Numer 4(298)    kwiecień 2010Numer 4(298)    kwiecień 2010
fot.
O Zoi, która skamieniała
Dmitrij Sokołow-Mitricz

Pięćdziesiąt cztery lata temu w noc przed Nowym Rokiem według nowego stylu w Samarze doszło do tzw. stania Zoi – które do dziś wielu uważa za cud. Robotnicę Zoję Karnauchową, lokalną piękność i ateistkę, za bluźnierstwo spotkała ciężka kara – dziewczyna skamieniała i stała bez oznak życia 128 dni. Słuchy o tym postawiły na nogi całe miasto – od prostych mieszkańców po przywódców lokalnych władz partii. Dziennikarz Dmitrij Sokołow-Mitricz wybrał się do Samary, żeby przypomnieć to co się stało.

JEŚLI BÓG JEST, NIECH MNIE UKARZE

Proboszcz parafii św. Jerzego w Samarze, o. Igor Sołowjew, podchodzi do jednej z ikon wiszących na ścianie niedaleko królewskich wrót. Na pierwszy rzut oka jest to typowa ikona Mikołaja Cudotwórcy, ale u dołu widnieje szereg przedstawień, różniących się od tych, które zwykle ilustrują żywoty świętych. Oto hałaśliwa kompania młodych ludzi siedzi za stołem, oto dziewczyna bierze ikonę św. Mikołaja z krasnogo ugołka, oto z nią tańczy. Na kolejnym obrazie Zoja, biała jak papier, stoi z ikoną, na ostatnim – obok ożywającej Zoi sam Mikołaj Cudotwórca.
– Jest to jedyna ikona na świecie, na której zostały upamiętnione te wydarzenia – komentuje duchowny. – Napisała ją nieżyjąca już Tatiana Ruczka. Nie oznacza to, że uznaliśmy Zoję za świętą. Zoja była grzesznicą i właśnie na niej dokonał się cud, który wiele osób w trudnych latach chruszczowowskich prześladowań umocnił w wierze. Powiedziane jest przecież w Piśmie Świętym, że kiedy sprawiedliwi umilkną, kamienie będą wołać. Oto zawołały.
Stojanije Zoi, według ludowych przekazów, wyglądało tak. W noworoczną noc w domu Klaudii Bołonkinej, mieszkającej przy ulicy Czkałowa 84, na zaproszenie jej syna zebrała się grupa młodzieży.
Sama Klaudia Pietrowna, sprzedawczyni w kiosku „Piwo – Wody”, była człowiekiem pobożnym, zabaw podczas rożdiestwienskiego postu nie popierała, dlatego wyszła do koleżanki. Młodzież wypiła i postanowiła potańczyć.
W grupie była Zoja Karnauchowa. Nie podzielała ogólnej wesołości, jej chłopak, młody praktykant o imieniu Mikołaj, wciąż nie nadchodził. Tańce rozkręcały się coraz bardziej. – Jeśli nie ma mego Mikołaja, będę tańczyć ze św. Mikołajem Cudotwórcą – nieoczekiwanie zadeklarowała dziewczyna.
Przysunęła do krasnowo ugołka krzesło i zdjęła z półki ikonę. Nawet dalekim od cerkwi i podpitym kolegom zrobiło się nieswojo: – Słyszysz, lepiej ją odstaw na miejsce, z tym nie ma żartów.
– Jeśli Bóg jest, niech mnie ukarze – odparła Zoja i ruszyła z ikoną w tany.
Po kilku minutach dom napełnił się szumem, zaczął wiać wiatr, zabłysło. Kiedy młodzi oprzytomnieli, bluźnierczyni stała już pośródku pokoju biała jak kreda. Jej nogi przyrosły do podłogi, ręce trzymały ikonę tak mocno, że nie można było jej wyjąć. Ale serce biło.
Przyjaciele wezwali karetkę pogotowia. Wśród personelu medycznego była Anna Pawłowna Kałasznikowa.
– Tego ranka mama wrócia z dyżuru i natychmiast nas obudziła – wspomina jej córka, Nina Michajłowna, parafianka cerkwi św.św. Wiery, Nadieżdy, Lubowi i matki ich Sofii. – Wy sobie w najlepsze śpicie, a całe miasto jest w trwodze. Na ulicy Czkałowa dziewczyna skamieniała! Z ikoną w ręku stoi i ani drgnie, sama widziałam. I dalej opowiadała, jak próbowała robić jej zastrzyk, ale igły tylko połamała.
– Dzisiaj wspomnienia Kałasznikowej są jedynym żywym świadectwem tego, że w domu pod numerem 84 rzeczywiście stało się coś nadzwyczajnego – uważa kierownik agencji informacyjnej „Błagowiest”, Anton Żogolew. To właśnie jemu arcybiskup samarski i syzranski Siergiej polecił zbadać zjawisko „stania Zoi”.
Efektem tych badań okazała się książka pod tym samym tytułem, która rozeszła się w nakładzie 25 tysięcy egzemplarzy.
– We wstępie do książki napisałem – mówi autor – że naszym celem nie jest przekonanie czytelnika, że cud miał miejsce. Osobiście uważam, że gdyby nie było żadnej kamiennej Zoi, to można by mówić o jeszcze większym cudzie.
W 1956 roku wieści o skamieniałej Zoi poruszyły całe miasto – wielu zwróciło się do Cerkwi i to już jest niepodważalny fakt.

