w 1988 roku z wizytą u Bobajewa  i jego żony, z tyłu ich synowie  trzy pokolenia Grygorowiczów  na molo w Międzyzdrojach, rok 1989 Podczas atlantyckiej wyprawy
Numer 4(298)    kwiecień 2010Numer 4(298)    kwiecień 2010
fot.
W przestrzeniach życia (cz. II)
Anna Rydzanicz

W poprzednim numerze prezentowaliśmy pierwszą część wspomnień profesora Aleksandra Aleksego Grygorowicza, wybitnego architekta, autora znaczących obiektów sakralnych, pioniera architektury nowej, którego dorobek doskonale określa powiedzenie, iż architektura jest przestrzennym ujęciem ducha czasu.

– Z anim w cerkwi w Krakowie zobaczyłem Adama Stalony-Dobrzańskiego, parafianina jeszcze sprzed wojny, wykładowcę krakowskiej ASP, poznaliśmy się w sali wykładowej na zajęciach z liternictwa. Niemałym zaskoczeniem było spotkanie po kilku tygodniach adiunkta Stalony-Dobrzańskiego na Szpitalnej. Wysoki, zamaszystym krokiem, wchodził do cerkwi.
Ojciec Adama, Feliks, był sędzią praktykującym w Miechowie. Za poślubienie prawosławnej Rosjanki, po powrocie do Polski miał nieprzyjemności. Jednak pozostający pod urokiem prawosławia potomek rycerskiego rodu, którego protoplaści walczyli pod Grunwaldem, pozwolił synowi wybrać wyznanie matki.
Adam, urodzony w 1904 roku, był sprężyną większości inicjatyw w parafii. Wręcz porażał entuzjazmem. Bezkompromisowy w osądach, nie bał się wytknąć błędów nawet samemu metropolicie.
Podziwiałem go jako wybitnego artystę, znakomitego grafika i malarza, niezwykłego kolorystę, twórcę wspaniałych witraży, a przy tym wyjątkowo żarliwego wyznawcę prawosławia. W zakresie liternictwa przygotował mnie tak dobrze, że mogłem potem samodzielnie projektować witraże. Gdyby w tamtych czasach dostępne były materiały do wykonania mozaiki, to pewnie byłby niedoścignionym mistrzem. W witrażu liturgicznym bardzo swobodnie operował ikoną. Do tego stopnia, że niczym przy ikonach, można było się modlić przy Adamowych witrażach. Jego cykl archaniołów, na zamówienie metropolity wykonany w krakowskim zakładzie Ryniewiczów na Krupniczej, wręcz zapierał dech. Do dziś skrzętnie przechowuję jego korespondencję, podobnie jak korespondencję Jerzego Nowosielskiego, niemalże mojego rówieśnika. To mój autorytet w dziedzinie sztuki. Podziwiałem jego syntezę malarstwa nowoczesnego. W kilku ważnych przedsięwzięciach połączyła nas cerkiew przy Szpitalnej.

