Wizja hajnowskiej cerkwi na akwareli Jerzego Nowosielskiego Akwarelę ze zbiorów o. Leoncjusza Tofiluka sfotografował Jerzy Uścinowicz
Numer 6(300)    czerwiec 2010Numer 6(300)    czerwiec 2010
fot.Anna Radziukiewicz
W przestrzeniach życia
Anna Rydzanicz

Prezentujemy trzecią, ostatnią, część wspomnień profesora architektury, Aleksandra Aleksego Grygorowicza. Jednego z trzech, obok Adama Stalony-Dobrzańskiego i Jerzego Nowosielskiego, prawosławnych artystów, którzy przyczynili się do wzmocnienia osłabionego po II wojnie światowej prawosławia w Polsce. Dzięki ich oddaniu oraz wybitnym umiejętnościom powstało wiele nowych cerkwi.

DZIEŁO ŻYCIA

W 1971 roku wierni postanowili wybudować nową cerkiew w Hajnówce. Rok później ogłoszono konkurs na jej projekt. Wcześniej od Jerzego Nowosielskiego otrzymałem list, do którego dołączył on list o. Leoncjusza Tofiluka. Ówczesny wikariusz hajnowskiej parafii zwracał się do Nowosielskiego z prośbą o znalezienie dobrego architekta.
Władze, wydając 28 lutego 1973 roku zgodę na budowę cerkwi, zastrzegły, że ma to być jedynie miejsce modlitwy, bez sal wykładowych ani miejsca dla instytucji o charakterze społecznym, szczególnie skupiających młodzież. Mogłyby tam się znajdować tylko pracownie kroju i szycia szat liturgicznych.
Należało też szybko przedstawić program świątyni, więc złożyłem pierwszy wariant projektu, z niewielką nadzieją, że zostanie przyjęty. Wiedziano na Podlasiu jedynie, że projektowałem cerkiew w Jałówce, której bryła niektórym wydawała się zbyt udziwniona. Jednak proboszcz parafii w Hajnówce, o. Antoni Dziewiatowski, był odważny i wybrał mnie.
Zafascynowany budowlami krzyżowo-kopułowymi Chersonezu i Czernichowa postanowiłem iść w kierunku połączenia tradycji i nowoczesności. Schemat krzyżowo-kopułowy uznałem za ponadczasowy. W konstrukcji, co było nowością, zastosowałem żelbet. Cebulę kopuły, lekko przerysowaną, projektowałem z myślą o secesyjnej kaplicy autorstwa rosyjskiego architekta Szczusjewa, którą zachwyciłem się w Poczajowie. Chciałem duży stożek wieży nakryć odpowiednio okazałą kopułą.
Cały czas też pamiętałem maksymę profesora Tołwińskiego, iż sukces architektury zależy od poprawnego rozwiązania otoczenia obiektu. Działka znajdowała się przy drodze. Główne wejście miało komponować się z drogą procesyjną wokół cerkwi i miejscem na dzwonnicę, co na szczęście udało mi się zharmonizować. Obok wciąż stała cerkiew św. Mikołaja, przeniesiona później do Czyż.
14 października 1973 roku, kiedy metropolita Bazyli wyświęcał kamień węgielny, było dziesięć stopni poniżej zera. Fundamenty wylewano wiosną następnego roku.
Jeździłem do Hajnówki co dwa tygodnie, a z czasem i co tydzień, pociągiem, z kilkoma przesiadkami, z Gliwic. Na podmokłym terenie wody gruntowe znajdowały się niewiele ponad metr poniżej poziomu terenu, więc trzeba było sypać tony ziemi, aby cerkiew posadowić wyżej.
– Koniecznie musisz wykonać polichromię – zaproponowałem Nowosielskiemu, z czego artysta bardzo się ucieszył. Jednak radzie parafialnej jego malarstwo nie przypadło do gustu.
Wielokrotnie konsultowałem projekt z Jerzym Nowosielskim. Mogę nawet narysować, w którym miejscu doradził mi podbudowę kopuły w kształcie sześcianu. Bardzo charakterystyczna podstawa kopuły-cebulki jest jego wynalazkiem. Wspólnie zastanawialiśmy się również nad wyrazem dzwonnicy. Według Nowosielskiego jej góra miała składać się z dwóch półkolistych łuków, co utworzyłoby dwie konchy. Uznałem to za przerost formy i korpus dzwonnicy utworzyła jedna. To mnie zainspirowało do zaprojektowania zwielokratniającego dźwięk ekranu. Nie każdemu podobał się taki kształt dzwonnicy. Potem jednak został doceniony, szczególnie kiedy głos dzwonów niósł się w kierunku miasta.