TAK, ZDARZYŁ SIĘ TEN CUD – OKRYWAJĄCY HAŃBĄ NAS KOMUNISTÓW

„Historia z ulicy Czkałowa to straszna, hańbiąca historia. Jest obrazą propagandystów miejskiego i rejonowego komitetu partii. Oby ten wypaczony grymas starych zwyczajów, którego świadkami było wielu z nas, okazał się lekcją i ostrzeżeniem” – to cytat z miejskiej gazety „Wołżska komuna” z 24 stycznia 1956 roku.
Felieton „Straszna historia” został opublikowany na mocy decyzji 13 kujbyszewskiej partyjnej konferencji, zwołanej w trybie pilnym w związku z religijnymi zamieszkami w mieście.
Pierwszy sekretarz wojewódzkiego komitetu partii, tow. Jefremow, nie szczędził krytyki.
Oto cytat ze stenogramu jego wystąpienia. „Tak, zdarzył się ten cud – hańbiący nas, komunistów, kierowników organów partii. Jakaś staruszka szła i powiedziała: Tutaj, w tym domu, młodzież zorganizowała tańce i jedna bezwstydnica zaczęła tańczyć z ikoną i skamieniała. Po tym zaczęto mówić: skamieniała, zdrętwiała – i tak poszło. Zaczęli zbierać się ludzie, bo nieumiejętnie postąpili naczelnicy milicji. Widać, dołożył się do tego ktoś jeszcze. Ustawiono milicyjny posterunek, a gdzie milicja, tam i oczy. Gdy milicjantów okazało się za mało, bo ludzi wciąż przybywało, posłali konne posiłki. A ludzie, jeśli tak – to ruszyli wszyscy. Niektórzy nawet zaproponowali wysłanie duchownych dla likwidacji tego hańbiącego zjawiska”.
Na konferencji postanowiono zdecydowanie nasilić antyreligijną propagandę zarówno w Kujbyszewie (to ówczesna nazwa Samary), jak i w całym obwodzie. W ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 1956 roku wygłoszono ponad dwa tysiące ateistycznych wykładów – 2,5 razy więcej niż w ciągu poprzedniego roku. Ale ich efektywność była niewielka. Ze sprawozdania z realizacji postanowień biura komitetu obwodowego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego za 1956 rok wynika, że praktycznie ze wszystkich rejonów napływały informacje o tym, że „słuchy o skamieniałej dziewczynie” pozostają w narodzie bardzo silne, nasiliły się religijne nastroje, podczas postu ludzie rzadko wychodzą na ulice z harmonią, zmniejszyła się frekwencja w kino-teatrach, a w Wielkim Tygodniu – z powodu braku widzów – nawet odwoływano spektakle.
Po ulicach chodziły oddziały komsomolców agitatorów, którzy twierdzili, że byli w domu przy ulicy Czkałowa i niczego tam nie zauważyli. Ale ta akcja dolała tylko oliwy do ognia, nawet ci, którzy nie wierzyli w cud zaczynali wątpić – a może naprawdę coś tam było.
Zaraz po Wielkanocy historia o staniu Zoi stała się tematem „żywotu”. W krążących odręcznie sporządzanych, kopiach można doszukać się pewnych różnic, ale zasadnicza fabuła jest jednakowa.
