majątku.
I nagle wszystko wokół niej przemieniło się: drzewa, kwiaty, woda i obłoki na niebie. W mgnieniu oka ujrzała przeobrażone piękno ziemi i poczuła w tym odpowiedź, którą oddaje psalm: Niebiosa wyrażają Sławę Bożą… (18,2). Lubiła powtarzać tę frazę psalmu, kiedy opowiadała o swych astronomicznych badaniach.
Wtedy podjęła decyzję, że wszystkie jej naukowe prace będą zmierzały do udowodnienia Bożego bytu, poprzez rozumne urządzenie świata.
Tych, którzy osobiście znali monachinię Jelenę, wzruszała nie jej erudycja, ale głęboka serdeczność, życiowa mądrość, zadziwiająca trafność działań. Dokonała też mnóstwa astronomicznych odkryć. Otrzymała prestiżową nagrodę F. A. Bredichina. Jej imieniem, „Połońska”, została nazwana gwiazda, której tory kosmiczne w czasie i przestrzeni odkryła na podstawie swych wieloletnich obserwacji i obliczeń.
Chociaż matuszka całe życie poświęciła teoriom naukowym, nigdy nie była oderwana od życia. Współczując bliźnim, pozostawiła drogie jej badania, gotowa poświęcić życie.
Taka była od młodości. W czasie studiów na Uniwersytecie Lwowskim pozostawia naukę i wróciła w rodzinne strony, aby ratować zaniedbane rodzinne gospodarstwo. Była młodą dziewczyną i potrafiła w krótkim czasie uporządkować je, a także powstrzymać likwidację parku i unikalnej czystości jeziora. Miejscowi wieśniacy darzyli ją ogromnym szacunkiem i prosili by ich nie opuszczała, kiedy Wołyń opanowali sowieci.
Zadziwiające przykłady ofiarności matuszki Jeleny odkrywamy w jej wojennych wspomnieniach. W czasie hitlerowskich obław uratowała życie wielu swoim kolegom astronomom.
Poszukując matki, dobrowolnie udała się do jednego z obozów koncentracyjnych w Polsce. A potem w cudowny sposób, przy pomocy lekarza obozowego, ten obóz opuściła. Pomagając ludziom, ryzykowała utratę jedynego syna, małego Sieroży.
Tych z nas, którzy słyszeli wspomnienia matuszki z jej ust, zawsze uderzał fakt cudownego jej uratowania się od niechybnej śmierci. W czasie Powstania Warszawskiego została aresztowana i miała zostać rozstrzelana. Lufy pięciu karabinów zostały na nią skierowane. A wtedy modliła się do Boga i On dał jej słowo. Potem zwróciła się do żołnierzy, którzy na pasach mieli napis: Gott mit uns. Mówiła do nich jak do chrześcijan przypominając, że w domu oczekują na nich dzieci, matki, żony i siostry. Strzał nie padł. Ktoś krzyknął: „Uciekaj!”. I wróciła do syna. Wkrótce jednak, lecz już w Rosji sowieckiej, utraciła go. Ból po tej stracie nie opuszczał jej do końca życia. Na biurku, przy którym pracowała, zawsze stał portret ładnego chłopczyka na rowerze. Na ścianie wisiała fotografia z podpisem: „Sieroża w grobie”.
Dlaczego i po co Jelena Iwanowna pojechała do Rosji. Ktoś by to nazwał zwykłą emigracyjną naiwnością. Sowieci pozwolili wracać wszystkim. Kierowani uczuciem nostalgii wracali, często wpadając w otchłań łagrów.
Jelena Iwanowna kierowała się wyższymi celami. Bolało ją, że młode pokolenie zostało pozbawione wiary i wpaja mu się dziki ateistyczny pogląd na świat. Zdecydowała się na wyjazd do Rosji, by prowadzić tajne religijne nauczanie. Otrzymała na to błogosławieństwo o. Sergiusza Bułhakowa. W ciągu dziesięcioleci prowadziła w swoim domu lekcje religii. Wielu z jej uczniów zostało duchownymi i mnichami. Nauczała także po wielokrotnym ukaraniu jej przez władzę. W 1952 roku została aresztowana.