Zresztą nie tylko konstrukcja budowli, również miedziany dach i kształt kopuł wzbudzały wiele zastrzeżeń. Nie zgodziłem się na umieszczenie kotłowni w piwnicach świątyni. Siedemdziesiąt metrów dalej zaprojektowałem dom parafialny z salą konferencyjną na parterze i kotłownią w piwnicy. Stamtąd rurami można było doprowadzić ciepłe powietrze do wnętrza cerkwi. Musiałem też rozwiązać kwestie brył i nakrycia diakonikonu i prothesis. Z pozoru proste rozwiązanie wymagało nie tylko długich przemyśleń, ale i nieskończoneuj ilości rysunków koncepcyjnych. W efekcie graniatosłupowe bryły zakończyłem charakterystycznymi dachami, W cerkwi głównej powstały dwie zakrystie, a w konsekwencji dwie nawy. Obok głównej, od strony północnej oddzielonej schodami, przewidzianej do służenia liturgii dla uczniów, jest podwyższona o parę stopni nawa boczna. W dolnej kondygnacji zaś przewidziałem jednonawową cerkiew z obszerną emporą. Akustycznie oddzielona przestrzeń, podczas festiwalu może służyć za miejsce prób chóru.
W trakcie budowy pojawiły się informacje, mogące skłócić prawosławnych artystów, a dotyczące autorstwa projektu i współzawodnictwa. Podobno mojego z Nowosielskim. Oczywiście nigdy nic takiego nie miało miejsca, bo Jurek był niespotykanie uczciwym człowiekiem. Nasza wieloletnia współpraca była raczej symbiozą niż konkurencją.
W trosce o aranżację wnętrza cerkwi Świętej Trójcy, o. Dziewiatowski jeździł po Europie w poszukiwaniu autora polichromii. Po niemałych trudach znalazł w Atenach bardzo dobrego artystę o tradycyjnym wyczuciu piękna. Dimitrios Andronopulos stworzył polichromię w stylu późnych Paleologów. Nie mogąc na stałe przebywać w Polsce, przywoził z Grecji gotowe namalowane płótna i przyklejał je na ścianach. Niełatwo było mu zaprojektować rozmalowanie wieży, ale sięgając do iluzjonizmu, poradził z problemem sobie doskonale. Do dzisiaj uważam jednak, że polichromia autorstwa Nowosielskiego dużo lepiej pasowałaby do bryły.
Poprosiłem o. Dziewiatowskiego, aby pozwolił mi zaprojektować główny ikonostas. Mieliśmy różne wizje. O. Antoni, przywiązany do form XIX-wiecznych, zakładał drewnianą konstrukcję. Ja, sądząc że delikatna snycerska robota zagubi się w monumentalnym wnętrzu, przekonywałem, by wzorem świątyń Bizancjum zastosował betonową konstrukcję. Ostatecznie proboszcz przyznał mi rację.
Zamówione w Charkowie mozaiki Matki Bożej i Chrystusa, znacznie odbiegające od tradycji, nie spełniały naszych wymogów, więc trzykrotnie je poprawiano. W końcu, w 1983 roku, zostały zamontowane.
Naśladując nieżyjącego już wtedy Adama Stalony-Dobrzańskiego, zaprojektowałem punkt centralny świątyni, panikadiło, choć on na pewno zrobiłby to lepiej. Inspirując się przestrzennym krzyżem z litego brązu z Wenecji, zaproponowałem ażurową konstrukcję krzyża z cienkich konstrukcji stalowych. W wolnych, pełnych światła przestrzeniach można było umieścić szklane medaliony. Wyczuwając wagę chwili, na rok przed obchodami 1000-lecia Chrztu Rusi, postanowiłem umieścić na nich głównie witrażowe ikony ruskich świętych.
Pragnę przy okazji sprostować błędne informacje dotyczące witraży. Niestety, nie są one autorstwa profesora Stalony-Dobrzańskiego. Adam zdążył wykonać jedynie ich wstępne projekty. Jego dzieło zostało dokończone już nie tak mistrzowską ręką. Postanowiłem też, że pozostawię jakiś ślad po swoich bliskich. Za zgodą proboszcza zaprojektowałem witraż, przedstawiający świętego Jerzego, patrona mego syna, umieszczając go pomiędzy wyjściem na klatkę schodową, prowadzącą na chór i łączącą dzwonnicę galerią.
W ciągu kilkunastu lat powstało dzieło o kubaturze piętnastu tysięcy metrów sześciennych.
Prestoł cerkwi Świętej Trójcy w Hajnówce wyświęcono w 1988 roku. W tym też czasie wiele zmieniło się w moim życiu. Od 1976 roku, głównie w trosce o zdrowie dzieci, przenieśliśmy się