„Żywot” zaczynał się od słów: Wsia ziemla da pokłonitsa Tiebie, Gospodi, da pojet chwału Imieni Twojemu, da wozbłagodarit Tiebia, chotiaszczego otwratit’ mnogich ot puti nieczestija k wierie istinnoj (...).
Według „Żytija” Zoja przebywała w półmartwym stanie 128 dni – do Wielkanocy. Od czasu do czasu krzyczała: „Módlcie się ludzie, bo giniemy w grzechach!”. Od pierwszych dni wokół domu przy ulicy Czkałowa ustanowiono specjalną ochronę, do środka bez specjalnej zgody nikogo nie puszczano. Na Boże Narodzenie pozwolono wejść jeromonachowi Serafinowi. Po odsłużeniu molebna wyjął on ikonę z rąk Zoi. Możliwe, że chodzi tutaj o ówczesnego proboszcza pietropawłowskiej cerkwi Serafina (Połoza), który zaraz po opisywanych wydarzeniach został aresztowany i skazany. (...)
– Piątego dnia „stania” do biskupa Hieronima zadzwonił pełnomocnik do spraw religii, Aleksiejew – pisze w swoich wspomnieniach Andrej Sawin, ówczesny sekretarz miejscowego diecezjalnego zarządu. Poprosił, żeby z cerkiewnej ambony nazwać tę historię głupim wymysłem. Sprawę powierzono proboszczowi Pokrowskiego soboru, o. Aleksandrowi Nadieżdinowi. Diecezja postawiła jeden warunek: o. Aleksander ma przekonać się o tym naocznie. Takiego obrotu sprawy pełnomocnik nie oczekiwał. Odpowiedział, że pomyśli i zadzwoni za dwie godziny. Oddzwonił dopiero za dwa dni i powiedział, że nasza interwencja nie jest już potrzebna.
Męczarnia Zoi, według ludowego przekazu, kończy się wtedy, gdy jawi się przed nią św. Mikołaj Cudotwórca. Do domu udało mu się wejść dopiero za trzecim razem. Dobrotliwie pyta dziewczynę: „No co, zmęczyłaś się już staniem?”. Po tej wizycie, w przeddzień Paschy, Zoja zaczęła ożywać. Pytana o to, co się stało z tajemniczym staruszkiem, wskazała na ikonę – do krasnogo ugołka poszedł.
O dalszych losach Zoi krążą różne wersje. Jedni uważają, że trzy dni później zmarła, inni są przekonani, że zmarła w szpitalu psychiatrycznym, trzeci święcie wierzą, że Zoja długi czas żyła w monasterze i została po kryjomu pochowana w Troicko-Siergijewskiej Ławrze. (...)
Na ulicy Czkałowa w ciągu pół wieku niewiele się zmieniło. W centrum Samary panuje nawet nie XX, a wciąż XIX wiek – woda w hydrancie, piece w środku, wygódki na podwórku, prawie wszystkie zabudowania wymagają pilnego remontu.
O wydarzeniach z 1956 roku przypomina jedynie dom pod numerem 84, a także brak bliskiego autobusowego przystanku. – Jak zlikwidowano go w latach „Zoi smuty”, to do dziś nie ma – wspomina mieszkanka sąsiedniego domu, Lubow Borisowna Kabajewa.
– Teraz to przynajmniej przyjeżdżają nie tak często, a dwa lata temu jakby worek się rozwiązał. Po dziesięć razy dziennie przychodzili pielgrzymi. I cały czas pytali o to samo, a ja im to samo odpowadam. Już mi w gardle zaschło.
– A co im odpowiadacie?