Matuszka była bardzo odważna. Jej ulubione słowa to wezwanie do odwagi w modlitwie i życiu. W czasie wojny bez wieści przepadł jej mąż. W męczarniach od choroby zakaźnej umarł syn. W czasie gdy Jelena Iwanowna cierpiała w więzieniu, umarła jej matka. Więzienne przeżycia doprowadziły ją samą do utraty zdrowia. W karcie medycznej odnotowano trzynaście chorób.
Jelenia Iwanowna wiele lat tułała się bez mieszkania, często zmieniała miejsca pracy. Szła po ziemi drogą Hioba. I tak jak on, nie patrząc na nic, oddawała chwałę Bogu. I tak jak on doznawała, szczególnie w ostatnich latach, niezrozumienia i samotności.
Jelenia Iwanowna Kazimirczak-Połońska przyjęła postrzyżyny już po tym, jak w siedemdziesiątym roku życia odeszła na emeryturę z Instytutu Astronomii Teoretycznej Akademii Nauk, aby wykonać ogromną pracę translacyjną na prośbę petersburskiej akademii duchownej.
Podczas zakonnych postrzyżyn z błogosławieństwa świątobliwego patriarchy Aleksego II pozostawiono jej poprzednie imię, tym samym potwierdzając, że życiem swym była już gotowa do „niebiańskiego służenia”.
W rzeczywistości, już od dawna była „monachinią w świecie”.
Siła moja dokonuje się w niemocy – powiedział Jezus (2 Kor 12.9). O prawdzie tego przekazu przekonani byli wszyscy, którzy codziennie obserwowali duchowy wzrost matuszki Jeleny. Kiedy straciła wzrok, nie tylko kontynuowała redagowanie artykułów, ale i wygłaszała wykłady dla uczniów duchownych szkół. Teraz już legalnie prowadziła spotkania religijne z młodzieżą. Współpracowała z lekarzami przy otwarciu dekanalnego szpitala Błogosławionej Kseni. Z inicjatywy monachini Jeleny zorganizowano i oficjalnie powołano Towarzystwo im. św. Sergiusza Radoneskiego, które organizowało pomoc ludziom samotnym chorym i starym.
Zmarła 10 sierpnia 1992 roku. Im więcej czasu upływa od jej śmierci tym bardziej dostrzegamy, że wśród nas żyła prawdziwa wyznawczyni Chrystusa. Jej ulubionym słowem była „odpowiedzialność”. Powtarzała, że chrześcijanin winien być odpowiedzialny za swe słowa, czyny i postępowania. Nawet za swoje myśli. Tylko takie dojrzałe odpowiedzialne postępowanie zamienia życie w służbę Bogu. Ideałem takiej służby był dla matuszki błagowierny książę Aleksander Newski. Poświęciła mu wykład dla studentów akademii w Petersburgu, potem publikację. Duchowni do dziś wspominają matuszkę Jelenę i jej wykłady. Głębia czynów świętego księcia Aleksandra została tak wyrażona przez matuszkę, że odbijała również i jej osiągnięcia duchowe.
Przed śmiercią matuszka mówiła o świętym Aleksandrze Newskim. A może rozmawiała z nim? Do ostatnich chwil prowadziła walkę ze swą fizyczną niemocą. W ostatnim roku życia prawie się nie poruszała, ale nadal troszczyła się o ludzi. Odchodząc, pozostawiła nam słowa: „Wyżej, wyżej, podwig przede wszystkim”.
Jej grób znajduje się na wysokiej górze przy obserwatorium w Pułkowiec, dziewiętnaście kilometrów na południe od Petersburga. Na małym „astronomicznym” cmentarzu cisza unosi dusze ponad codziennością. Jak dobrze tu przyjść w trudnej chwili życia i porozmyślać, że w życiu jest i wysokość, i głębia. Dlatego wszystko przeminie, tylko prawda pozostanie.

Na podstawie artykułu Ludmiły Iliuszynej z rosyjskiego czasopisma dla kobiet przełożyła i opracowała monachini Eudokia Lachocka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token