Z GLIWIC DO POZNANIA,

gdzie podjąłem pracę na wydziale architektury Politechniki Poznańskiej. Za nami przeprowadził się z Krakowa mój ojciec, a potem owdowiała ciotka Olga Chirowska.
W miarę możliwości, zawsze wracam do Hajnówki. Cztery lata temu rozpocząłem starania, pukając do drzwi instancji cerkiewnych i samorządowych, aby cerkiew ocieplić. Po ponad dwudziestu latach w klimacie Podlasia ściany zaczęły przemarzać, co było zabójcze dla polichromii. Szczęśliwie cerkiew została obłożona styropianem i otynkowana, bez uszczerbku dla jej kształtu.
Budowa w Hajnówce sprawiła, że dane mi było podjąć się jeszcze kilku inwestycji na Podlasiu. – Może byś potrafił poszerzyć cerkiew? – zapytał mnie w 1979 roku o. Leoncjusz Tofiluk, wtedy już proboszcz parafii św. Michała w Bielsku Podlaskim. W XVIII-wiecznej świątyni przybywało parafian. Nie przypuszczałem, że zwiążę się z Bielskiem na pięć lat. Tymczasem, chcąc poszerzyć cerkiew, zaproponowałem dostawienie trzech prezbiteriów, zwieńczonych kopułkami. W efekcie gołym okiem trudno odróżnić część oryginalną od współczesnej. Następnie obok cerkwi zaprojektowałem obszerną plebanię, umieszczając w niej baptysterium. Tym razem elementy malarskie wykonał profesor Nowosielski. Znakomicie, zamiast ikonostasu, zrobił wklęsły łuk w kształcie arki. Naturalnie sięgnął po czerwień, więc tam, w dobrym tego słowa znaczeniu, od niej aż kapie. Prace w Bielsku Podlaskim zakończono w 1984 roku.
W tym samym czasie o. Grzegorz Sosna prowadził budowę zaprojektowanej przeze mnie plebanii w Siemiatyczach z kaplicą św. Eufrozyny wraz z witrażami. Niezrealizowany pozostał natomiast projekt siemiatyckiej cerkwi na wzgórzu, w który włożyłem wiele pracy, wykonując szkice w oparciu o panoramę miasteczka z kilku stron. Projekt brał pod uwagę urozmaicenia krajobrazu siemiatyckiego. Było mi przykro, kiedy – nie informując mnie – wybrano inny projekt.
W 1986 roku zostałem profesorem nadzwyczajnym, a w 1992 roku otrzymałem tytuł profesora zwyczajnego oraz Krzyż Oficerski Odrodzenia Polski. Za najcenniejszą z nagród w dziedzinie zawodowej uważam nagrodę Polskiej Akademii Nauk im. Noakowskiego za pracę habilitacyjną, a w 2007 roku za całokształt pracy otrzymałem honorową nagrodę Stowarzyszenia Architektów Polskich. Jako prawosławny bardzo cieszę się też z nagrody im. Księcia Konstantego Ostrogskiego, którego postać jest mi bardzo droga. Szczególnie pamiętam okoliczności wręczania nagrody im. św. Brata Alberta w 1981 roku. Zamiast, zwyczajowo, w Pałacu Łazienkowskim, ze względu na wprowadzenie stanu wojennego otrzymałem ją w soborze św. Marii Magdaleny z rąk metropolity Bazylego.

LEDNICA

Ciekawym doświadczeniem w moim życiu zawodowym, łączącym miłość do archeologii i architektury, było kilkunastoletnie zasiadanie w Radzie Naukowo-Społecznej Parku Lednickiego. Na początku lat 90. nowy dyrektor zaproponował mi zaprojektowanie na wyspie parku etnograficznego. Podpowiedziałem, że projekt może wykonać w ramach pracy magisterskiej jedna z moich studentek. Przy okazji wszedłem w skład rady, przez wiele lat jej przewodnicząc. W 1998 roku mogliśmy wydać wspólnie z archeologami, paleobotanikami i botanikami pracę „Podstawy rekonstrukcji wczesnodziejowego zespołu rezydencjonalno-obronnego na Ostrowie Lednickim”. Nie tylko na podstawie wykopalisk archeologicznych, ale przede wszystkim ewolucji roślin, dendrolodzy ustalili wiek dziedziny państwa polskiego. Odkryliśmy też stare i nowe grodzisko. Materiał dendrologiczny wykazał, że najstarsze, z przełomu IX i X wieku, powstało jeszcze za księcia Ziemomysła. Z braku dostępu powietrza ocalały resztki mostu obronnego. Na wyspie, dziedzicznej własności plemiennej pierwszych Piastów, znajdowała się siedziba Mieszka i Dobrawy. Tu urodził się Bolesław Chrobry. Książęce palatium zamieszkiwała rodzina książęca oraz około 60-70 związanych z dworem urzędników, a także co najmniej stu wojów. Lednicki gród systemem budowli przypominał budowane na Rusi grody w Lubeczu, Czartorysku i Kijowie, zaś wzniesiona przed palatium rotunda – świątynie Państwa Wielkomorawskiego. W trakcie prac znaleziono tu pektorał z cerkiewnosłowiańskim napisem „IC+XC” oraz inne przedmioty liturgiczne, świadczące o tym, że odprawiano tu liturgie w obrządku bizantyńskim lub cerkiewnosłowiańskim.
Badania obaliły wiele hipotez. Okazało się, że chrzty mieszkańców Lednicy odbywały się w jeziorze, ponieważ w zespole nie było miejsca na baptysterium. Zafascynowany historią Lednicy był mój syn, który przez lata, jako przewodnik, spędzał tam wiele czasu. Genetyka roślin, którą zajmował się naukowo, wydawała się stać u niego na drugim planie, choć doktorat obronił doskonale.

