Numer 6(300)    czerwiec 2010Numer 6(300)    czerwiec 2010
fot.Anna Radziukiewicz
... jeśli masz w sobie wiarę
Anna Radziukiewicz

Zacisznie usadowiła się Krynica pomiędzy górami, w kotlinie. Zebrała z nich wody – potoki i strumyki – i toczy je po kamienistych korytach. Zaniesie do Wisły. Latem rozściela Krynica dywany kwiatów przy deptaku, jesienią przenosi je na stoki, tkając cudne kobierce z lasów bukowo-jodłowych. Słodko-zdrojowo-leniwa Krynica. I kościelna Krynica, z pięcioma kościołami, zakonnicami, których tu spotkacie wiele, więcej niż chyba w każdym innym mieście. Tak dwunastotysięczne, pęczniejące razem z gośćmi do dwudziestu tysięcy, miasto, zapisuje się w pamięci kuracjusza.

Ale moja pamięć potyka się o cierń. Sterczy w niej „Wisła”, akcja, która tę ziemię jakby zdezynfekowała od jakiejś zarazy, w ciągu jednego letniego miesiąca, już powojennego, bo w czterdziestym siódmym roku.
Gdyby nie ta dezynfekcja, może by pięcioma cerkwiami witała Krynica gości, i łemkowską besidą. Przecież gęsty łemkowski kraj rozpościerał się od razu za Nowym Sączem, jadąc od Krakowa. Witał Grybowem, Boguszą, Królową, Binczarową, Florynką, Polanami, Piorunką, Śnietnicą, Uściem Ruskim, dziś Gorlickim, Kwiatoniem, Gładyszowem, Banicą, Bartnem, Hańczową, Wysową, Blechnarką i Krynicą właśnie. I gęsto rozsiewał cerkwie.
Błękitna willa Romanówka przegląda się w potoku, w samym centrum krynickiego kurortu. Mieści muzeum nieprofesjonalnej sztuki im. Nikifora, Krynickiego oczywiście, czyli Epyfana Drowniaka, upartego Łemka.

DWORCE KOLEJOWE

Gabloty są wypełnione pamiątkami po Nikiforze, ściany jego obrazami, czy raczej rysunkami i malunkami. Dworce, tory kolejowe, parkamy na obrazach, chmury i obłoki piętrzące się niczym góry. Obdarte powojenne stacje Nikifor jakby w sferę mitu wkładał, świętości jakiejś, piękna nieziemskiego. Skąd tyle dworców?
Znów cierń. On, co to ledwie rozmówić się umiał, kaleka, był od czterdziestego siódmego kilka razy wyganiany z rodzinnej Krynicy, najdalej, gdzieś aż do Szczecina. Nawet psa tak daleko nikt nie wyganiał. Dworcowy krajobraz snuł się przed jego oczyma długimi dniami i nocami. Nikifor wracał. Do Domu. Bo Dom może być tylko jeden – jak później napisze Piotr Trochanowski. Inne, to tylko miejsca zamieszkiwania. Dom Nikifora – krynicki deptak – był obszerny. Ach, jak zapamiętale na nim malował, że ludzi wokół nie widział. Ten mały, drobny, wychudzony człowieczek dał się bez reszty zawładnąć geniuszowi. Potem przygarnęli go dobrzy ludzie. Dali pokój. A ukraiński malarz, Roman Turyn, zorganizował mu pierwszą wystawę w Paryżu. Odkrył go – od razu dla świata. I choć to odkrycie nastąpiło już w latach 30., przed „Wisłą”, to i tak tego artystę naiwnego, dla którego duszy kraj ojczysty stał się jedynym natchnieniem, wyrywano z gór z korzeniami. Ale Łemko był uparty. Wracał. Po „Wiśle”, w latach 50., drogę do największych galerii świata torowali mu Ella i Andrzej Banachowie.
Ale zwiedzający nie dowiedzą się, skąd tyle dworców. Może jeszcze pójdą zrobić zdjęcie przy pomniku mu ufundowanym w 2005 roku w parku zdrojowym, z napisem także po łemkowsku. Ale i tam nikt nie opowie im tęsknocie za Domem, która kruszyła strach przed milicją, więzieniem, urzędnikami i setkami kilometrów, znaczonych setkami dworców.

