Eugeniusz Kabatc (stoi)  z Januszem Termerem
Numer 7(301)    lipiec 2010Numer 7(301)    lipiec 2010
fot.Anna Radziukiewicz
Kwas trędowatych
Anna Radziukiewicz

Książnica Podlaska organizuje „Środy literackie”, zapraszając czytelników na spotkania z poetami i pisarzami do swojej siedziby w Białymstoku przy ulicy Kilińskiego. 19 maja gościem „Środy” był pisarz Eugeniusz Kabatc, przewodniczący polskiego oddziału Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC), autor około trzydziestu książek, z których ostatnią jest „Czarnoruska kronika trędowatych”. Towarzyszył mu Janusz Termer, sekretarz SEC, pisarz, krytyk literacki, autor encyklopedycznych wydań, dotyczących literatury polskiej. Spotkanie poprowadził Jan Leończuk, dyrektor Książnicy Podlaskiej.

Główną bohaterką spotkania stała się oczywiście powieść „Czarnoruska kronika trędowatych”, której akcja dotyka przede wszystkim aktu unii, znanej w historiografii jako krewska (1385), na mocy której doszło do zbliżenia dwóch państwowych organizmów – Polski i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Eugeniusz Kabatc przesuwa akcent. To nie w Krewo, dziś białoruskim, a w Wołkowysku, dziś również białoruskim, doszło do uszczegółowienia tego aktu, jego ostatecznej redakcji i podpisania go na wołkowyskim zamku przez Jagiełłę i panów małopolskich.
Bez korzeni nie ma kwiatów, a tym samym twórczości – to prawda dość oczywista, a w przypadku „Czarnoruskiej kroniki” pewna. Eugeniusz Kabatc urodził się przed osiemdziesięciu laty w Wołkowysku i tam się wychował. Przyszedł na świat 11 stycznia, dokładnie w rocznicę podpisania wołkowyskiego aktu. Jakże więc nie mógł sięgnąć do swych odległych korzeni? Data 1385, tak ważna w historii Polski i Litwy (wielkiej Litwy), za sprawą powieści Kabatca ożyła, zaczęła migotać wieloma znaczeniami, dla jednych stając się jak groźny pomruk, zapowiadający kurczenie się ich ruskiej dzierżawy, zanikanie jej, podmywanie jej kultury, dla drugich zapowiedzią mocarstwowości, wyprowadzania małego państwa – zwanego w nowym organizmie dla odróżnienia od Księstwa Koroną – na bezbrzeżne terytoria, sięgające od morza do morza, czyli od Bałtyku po Czarne, usadawiania się go na ruskich ziemiach. Dla wszystkich zapowiadał akt bratobójcze wojny.
O książce Janusz Termer mówił, że stanowi wydarzenie w literaturze polskiej, że nie jest to powieść eseistyczna (co oznaczałoby przyciężka) ale fabularna, która swą fabułą – to mój komentarz – potrafiła udźwignąć więcej treści do przemyślenia, niż niejeden esej.
– Jestem człowiekiem, który nie uznaje słuszności aktu wołkowyckiego – deklarował się pisarz.
Janusz Termer mówił, że podobnie jak Eugeniusz Kabatc myślał już w szesnastym wieku Maciej Stryjkowski, poeta i historyk. Trzy wieki po Stryjkowskim, ten sam obraz aktu z 1385 roku rysował Józef Ignacy Kraszewski. W książce Kraszewskiego, dotyczącej tamtego unijnego aktu i jego następstw, „Polska obejrzała całą siebie z zażenowaniem i zdumieniem” – krytyk cytował opinie rówieśników Kraszewskiego. Książka Kraszewskiego była przełożona między innymi na czeski, litewski i rosyjski.
Ponieważ goście „Środy literackiej” przybyli do Białegostoku nie z Warszawy, gdzie mieszkają, a z Grodna, gdzie uczestniczyli w obchodach setnej rocznicy śmierci Elizy Orzeszkowej, chodzili jej nadniemeńskimi ścieżkami, w jedno splatającymi polskość i ruskość, akcenty pogranicza kultur były na spotkaniu nieustannie obecne. Mówiono o potrzebie dialogu i jego korzyściach, czyli wzajemnym wzbogacaniu się.
Powiedziałam wtedy, że podnosi mnie na duchu dostrzeganie wkładu innych kultur niż polska w budowanie kultury Rzeczypospolitej przez polskich intelektualistów, takich jak prof. Maria Janion, Czesław Miłosz, ks. Wacław Hryniewicz, czy choćby obecni goście. Ich głos jest słyszalny. Natomiast głos tych, którzy opowiedzieli się po stronie kultur mniejszościowych i dla nich tworzą, na ogólnopolskie forum praktycznie się nie przebija, nawet jeśli dotyczy spraw ważnych dla wszystkich.
Problem drugi, to zasięg dialogu, tym samym wzajemnego docenienia się i szanowania. Poza salony dialog jeszcze nie wyszedł. Dowód? Wyciągnęłam butelkę. Na niej cyrylicki napis: „Kwas chlebnyj lidskij”, to znaczy wyprodukowany w Lidzie na Białorusi – niedaleko od Wołkowyska. Kwas kupiłam w przeddzień spotkania, przypadkowo, gdy ekspedientka w podbiałostockim sklepie wyjaśniała znajomemu: – Tak, wiemy, to białoruski kwas, ale na kartce z ceną napisaliśmy „litewski”, bo kto kupiłby białoruski! „Białoruski” źle się wszystkim kojarzy.
Kwas trędowatych – pomyślałam. I kupiłam kilka butelek, by poczęstować nim gości spotkania. Smakował.

fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token