Od historii architektury do projektowania

W trakcie studiów, podobnie jak wielu moich kolegów z roku, byłem poddany próbie przydatności do zawodu. Wybitny teoretyk architektury, profesor Juliusz Żurawski, przyjmował studentów przy niskim stole, pokrytym szklaną płytą, na której składało się karty projektów. Na drugim roku wyłożyłem swój pierwszy szkic projektu cechowni kopalni. Profesor tylko pochylił się i zdmuchnął moją pracę ze stolika. Zawstydzony, zastanawiałem się, czy dobrze wybrałem kierunek studiów. O semestr wyprzedzałem studia na inżynierii lądowej, nieźle sobie radząc. Zastanawiałem się, czy nie porzucić architektury. Jednak chęć projektowania brała górę i u surowego profesora Żurawskiego dostałem w końcu czwórkę. Nauczyłem się też pokory przy projektowaniu, kiedy czasem i piętnaście razy trzeba było poprawiać projekt.
Z zamiłowaniem uczęszczałem na zajęcia z historii architektury do profesora Adama Mściwujewskiego. Jeszcze w trakcie studiów zaproponował mi, abym został jego młodszym asystentem.
Terminowanie u profesora Mściwujewskiego pozwoliło mi spojrzeć krytycznie na architekturę współczesną, szczególnie socrealistyczną, popieraną przez władze.
Na szczęście twórczość pod dyktando mnie ominęła, chociaż miałem też swój udział w przebudowie pałacyku przy Topolowej, przy której kiedyś mieszkał Lenin. Władze zdecydowały, że w monumentalnym budynku będzie się mieściło muzeum wodza rewolucji. Mnie, jako asystentowi, zlecono nadanie bryle godniejszego, antycznego wizerunku. Tak więc zaprojektowałem portyk z piaskowca z korynckimi kolumnami.
Dyplom zrobiłem 13 marca 1950 roku u światowej sławy urbanisty, profesora Tadeusza Tołwińskiego, m.in. twórcy gmachu Muzeum Narodowego w Warszawie. Tołwiński, syn architekta, wykształcony w Charlottenburgu, profesor Politechniki Warszawskiej oraz Politechniki Krakowskiej, był moim naukowym autorytetem. Korzystałem z jego doświadczeń. Już wtedy wiedziałem, że urbanistyka jest matką architektury i tych dyscyplin nie można oddzielić.
Na czwartym roku, jako młodszy asystent Akademii Górniczo-Hutniczej, zatrudniłem się w dużym przedsiębiorstwie Miastoprojekt, w jednej z dwóch pracowni urbanistycznych Krakowa. To właśnie tam, w końcu lat pięćdziesiątych, otrzymałem zlecenie na zaprojektowanie zabudowy Jaworzna, trzech dziesięciotysięcznych osiedli. W ciągu czterech lat sukcesywnie projektowałem Jaworzno-Dąbrowę, Jaworzno-Górnicze i Jaworzno-Podwale.
Po ukończeniu studiów pisałem pracę doktorską z historii architektury, ale schowałem ją do szuflady. Wróciłem do niej, kiedy w 1960 roku rozpoczęły się wykopaliska archeologiczne w kościele św. Andrzeja w Krakowie, jednym z najstarszych kościołów miasta.
Przed wojną o zezwolenie na prace trzeba było starać się w Watykanie. Mnie zgody udzielił arcybiskup Adam Sapieha, co zawdzięczam współpracy z profesorem Wiktorem Zinem, wtedy kierownikiem Katedry Architektury Polskiej, który był „postrachem” proboszczów zabytkowych kościołów. Zwykle jego ekipa wkraczała do świątyni po uzyskaniu zezwolenia i, przed rozpoczęciem prac, zrywała posadzki, wyłączając tym samym świątynię na kilka miesięcy z użytkowania. Podobnie było w kościele św. Andrzeja.
Muszę przyznać, że dzięki wujowi Chirowskiemu ciągnęło mnie do archeologii. Zaprzyjaźniłem się z Andrzejem Żakiem, naczelnym archeologiem na Wzgórzu Wawelskim i badając fazy powstawania romańskiej budowli, pisałem doktorat. Pracę „Rekonstrukcje kościoła św. Andrzeja na przestrzeni wieków”, której promotorem był, wyprzedzający nas o lata świetlne, wspaniały erudyta, znany widowni ogólnopolskiej z programu „Piórkiem i węglem”, Wiktor Zin, obroniłem w lipcu 1967 roku. Została ona dostrzeżona przez recenzującego ją profesora Karola Estreichera i dzięki niemu opublikowana w „Rocznikach krakowskich”, znaczącym wydawnictwie naukowym.
W 1968 roku razem z Andrzejem Żakiem kopaliśmy na zamku w Czorsztynie, gdzie byłem odpowiedzialny za część architektoniczną przedsięwzięcia. Wtedy też, kierujący katedrą architektury Politechniki Gliwickiej, profesor Tadeusz Teodorowicz-Todorowski, bratanek metropolity ormiańskiego ze Lwowa, zaproponował mi stanowisko adiunkta. Od września zacząłem dojeżdżać do Gliwic. W tym też czasie w Krakowie rozpocząłem pisanie pracy habilitacyjnej, w której łączyłęm problemy urbanistyki, archeologii i architektury. W 1975 roku uzyskałem tytuł doktora habilitowanego.