TĘSKNOTA

O tęsknocie opowie poeta Piotr Trochanowski. Ale czy zechce go słuchać Polak? Jedną książkę, „A Wisła dalej płynie”, Petro Murianka, czyli Piotr Trochanowski, napisał po polsku. Zamiast dedykacji nadzieję umieścił: „Sąsiadom naszym, Polakom, z wiarą – że zechcą przeczytać i spróbować zrozumieć”.
Petro nie zdążył urodzić się w Bilcarewej, czyli Binczarowej, wędrował na zachód w brzuchu matki, Sandry Trochanowskiej. Tęsknotę za górami wypieścili w nim, wypielęgnowali jak kwiat najpiękniejszy, rodzice – Sandra i Teodor Trochanowscy. Potem syn zamknie tę miłość i tęsknotę w słowie poetyckim, tak, by nigdy nie zwiędła. Będzie się zastanawiać: Wisło, Wisło, królowo polskich rzek – czemu twoim właśnie imieniem ochrzcił ktoś jedno z najohydniejszych przestępstw tysiącleci, „akcję” – najboleśniejszy nasz ból, nieskończony smutek mamy, taty, Jarosia, [brata, Jarosława Trochanowskiego – przyp. ar] mój? Wszystkich tych Rusnaków, których przywołałem z pamięci.
Ach, ta książka, choć pisana po polsku, cała jest podszyta mową ojczystą. Bo jakże to tak, dziecko, które najpierw stało się po swojemu piśmienne, bo o tym jak tato, tak i mama nie zapomnieli, a po rusku pisać umiało na długo przedtem zanim w szkole zaczęło uczyć się ruskiego (znaczy po państwowemu rosyjskiego). Te nanoszki, ujkowie, gazdy, te Petra, Wasyle, Wanie, Władymiry, Ołehi, ta Austryja, Hałyczyna, Hameryka. Pełno tu słów matczynych, mądrości ojcowskiej, zaśpiewu łemkowskiego. Pełno tu niepolskości. Bo jeżeli ktoś, jak Piotr Trochanowski, tak jaskrawo, tak bezapelacyjnie wybrał łemkowskość, to jakżeby ona nie przebiła nawet przez tekst polski, pisany dla Polaków.

WIARA

Bo to tekst, jak każdy inny, pisany z wiarą. A wiara, jak miłość, musi mieć swój język. Trzeba wielkiej wiary, by język gazdów wynieść do literackiego. Petro Murianka pisze w swojej „polskiej” książce: Kiedy tak się zanurzy w całe bogactwo pokoleń i potrafi wyrazić w nim smak, zapach i drgnienie. I nie ma znaczenia, że w jednym z nich napisano wiele, a w drugim nie stworzono jeszcze tak naprawdę nic. Spróbuj uczynić to ty, jeśli masz w sobie wiarę. Nie miłość. Bo miłość na pewno masz. Właśnie wiarę, że językiem ojców potrafisz złożyć nie tylko pokrzykiwanie przy orce na wołów, a i szelest zboża, które zasiejesz, mowę chmur które ześlą mu wilgoć życia, ciepło słońca którym dojrzeje... Boże daj taką wiarę.
Ale choć zdaniem poety wiara to wielki skarb, Góry przenosi ....to jednak naszych nie przeniosła, tylko dlatego, że o to nikt nie prosił, niczyja myśl nawet nie dotknęła takiego czegoś, takiej prośby-grzechu. Wiadomo, że Góry mogą być Górami tylko wtedy, kiedy są w Górach. One muszą zostać na swoim miejscu. To do nich trzeba wrócić. I o to prosiła mama zajedno Wielkiego, Dobrego Boga. Ale tej prośby Dobry Bóg nie wysłuchał. (...) Ale o to mama właśnie nie miała pretensji. Bo przecież ile było takich, jak ona – co prosili? Całe morze! No, a ileż można słuchać tego samego: mnie wygnali, i mnie wygnali, i mnie wygnali. (...) takich próśb było tysiące, a Bóg tylko Jeden.