DZIECIOM STARAŁEM SIĘ

przekazać wartości może niezbyt przydatne w życiu, ale na pewno szlachetne. Chciałem, aby Jurek uprawiał sport, ale on raczej był uduchowionym humanistą, pisarzem, choć początkowo posądzałem go o grafomanię. Jednak zmieniłem zdanie po przeczytaniu jego opowiadań w rękopisie. Zamykał się w swoim świecie nie tylko pisząc, ale i tworząc gry komputerowe (polska edycja Wikipedii zamieszcza hasło: Wojciech Grygorowicz – przyp. red.). Klaudia jest rzeźbiarką, prowadzi pracownię rzeźbiarską dla studentów architektury na Politechnice Poznańskiej. Jest matką naszych wnucząt, Alicji i Kacpra, na które z żoną troskliwie chuchamy. Tym bardziej, że życie nie oszczędziło nam bólu. Wrzesień 2005 roku przekreślił wiele planów. Tragicznie odszedł Jurek, przechodząc w niedozwolonym miejscu przez jezdnię. Dotąd duchowo związany byłem z Krakowem, ponieważ tam, na Cmentarzu Rakowickim przy bramie północnej, spoczywa cała moja rodzina. Zmarła w 1968 roku moja mama, w 1983 – babcia, a w 1990 roku, ojciec. Spoczywają tam ciotki i wujowie. Było i miejsce dla mnie, ale niespodziewana śmierć Jurka zmieniła wszystko. Został pochowany na Cmentarzu Junikowskim w Poznaniu i jest tam miejsce i dla mnie. .
Do dziś, choć zostało nas niewielu, utrzymuję kontakty z przyjaciółmi mojego dzieciństwa i młodości, rozsianymi po całym świecie. Kilka lat temu w Petersburgu zmarł mój przyjaciel z ławy szkolnej w sarneńskim gimnazjum, Oleg Babajew. Bez trudu mogę się teraz połączyć z moją osiadłą pod Manchesterem koleżanką Zosią Sulikówną, córką walczącego pod Monte Cassino generała Nikodema Sulika-Sarnowskiego. Do dziś pozostaję w kontakcie z Kaziem Bednarkiem, przyjacielem z wypraw morskich, który w trudnych momentach pomagał mi w opiece nad chorą mamą i babcią. Odwiedziłem w Poznaniu, zmarła z początkiem maja, drobniutką, obdarzoną niegdyś pięknym mezzosopranem, panią Wierę Sobocińską, moją korepetytorkę, której akompaniowała moja mama. Choć nie poznawała mnie, cieszyłem się z tych spotkań.
Mimo upływu czasu staram się nie poddawać. Dwa lata po przejściu w 1993 roku na emeryturę zostałem jeszcze na uczelni. Promowałem ponad pięćdziesięciu magistrantów oraz dwunastu doktorantów. Przyznaję, że nadal staram się przekazywać swoją wiedzę. Raz w miesiącu dojeżdżam z Poznania na wykłady do Legnicy, w jednej z prywatnych szkół wyższych. Związany też jestem z Uniwersytetem Przyrodniczym w Poznaniu. Na szczęście mój zawód jest moją pasją. Zawsze też miałem skłonności pedagogiczne, więc sztuka trafionego wyboru przyniosła mi satysfakcję w życiu zawodowym.

fot. autorka

Opinie

[1] 2012-03-14 20:30:00 żurawina
Szkoda, że cerkiew w Hajnówce nie otrzymała polichromii Jerzego Nowosielskiego, co stworzyłoby harmonijną całość ze wspaniałą architekturą świątyni. Może red. Anna Radziukiewicz też tak sądzi- wszak znała Artystę i umiała z nim pięknie i mądrze rozmawiać.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token