Projektowanie cerkwi

W Sarnach było wiadomo kim jestem, więc nie miałem potrzeby manifestowania mojej „inności”. Potem nigdy nie ukrywałem, że jestem prawosławny. Moim marzeniem było zaprojektowanie obiektu sakralnego, łączącego tradycję z nowoczesnością, obok którego nie można by przejść obojętnie, choćby za cenę podwójnego wysiłku.
W 1954 roku trafiłem do Gródka, gdzie proboszczem był o. Włodzimierz Doroszkiewicz. Tam wziąłem ślub z pierwszą żoną, Janiną Knaus, koleżanką z katedry.
W 1957 roku Stalony-Dobrzański polecił mnie proboszczowi w Jałówce, o. Konstantemu Doroszkiewiczowi. Brat późniejszego metropolity był inicjatorem odbudowania zniszczonej w czasie wojny cerkwi. Dotąd odprawiano liturgie w maleńkiej, krytej słomą, stodółce. Pozostałością po dawnym obiekcie była klasycystyczna wieża, uszkodzona podczas bombardowań. Najpierw projekt uwzględniał wejście do rotundy przez tę wieżę, w założeniu, dzwonnicę. Ale otrzymałem list od o. Konstantego, abym się nie martwił, ponieważ tej wieży już nie ma. Została rozebrana.
Polichromię inwestorzy zdecydowali się powierzyć białostockiemu artyście, Józefowi Łotowskiemu. Wykonał ją bardzo poprawnie.
W 1980 roku wróciłem do Jałówki, by zaprojektować dzwonnicę. O. Eugeniusz Konachowicz, ówczesny proboszcz, własnoręcznie wykonał monumentalne ogrodzenie wokół cerkwi z różnej wielkości kamieni. – Ojcze Eugeniuszu, skąd taka kombinacja, tu duży kamień, a tam maleńki – pytają zwiedzający. – Znosząc kamienie myślałem o własnych grzechach. Niosąc duży – o dużym grzechu, mały – o mniejszym – odpowiedział filozoficznie duchowny.
Mam wielki szacunek do o. Konachowicza za jego głęboko chrześcijańską postawę. Na wzniesiony przez niego solidny mur z powodzeniem wmontowałem z jednej strony zewnętrzną ścianę dzwonnicy.

Na Ziemiach Odzyskanych

W zniszczonym Wrocławiu bywałem jeszcze w 1947 roku, dorabiając sobie jako student przy ekspozycjach głośnej wystawy Ziem Odzyskanych.
Na początku lat sześćdziesiątych władyka Bazyli zaprosił do Wrocławia Adama Stalony-Dobrzańskiego, Jurka Nowosielskiego oraz mnie do pomocy przy rekonstrukcji i adaptacji zniszczonego kościoła św. Barbary. Pracy było co niemiara. Obiekt w ponad pięćdziesięciu procentach został zniszczony w czasie pożaru w 1945 roku, podobnie jak sąsiednie, gdzieniegdzie zamieszkałe na parterze, pojedyncze kamienice. Okolica nie należała do bezpiecznych. Prace rozpoczęliśmy od adaptacji najmłodszej części świątyni, przyległej od strony północnej kapliczki.
Podpowiadałem w kwestiach architektonicznych. Do odbudowy potrzebna była oryginalna cegła gotycka, której w zburzonym mieście nie brakowało. Kierownikiem prac przy adaptacji kościoła św. Barbary był biskup Bazyli, który wiedział, gdzie czego szukać. Nie bał się ciężkiej pracy. Pewnego dnia spadł z rusztowania, łamiąc nogę, przez co delikatnie utykał do końca życia.
Poznanie władyki Bazylego umożliwiło mi podróże od Podlasia, przez Dolny Śląsk po Łemkowszczyznę. To właśnie w 1960 roku wraz z władyką pojechaliśmy do Ropek, by zabezpieczyć zniszczoną cerkiew. Wiele połemkowskich cerkwi było w stanie katastrofalnym. Tej w Ropkach nie udało się uratować. Zabrałem jedynie kuty krzyż, który wisiał u mnie do ubiegłego roku. Przekonany, że powinien wrócić na właściwe miejsce, oddałem go o. Mirosławowi Cidyle, proboszczowi parafii w Bartnem.
W Warszawie zawsze odwiedzałem władykę Bazylego. Gospodarz z wielką serdecznością otwierał drzwi, zapraszając na własnoręcznie ugotowaną zupę lub herbatę z miodem.
Jako pracownik Miastoprojektu Kraków, w latach 1963-1964 otrzymałem zlecenie zaprojektowania dużego osiedla w Oleśnicy. Trafiłem na teren graniczący z murami miejskimi, do którego przylegał opuszczony i pozbawiony sklepień kościół św.św. Jerzego i Marii, wtedy ustęp dla bywalców miejskiego targowiska.
Okazało się, że jest to poklasztorna świątynia benedyktynów obrządku cerkiewnosłowiańskiego, sprowadzonych przez księżnę śląską św. Jadwigę. Uznałem to za znak. Na obrzeżu tego terenu, w zborze protestanckim, odbywały się w tamtym czasie prawosławne nabożeństwa dla Łemków i Ukraińców.
Zaproponowałem władyce Bazylemu odbudowanie zniszczonego kościoła i podjęcie starań o uzyskanie go na własność. Wykonałem projekt rekonstrukcji sklepień, myśląc o umieszczeniu w przylegającej do kościoła bibliotece niewielkiego monasteru diecezji wrocławsko-szczecińskiej. Ostatni zamysł nie został zrealizowany, ale średniowieczna świątynia stała się cerkwią prawosławną.
W latach 1965-1967 mój doktorat znajdował się w końcowej fazie, więc zaniechałem wizyt we Wrocławiu.
Katedra wrocławska, gotycka budowla z polichromią Stalony-Dobrzańskiego i Nowosielskiego, wraz z rozpisanym przez niego ikonostasem, stanowi bardzo oryginalne połączenie architektury starej z nową.
Muszę przyznać, że pracując przez lata staliśmy się zgranym zespołem. Kontakt nasz urwał się, kiedy w 1969 roku przeniosłem się z rodziną na stałe do Gliwic.
W 1969 roku powtórnie się ożeniłem z Krystyną, lekarzem stomatologiem, i zostałem ojcem. Urodził mi się syn Jerzy, rok później córka Klaudia.