PRZYWYKANIE

Więc książka „A Wisła dalej płynie” jest nie tylko spowiedzią z miłości, tęsknoty i wiary, ale i opowieścią o kilkudziesięciu latach przywykania do wygnania, rodzenia się na obcej ziemi i umierania na niej, gdzieś w Trzmielu, Lignicy (Legnicy), Wrocławiu, jest zapisem nowej, wymuszonej, gorzkiej świadomości: „Ojczyzna jest tam, gdzie jest naród”. Dobrze więc tę Ojczyznę, przenośną, w walizce, do której Gór nijak nie zmieścisz, nasączyć choć swoim obyczajem, besidą (rozmową), rozumem, mądrością, pamięcią i miłością.
Pani Anna, żona Piotra Trochanowskiego, podała stos ruskich pierogów. Tak dobrych nigdzie nie jadłam. Dom, w którym mieszkają – to prawosławna plebania, bo pan Piotr dyryguje cerkiewnym chórem w Krynicy, leży na peryferiach kurortu.
Rozmawiamy o tej walizkowej ojczyźnie. I znów zostaje nam wiara, choć ta Gór nie przenosi.
W Krynicy w latach osiemdziesiątych, czyli już po powrotach części Łemków z ziem zachodnich, było ponad 130 prawosławnych, teraz jest około siedemdziesięciu. A i tak jest to jedna z największych łemkowskich parafii.
Młodzi wyjeżdżają na studia, przeważnie do Krakowa lub Wrocławia. Z reguły nie wracają. – Może kiedyś się odwróci – ma nadzieję krynicki poeta. Poeta zawsze ma prawo do nadziei. Tym bardziej, że ma przed sobą i jasny punkt łemkowskich losów. Za czasów cesarzowej Marii Teresy (rządziła w latach 1740-1780) Łemkowie z południowego skłonu Karpat, czyli z Preszowszczyzny, osiedlili się w okolicach Wojewodiny, wtedy austro-węgierskiej, dziś serbskiej. Przymierzyli do siebie dewizę: „Ojczyzna jest tam, gdzie naród”. Pasowała. Dziś, poczynając od szkoły podstawowej, kończąc na wyższej, bo i taką posiadają, wszystkich przedmiotów uczą po rusnacku (przed ponad dwustu laty, gdy wyemigrowali, nazywali się Rusnakami i tak pozstało do dziś, nazwa Łemkowie pojawiła się dopiero w XIX wieku). Serbski jest jednym z przedmiotów.
Wydają wiele czasopism. I mają jedno pismo, które prenumeruje każda rodzina. Tradycja jego powszechnego czytania przechodzi z pokolenia na pokolenie, jak obowiązek.
W połowie osiemnastego wieku skrywali się przed prześladowaniami Marii Teresy Rusnacy już jako unici. Piotr Trochanowski zdaje sobie sprawę z tego, że wtedy warstwa unickości była jeszcze cienka, wszak w grupie ostatnich w Rzeczypospolitej przyjmowali unię Rusnaki. W służebnikach unickich, nawet w dziewiętnastym wieku, pisano: „prawosławny”. Świadek dziewiętnastego wieku, zmarły na progu dwudziestego, Ałeksander Pawłowycz (1819-1900), unicki duchowny, nauczyciel, poeta, budziciel świadomości narodowej pisał: Nowy hod dnes zaczyname my wsi prawosławny. Zaś w swym wierszu: Wostoku sia i bezduszna kwiatoczka kłaniajet, pred Zapadam sia lakajet, do kupky stulajet.
Dawniej Łemkowie unici byli z przekonania prawosławni – twierdzi Piotr Trochanowski – tylko z konieczności pozostawali unitami. O. Teofil Kaczmarczyk (1843-1922), unicki duchowny, służący 43 lata w Binczarowej, założyciel Ruskiej Bursy w Nowym Sączu, by uniknąć nazwy grekokatolik, pisał: obriadu naszeho.
W Polsce różnica między unitami i prawosławnymi jest teraz wyraźna i wyostrza się – uważa Piotr Trochanowski, w Wojewodzinie natomiast Łemkowie jakby zachowują stan dziewiętnastowiecznej świadomości – formalnego, administracyjnego li tylko związku ze światem chrześcijaństwa zachodniego.
Jak żyć w tej ojczyźnie rozproszonej – pyta krynicki poeta? Jak wiązać jedną nicią tych, którzy są w Kanadzie Stanach Zjednoczonych, Wrocławiu, Trzmielu, Preszowie?

