Numer 3(297)    marzec 2010Numer 3(297)    marzec 2010
fot.
W przestrzeniach życia
Anna Rydzanicz

Architektura jest dyscypliną nie tylko porządkującą przestrzeń, ale i jej podporządkowaną. O przestrzeniach swego życia opowiada profesor Aleksander Aleksy Grygorowicz, wybitny architekt, twórca między innymi cerkwi Świętej Trójcy w Hajnówce, laureat wielu prestiżowych nagród, rocznik 1923.

SMAK DZIECIŃSTWA

Urodziłem się w Sarnach na Wołyniu w rosyjskiej rodzinie, osiadłej od pokoleń na Ukrainie. Naturalnie, wychowywałem się w duchu prawosławnym, głównie dzięki dziadkowi. Iwan Michajłowicz Kuzniecow był bardzo pobożnym, cichego serca, człowiekiem, wieloletnim starostą cerkiewnym.
Po długim stażu jako maszynista imperatorskich pociągów, a następnie nominacji w 1904 roku na stanowisko zastępcy naczelnika największego pomiędzy Wilnem a Lwowem zakładu naprawy lokomotyw w Sarnach, awansował w 1914 roku na naczelnika parowozowni.
Rozwój kolei podniósł rangę spokojnego miasteczka. Nieopodal parowozowni powstało osiedle pracowników kolei, głównie Rosjan. Kilkanaście dobrze zagospodarowanych drewnianych budynków mieszkalnych, wyposażonych w telefony, z banią, ślizgawką i placem zabaw, zamieszkiwało kilkaset osób. Za dziadkiem, między rokiem 1905 a 1910, sprowadziła się babcia Wiera Aleksandrowna.
Wychowywanie przez dziadków było rodzinną tradycją, ponieważ moja mama Klaudia, urodzona w 1900 roku, oraz jej dwie młodsze siostry, Olga i Aleksandra, zostały u swoich dziadków Kuzniecowych w rodzinnym Koziatynie.
Ojciec zaś urodził się w miejscowości Talnoje koło Humania, niegdyś ośrodku cukrowniczym, gdzie dziadek Nikołaj Grigorowicz (nazwisko Grygorowicz zapisano w Polsce) pracował jako księgowy. Babka ze strony ojca, Kazimiera Rohozińska, wywodziła się ze starej polskiej rodziny szlacheckiej.
Iwan Nikołajewicz Grigorowicz ukończył gimnazjum w pobliskim Złatopolu, a następnie zdał egzamin na wydział matematyczny politechniki w Kijowie. Wybuch pierwszej wojny światowej przerwał studia na pierwszym roku. Powołany do wojska, trafił do szkoły oficerskiej – Alieksiejewskoje Wojennoje Ucziliszcze w Moskwie.
Po przeszkoleniu został wysłany na front, gdzie awansował na praporczyka. Ojciec, ranny w 1916 roku pod Kościuchnówką w walce z oddziałami dowodzonymi przez Piłsudskiego, znalazł się w szpitalu wojskowym w Sarnach. Tam poznał moją mamę. Siedemnastoletnia Klaudia Iwanowna przebywała na wakacjach u rodziców. Uczyła się w gimnazjum w Koziatynie, prowadzonym na prawach państwowych przez jej cioteczną babkę, madame Natalię Żojdik. U cioci Żojdikowej uczyły się też moje ciotki. Niepewne czasy, wybuch rewolucji lutowej, a potem październikowej, zatrzymały tatę w Sarnach. Tu we wsi Dorotycze rodzice w 1920 roku wzięli ślub. Ja zaś przyszedłem na świat 2 września 1923 roku. Ojciec jako mierniczy nie zarabiał wiele, raptem dwieście złotych miesięcznie, dlatego mama musiała udzielać lekcji gry na pianinie, głównie uczennicom gimnazjum z zamożniejszych domów, dzieciom urzędniczej inteligencji oraz z żydowskich rodzin. Mama uczyła też syna prawosławnego burmistrza Sarn z czasów okupacji, Iwana Maryniuka, u którego zatrzymywał się biskup ostrogsko-dermański Symeon.
Dziadek Kuzniecow, od 1920 roku na przymusowej emeryturze, mógł poświęcić mi dużo czasu, prowadzać do szkoły i cerkwi. Nie było mu łatwo. W czasie I wojny światowej jako naczelnik kolei pracował w randze pułkownika. W 1919 roku podczas ofensywy na Kijów przyjmował nawet samego Piłsudskiego. – Proszę mi zmontować lokomotywę dla pancernego pociągu – zażądał późniejszy marszałek, a dziadek zadanie wypełnił bez zarzutu. Jednak w nowej Polsce pracy dla niego nie było.
Do siódmego roku życia nie znałem języka polskiego. Nauczyłem się go dopiero w szkole. W Sarnach, w małym środowisku, cerkiew, parafia i proboszcz byli jednym. Na terenach należących do kolei wzniesiono drewnianą cerkiew, gdzie zostałem ochrzczony przez sędziwego proboszcza, o. Mikołaja Dużyłockiego, który uczył mnie religii. Otrzymałem od niego Ewangelię z dedykacją, którą przechowuję do dziś. Przez długie lata byłem też prysłużnikiem. Natomiast na terenach zakładu naprawy taboru kolejowego znajdowała się kaplica, użytkowana potem jako kościół rzymskokatolicki. W naszej parafii byli Rosjanie i Ukraińcy. Tuż przed pierwszą wojną światową wybudowano fundament nowej dużej cerkwi. Niestety, zaczęto budować za późno i jeszcze za czasów II Rzeczypospolitej świątyni nie dokończono. Mama w okresie międzywojennym aktywnie działała w Russkom Błogotworitelnom Obszczestwie. Rosyjskie Towarzystwo Dobroczynne przez lata podnosiło poziom intelektualny mieszkańców miasteczka, nie tylko Rosjan, propagując literaturę, organizując spotkania z poezją i koncerty. Pamiętam, że deklamowałem tam wiersze. W ścisłej współpracy z inteligencją polską organizowano bale noworoczne. Inteligencja polska kształciła się przecież w Kijowie czy Charkowie, więc nie obca była jej rosyjska literatura czy muzyka. W naszym miasteczku panowała osobliwa atmosfera, jaka cechowała miasteczka Polesia i Wołynia. Przyjaźni opartej na wzajemnym szacunku dla innych kultur i wyznań. Tego też uczono mnie w domu.
Matka to pokrewna mi dusza, nie tylko ze względu na miłość do muzyki, ale też literatury. Rosyjskie nowości wydawnicze tamtego okresu trafiały do naszego domu z zachodu Europy. Chociaż wychowana w duchu muzyki romantycznej, zwróciła moją uwagę na nowoczesne wtedy kompozycje Rachmaninowa i Prokofiewa.
Ojciec pracował bardzo ciężko. Jesienie i zimy spędzał przy stole kreślarskim, z zegarmistrzowską wręcz dokładnością nanosząc na mapę wyniki pomiarów, wiosnę i lato w terenie, w błotach Puszczy Poleskiej. Często wtedy mu towarzyszyłem .