– A co tu odpowiesz! Wszystko to wymysł! Ja sama w tamtych latach dzieckiem jeszcze byłam, ale moja nieżyjąca dziś mama wszystko dobrze pamiętała i mi opowiedziała. W domu tym kiedyś mieszkał ni to mnich, ni to batiuszka. A kiedy w latach 30. rozpoczęły się prześladowania, nie wytrzymał i wyrzekł się wiary. Co się z nim stało? Nie wiadomo, tylko dom sprzedał i wyjechał. Ale tu wciąż przychodzili religijni ludzie, pytali gdzie on, co z nim. A w ten dzień, kiedy jakoby Zoja skamieniała, w domu u Bołonkinych rzeczywiście bawiła się młodzież. I jak na złość tego wieczora przyjechała tu kolejna mniszka. Zajrzała przez okno i dostrzegła, jak jedna dziewczyna z ikoną św. Mikołaja tańczy. I poszła po ulicach złorzeczyć: „Ach, ty bezwstydnico! Ach, ty masz serce z kamienia! Bóg cię jeszcze ukarze. Żebyś cała skamieniała. Przecież ty już skamieniałaś!”. Ktoś to usłyszał, podchwycił, potem jeszcze ktoś i tak poszło. Następnego dnia do Bołonkinowych ruszył tłum. – Gdzie jest ta kamienna baba, pokażcie. Kiedy ludzie w końcu do niej dotarli, wezwała milicję. Ci ustawili szpaler. No, a naród u nas jak zwykle myśli, jak nie puszczają, znaczy, na pewno coś ukrywają. Oto i całe Zoino stojanije.
– No i co? Czy pielgrzymi wam wierzą?
– Oczywiście, że nie. Mówią: A skąd w takim razie wzięło się imię Zoi? I do tego z nazwiskiem?
– Rzeczywiście, skąd?
– Ja i sama nie wiem. Zapomniałam mamę zapytać, a teraz już nie zapytam – mama zmarła.
Sam dom z numerem 84 stoi głęboko w podwórzu. Na oko ma nie mniej niż sto lat – wrósł w ziemię po same okna. Mieszka w nim teraz młoda para z dziećmi: ona sprzedaje na rynku, on jest przedstawicielem handlowym.
– Moskwa, Krasnodar, Nowosybirsk, Kijów, Monachium – Natalia Kudriukowa wylicza miasta, z których przyjeżdżały do nich pielgrzymki – Odessa, Mińsk, Ryga, Helsinki, Władywostok. Poprzedni mieszkaniec był narkomanem i nikogo nie puszczał, a my jesteśmy ludźmi dobrej woli – proszę bardzo, nie żałujemy.
Izba jak izba. Ciasny pokój, piec, sień, kuchnia. Właściciel mieszka gdzieś w obłasti, a dom wynajmuje tylko po to, żeby ktoś płacił czynsz i pilnował.
– Ludzie bywają ciekawi – kontynuuje Nikołaj Trandin, mąż Natalii – co trzeci Matkę Bożą widział. Wielu żartuje: „To dobrze, że chociaż pięćdziesiąt lat później w tym domu Mikołaj się pojawił. A ten, na którego Zoja tak czekała, mówią, że został przestępcą. Całe życie spędził w więzieniu.
– I nic szczególnego tutaj nie zauważyliście?
– Dwa lata mieszkamy – absolutnie nic. Nie można powiedzieć, żebyśmy byli bardzo wierzący, ale cała ta historia na nas mimo wszystko oddziaływuje. Kiedy się tutaj przeprowadziliśmy, byliśmy po ślubie cywilnym, a teraz wzięliśmy cerkiewny. Syn niedawno nam się urodził – Nikołajem go nazwaliśmy, na cześć świętego. No i na ten temat coraz częściej się zastanawiamy – Nikołaj się nachylił i postukał dłonią w podłogę. (...)