SŁOWO

Słowem – taką odpowiedź pisze życie poety – własnym, lub przełożonym z innej mowy.
Poezja – oryginalna i ta z przekładów – ma moc wynoszenia języka ludu, dialektu, na poziom języka literackiego, czyli pełnoprawnego, który potrafi wysławić, w przekładach, wielką literaturę światową. Takiego języka nie można już nazwać prostym i ubogim. W łemkowskim zapisano już pierwsze teksty w wieku szesnastym, w osiemnastym przełożono nań Psałterz. Jednak do przekładów zaczął go tak naprawdę „zaganiać” dopiero Piotr Trochanowski. Przekłada z ukraińskiego, polskiego, białoruskiego, rosyjskiego, serbochorwackiego, słowackiego, nawet kaszubskiego.
Skąd ta gibkość językowa, skąd znajomość tak rozległych zasobów leksykalnych?
– Bardzo pomaga – wyjaśnia Piotr Trochanowski – znajomość cerkiewnosłowiańskiego, matki wszystkich języków słowiańskich, do którego najbardziej jest dziś chyba zbliżony serbochorwacki, wszak kolebką cerkiewnosłowiańskiego były Bałkany. A łemkowski do dziś przechowuje wiele „czystych” słów wziętych z tego języka, choćby dnes – dziś, ju – ją, piniaz – pieniądz.
Przekład to sztuka nieraz trudniejsza od twórczości własnej. – Czy z ukraińskiego jest najłatwiej przekładać na łemkowski? – pytam poetę. – Z polskiego łatwiej – słyszę. Przekład powinien zachować melodię, rytm oryginału. Akcent w polskim i łemkowskim jest taki sam, wyróżnia przedostatnią sylabę słowa, a to bardzo pomaga wejściu na tor rytmu. W ukraińskim, rosyjskim, czy białoruskim jest ruchomy i żeby zachować ową melodię utworu, potrzeba słownej ekwilibrystyki. Może dlatego udało się krynickiemu poecie przełożyć na łemkowski nawet mickiewiczowską „Odę do młodości”, utwór bardzo trudny dla sztuki translatorskiej.
Piotr Trochanowski przekłada te utwory, które zostawią jednocześnie w jego narodzie jakieś nauki, choćby poemat XIX-wiecznego słowackiego wieszcza Ludowita Sztura „Mateusz z Trenczyna”. Sztur był ewangelikiem. Żył w czasach odrodzenia tradycji cyrylometodiańskiej, pozostawał pod wielkim wpływem kultury rosyjskiej. To wszystko znalazło odbicie w jego „Mateuszu”. Albo „Mojżesz” Iwana Franko. Piotr Trochanowski, żyjący od szkoły powszechnej w cieniu zachwytu nad tym ukraińskim poematem, podejmuje się trudu jego tłumaczenia, bo widzi w nim paralelę między dolą narodu wybranego, żydowskiego, i „niewybranego”, swego. Albo jeszcze „Zielona Ewangelia”, tom wierszy wybranych Bohdana Ihora Antonycza, napisany po ukraińsku przed drugą wojną, tak bliski duszy Łemka.
Przekładów Piotra Trochanowskiego uzbierałoby się już na dobry tom. A są one i rozproszone po wielu numerach łemkowskiego dwumiesięcznika „Besida”, „Rocznika Łemkowskiego”, redagowanych od początku przez krynickiego poetę. Ale jeśli już od 2001 roku jest filologia łemkowska przy Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, potrzeba przekładów na łemkowski światowej literatury i oczywiście poezji własnej.
Chyba bardziej niż przekłady znamy utwory własne, poetyckie, Piotra Trochanowskiego, takie jak „Suchy badyl” (1983), „Murianczyko” (1984), „Jak sokół wodę z kamienia” (1989), „Płanetnyky” (2001). Znamy też jest jego autorstwa łemkowski elementarz „A ja znam azbuku”. I znamy pana Piotra jako solistę Łemkowyny, chórzystę Żurawli, autora wielu kompozycji muzycznych do własnych wierszy, tego, który teatralno-obrzędową tradycję przenosi do młodych pokoleń i tego, który różne pożyteczne dla ducha i kultury poczynania rozwija w Stowarzyszeniu Łemków, Stowarzyszeniu „Ruska Bursa”, fundacji Ruthenika. Tak jakby na różnych instrumentach chciał wygrać swoją miłość, tęsknotę, ból i nadzieję.

fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token