POMIĘDZY SYSTEMAMI SZKOLNYMI

W 1935 roku wstąpiłem do miejscowego gimnazjum, które stało na dobrym poziomie. Przed wybuchem wojny zakończyłem je małą maturą. – Lepiej będzie, jeśli zmienimy dane – poradził życzliwie dyrektor szkoły i własnoręcznie przekreślił wpis na świadectwie gimnazjalnym w rubryce „wyznanie prawosławne” na „rzymskokatolickie”, podpisując się pod dokonaną poprawką. W listopadzie 1939 roku wyruszyłem w pociągu towarowym, ogrzewanym metalową kozą, do Lwowa, do szkół. Na ulicy Kadeckiej mieszkała siostra mamy, Olga Chirowska. Wuj Władysław Chirowski, Polak z Przemyśla, nauczyciel historii i sportowiec, mój pierwszy wielki autorytet, za małżeństwo z „Moskalką” dostał wilczy bilet z Sarn. Już wtedy przejawiałem zainteresowania artystyczno-mechaniczne. Zdałem do liceum mechanicznego. – Czy przypadkiem nie wybrałbyś architektury, bo nieźle rysujesz? – zapytała mnie matka. Dzięki ojcu, który mnie podciągał w szkole powszechnej i gimnazjum, nie miałem problemów z matematyką. Przez pięć miesięcy chodziłem do wybranej szkoły. Na przełomie marca i kwietnia otrzymałem przyspieszoną promocję do drugiej klasy, ponieważ szkołę likwidowano. Sowieci urządzili w niej liceum kolejowe, a ja w ślady ukochanego dziadka jakoś iść nie zamierzałem. Na dwa miesiące wstąpiłem do drugiej klasy liceum na Sokoła. Zdałem tam maturę. Balansowanie pomiędzy systemami oświaty (najpierw szkoła polska, potem ukraińska i znów rosyjska) sprawiło, że moje świadectwo nie było najlepsze. W tym samym roku, 1940, usiłowałem zdawać egzamin na politechnikę we Lwowie. Niestety, na egzaminie z języka ukraińskiego zrobiłem taką ilość błędów ortograficznych, że mnie nie przyjęto. Załamany, wróciłem do Sarn. W roku szkolnym 1940/41 zapisałem się do ostatniej klasy rosyjskiej dziesięciolatki. Świadectwo ukończenia szkoły otrzymałem ze złotym paskiem.