tłumaczyła i opracowała Ałła Matreńczyk

* * *

Kto nie wierzył w cud

Rok 1956, Samara. Podczas noworocznej zabawy młoda dziewczyna Zoja z dużą niecierpliwością czeka na swego chłopaka, Kolę. Gdy ten się spóźnia, chwyta ze ściany ikonę św. Mikołaja i zaczyna z nią tańczyć. Po kilku krokach kamienieje. Stoi tak przez 128 dni, aż do Paschy.
Tę historię 56-letni Jurij Arabow, scenarzysta filmu „Cud”, usłyszał w wieku siedmiu może ośmiu lat od swojej niani, babci Lizy, rodem z twerskiej guberni. Pewnie przeczytała ją w jakimś przedrewolucyjnym kalendarzu – uważał już jako dorosły. Aż tu po pierestrojce w jego ręce wpadła broszurka z fragmentami protokołów posiedzeń w kujbyszewskim komitecie partii o „staniu Zoi”. A więc ten cud się zdarzył – nie miał wątpliwości. Był tego pewien, gdy pisał opowiadanie, a potem scenariusz do filmu.
Ale film nie jest filmem o cudzie, w każdym bądź razie nie tylko.
I scenarzysta, i reżyser Aleksander Proszkin podkreślają to bardzo wyraźnie. I to nie dlatego, że jego akcja dzieje się nie w Kujbyszewie, a w Greczansku, a bohaterka ma na imię Tania.
– Nasz film to jakby łańcuch nowel – podkreśla reżyser Proszkin. – To historia ludzi, którzy się z cudem zetknęli, o tym, jak on wpłynął na ich życie.
Dlatego Tania, młoda robotnica fabryki, komsomołka, tańcząc z ikoną zastyga już na samym początku filmu.
– Ten film jest o tym, że nawet jeśli przed nami zjawi się sam Zbawiciel, i tak nie uwierzymy – mówi scenarzysta Jurij Arabow.
W cud nie wierzą niemal wszyscy bohaterowie. Jedynym człowiekiem, który wie na pewno, że on się zdarzył jest ateista, pełnomocnik do spraw religii. Ale robi wszystko, żeby zbanalizować całe wydarzenie, a ludzi od tego odciągnąć. Jest takim diabłem – kusicielem. Złym pozostaje do końca.
Ze wszystkimi pozostałymi dzieje się coś dziwnego. Stolarz, który przyszedł wyciąć podłogę, na której stoi Tania, i któremu nagle bez powodu złamało się dłuto, rozumie, że jest świadkiem czegoś szczególnego. Dziennikarz Mikołaj, który okazuje się ukochanym Tani, w końcu przystaje na prośby żony – odchodzi z gazety i wraca do pisania wierszy. Pragnął tego od dawna, ale nie starczało mu odwagi. Nawet Chruszczow po wizycie w domu skamieniałej Tani dostrzega za oknem samolotu piękny pejzaż nieba i wydaje się myśleć o tym, co nieziemskie.
Jeszcze inaczej zachowuje się miejscowy duchowny. O. Andrej cudu nie widział. Ulega namowom pełnomocnika do spraw religii i publicznie w cerkwi w proszczonnoje woskresienije mówi, że żadnego cudu nie ma – ma nadzieję, że w ten spósb uratuje od zamknięcia jedyną cerkiew w Greczansku. Dlaczego nie był w stanie uwierzyć? Pewnie dlatego, że był zaprzątnięty konfliktem z synem (chłopak wstydzi się ojca), niepokojem o los cerkwi, a więc zajęły go czysto świeckie troski. Ale kiedy na własne oczy widzi zastygłą Tanię, rozumie, że zgrzeszył. Rzuca więc wszystko i ucieka...
A gdzieś na drugim planie rodzi się nowa rosyjska święta – Tatiana. Bo Tania, po tym jak wróciła do świata żywych, jest zupełnie innym człowiekiem, w celi więziennej nawet uzdrawia.
Bardzo dobrze gra w filmie Konstantin Chabienskij (dziennikarz) i Siergiej Makowieckij (pełnomocnik do spraw religii). Reżyser długo szukał aktorki do roli Tani. Znalazł ją w Jekterynburgu. Marija Burowa, absolwentka tamtejszej szkoły teatralnej, ma za sobą zaledwie rok pracy na scenie. A rola Tani jest jej filmowym debiutem. Debiutem udanym. W pierwszej części filmu gra rolę dość prymitywnej, a nawet ordynarnej dziewczyny, w drugiej – już bez wypowiadania najmniejszego słowa – niemal świętej. Jakaż siła przekazu przy tak ograniczonych środkach. W ostatnich kadrach filmu, kiedy w szpitalu psychiatrycznym obcinają jej włosy, w okno stuka gołąb. Dziewczyna odwraca się w jego stronę i uśmiecha.