Pasja żeglowania

Moją pasją był sport. Uprawiałem różne dyscypliny, szczególnie wioślarstwo i żeglarstwo. To dawało mi niemałą satysfakcję. Dla pasji żeglowania byłem gotów poświęcić nawet posadę głównego specjalisty w Miejskim Zarządzie Inwestycji Krakowa i zostać zwykłym projektantem.
Niezapomniane wrażenie wywarł na mnie w 1963 roku sześciotygodniowy rejs jachtem po Atlantyku. To był prawdziwie sportowy wyczyn. Przy pomocy kompasu, w kilkanaście osób, popłynęliśmy na Wyspy Owcze.
Muszę przyznać, że z dużą satysfakcją odkryłem niedawno, że prawdopodobnie mój krewny Iwan Konstantynowicz Grigorowicz był nietuzinkowym admirałem floty carskiej w czasach Mikołaja II. Wykształcony w petersburskim Korpusie Kadetów, w latach 1911-1917 był ministrem floty morskiej, nawet kandydatem na premiera. Na to nie zgodziła się, mająca duży wpływ na Mikołaja II, caryca.
Po rewolucji, w 1924 roku, wyjechał na leczenie i zamieszkał na Lazurowym Wybrzeżu, gdzie zmarł sześć lat później. W 2005 roku, zgodnie z jego życzeniem, z cmentarza w Mentonie prochy z honorami należnymi admirałowi, okrętem wojskowym w asyście floty czarnomorskiej, przewieziono do Noworosyjska, a następnie samolotem do Petersburga. Ostatni carski minister floty morskiej spoczął w rodzinnym grobowcu na Nikolskim cmentarzu Ławry Aleksandra Newskiego. (cdn.)

fot. album rodzinny prof. Grygorowicza

Opinie

[1] 2011-10-29 00:27:00 Feliks
Adam Stalony-Dobrzański był moim Stryjem. Dokumenty mówią nieco inaczej. Feliks pobierając się z Anną (dziadkowie) podpisali intercyzę o wychowaniu dzieci w Prawosławiu,a z kolei moi rodzice - Seweryn i Maria podpisywali identyczną, ale odnośnie wiary katolickiej. Wiara szła za Matką. Ja osobiście miałem przecież prawo wyboru - tu rodzice nie ingerowali zbytnio. Jestem katolikiem -ale słowo ekumenia było dla mnie czymś naturalnym i oczywistym. To brak tolerancji mnie zrażał. Jakie nieprzyjemności - skoro On Feliks "repatriant" (historia Ich wędrówki - ucieczki przed sowietami - to oddzielna opowieść) z żoną osobą Prawosławną - po wojnie Polsko Sowieckiej - dostaje posadę i to Sędziego! Warto mówić prawdę a nie konfabulować.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token