Ałla Matreńczyk

Opinie

[1] 2010-05-13 12:37:00 Sylwia
Nie wszyscz sa niewiernymi Tomaszami
[2] 2010-05-13 15:23:00 Dariusz
Coś niby niewyobrażalnego ale tylko prawdy wiary są niewyobrażalne bo ludzki rozum jest taki jaki jest.To jeden z aksjomatów,dogmatów Wiary.
[3] 2010-05-13 19:03:00 antonio
mam 44 lata, jak miałem 10 rodzice opowiadali tą historię (tylko zamiast ikony był krzyż) nie wiem skąd o tym wiedzieli, wtedy w to nie wierzyłem, dziś wierzę
[4] 2010-10-22 07:11:00 Lidia
Na zakonczenie filmu Cud napisano, ze powstal na podstawie faktow autentycznych. Weszlam na internet aby dowiedziec sie czegos wiecej, na temat tego co sie wydarzylo w Kujbyszewie 1956 roku.
Uwazam, ze gdzie jak gdzie ale w tym kraju i tym systemie nawet jezeli ten Cud sie zdazyl, to zrobili wszystko aby go zatuszowac. Lecz z cudem wiaze sie i wiara a ja nie tak latwo zabic.
[5] 2011-12-18 11:50:00 egon
jestem niewierzacy, widzialem dzis reportarz na ten temat w tv, jezeli to prawda to biada nam!
[6] 2011-12-18 14:57:00 jan
nie marnować czasu, odpokutować czyściec tu na ziemi ile sie tylko da i modlić się modlić...
[7] 2012-01-04 14:44:00 Jan
Oglądałem ten film na platformie "N". Wg mnie w niezbyt dobrym świetle przedstawiono księdza w drugiej części filmu. Chociaż dla sowieckiego systemu gnojenie ludzi o innych poglądach było normą. Oceniam ten na bardzo dobry. Proszę o opisanie filmu o podobnej tematyce pt "Ostrow" (Wyspa).
[8] 2012-01-05 10:16:00 Jan
Pozwolę sobie jeszcze dodać recenzję o w/w filmie "Wyspa", którą znalazłem w internecie. Wspaniały film.Na pewno bedą powtarzać na platformie "N". Film: „Wyspa” – współczesna hagiografia prawosławnego świętego już w kinach!

im // maz, 2008-11-10



Historię świętości ojca Anatolija – starca mieszkającego przy prawosławnym monasterze – opowiada znakomity film fabularny rosyjskiego reżysera Pawła Łungina „Wyspa”. Współczesna hagiografia stawia pytania o wiarę, Boga, grzeszność i odkupienie.

Ojciec Anatolij mieszka w kotłowni monasteru. Wiedzie bardzo proste życie – w dzień wozi węgiel do kotłowni na taczce, w nocy śpi na tym węglu przy piecu. Nie uczestniczy w codziennym życiu mnichów: odmawia modlitwy w samotności, spóźnia się na nabożeństwa, gorszy braci niechlujnym wyglądem i licznymi dziwactwami, płata mnichom dziecinne figle i prowokuje cytatami z Biblii.

Z kolei wśród świeckich Anatolij cieszy się poważaniem i sławą „mędrca”. Zjeżdżają się do niego po błogosławieństwo, radę, czasem cud uzdrowienia. Anatolij, choć opryskliwy, złośliwy i gderliwy, pomaga wszystkim. Najczęściej udaje kogoś innego i wmawia ludziom, że ojciec Anatolij śpi lub nie chce z nikim rozmawiać. Ma dar widzenia przyszłości, moc wypędzania demonów i wypraszania łask. Za te dary płaci jednak wysoką cenę – wyrzutami sumienia, które nękają go od kilku dziesięcioleci. Ojciec Anatolij pokutuje bowiem za śmiertelny grzech, którego dopuścił się w młodości. Ale im więcej pokutuje, tym większe łaski są jego udziałem, w końcu z rozpaczą widzi, że – niegodny i grzeszny – uważany jest za życia za świętego. Pewnego dnia człowiek, wobec którego zgrzeszył w młodości, staje przed nim z prośbą o uzdrowienie córki.

Film jest quasi-hagiograficzną opowieścią, której akcja dzieje się w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Reżyserowi „Wyspy” udało się opowiedzieć historię świętości pokutującego człowieka w sposób przyswajalny dla współczesnego widza. Życie mnichów, cuda wypraszane modlitwą a nawet egzorcyzmy pokazane są w bardzo stonowany sposób, niemal pozbawiony mistycyzmu. Niezwykłe wydarzenia należące do sfery wiary, wydają się zwyczajne i proste jak sam ojciec Anatolij.

W jego postać wcielił się były lider rosyjskiej kapeli rockowej Piotr Mamonow, który sam zdecydował się zamieszkać kilka lat temu w małej wiosce, by szukać spokoju i odnaleźć wiarę w Boga.
[9] 2012-01-05 10:24:00 Jan
Film wyspa można obejrzeć na stronie: http://www.youtube.com/watch?v=zMfcPkvjNKs

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token