CZAS WOJNY

Okres okupacji spędziłem w Sarnach, pracując w biurach kamieniołomów granitów, zarządzanych przez niemiecką organizację „Todt”. Nadeszły tragiczne chwile. W sierpniu 1943 roku nastąpiła rzeź miejscowych Żydów (blisko 70 proc. społeczności miasteczek). Niemcy zadrutowali około dwuhektarowy teren boiska naszego gimnazjum, umieszczając tam wszystkich okolicznych Żydów. Zdesperowani, przerwali drut i rozbiegli się po mieście. Dwa dni na ulicach Sarn trwała makabryczna strzelanina. Przestraszeni, siedzieliśmy ukryci w domu, bo łatwo było oberwać kulę. Żydowską inteligencję, kupców, moje koleżanki i kolegów z ławy szkolnej – zastrzelonych – grzebano potem na cmentarzu.
Po klęsce pod Stalingradem wiedzieliśmy, że czeka nas ofensywa radziecka. Ojciec jak ognia bał się sowietów, ze względu na wojskową przeszłość. Niebezpieczna mogła się też okazać działalność matki w Russkom Błogotworitelnom Obszczestwie.
Także inne rodziny rosyjskie (około 10 proc. społeczności miasteczka) czuły się niepewnie. Zdecydowaliśmy się na wyjazd. Ze względu na dawne znajomości dziadka otrzymaliśmy wagon towarowy, gdzie umieściliśmy ruchomy dobytek: walizki z garderobą, najważniejsze sprzęty domowe – podręczny stół oraz piecyk i konia z wozem, źródło zarobku ojca. Ojciec w ostatnim okresie okupacji pracował jako leśniczy.
Dziadek nie doczekał tych czasów. Zmarł w 1935 roku w wieku sześćdziesięciu pięciu lat ze zgryzoty. Trzy lata wcześniej odebrano mu emeryturę wypracowaną w poprzednim systemie.

WĘDRÓWKA NA ZACHÓD

W październiku 1943 roku przyjechaliśmy do Lwowa do wujostwa Chirowskich. Wcześniej rodzice uzyskali zaświadczenie, że jadą tam na leczenie. – Proszę się nie łudzić, że uda się wam przejechać – mówili kolejarze. Drewno na opał stanowiło przegrodę w wagonie, za którą, nie mając zezwolenia na przekraczanie granicy, zostałem ukryty wraz z babcią i ciotką Aleksandrą i jej mężem. Życzliwi kolejarze wyposażyli nas w stosowne naklejki i przed samą granicą umieściliśmy te z nadrukiem „Lemberg”. Szczęśliwie nocą udało się przekroczyć granicę Generalnego Gubernatorstwa. Ojciec, w obawie przed kontrolą Bahnschutzów z psami, założył naszej kasztance worki na kopyta, aby nie tupała. Na stacji czekał wuj.
Lwów nawet w okresie okupacji był metropolią w pełnym tego słowa znaczeniu. Ukraińcy w okresie wojny byli świetnie zorganizowani. Funkcjonowały ich szkoły. Jako gimnazjalista często bywałem we Lwowie u ciotki. W całym mieście, w okolicach zamku królewskiego przy ulicy Franciszkańskiej, znajdowała się jedyna cerkiew prawosławna, należąca do rumuńskiego poselstwa, ale nabożeństwa w niej odprawiano po cerkiewnosłowiańsku. Mając przeszłość dyplomatyczną, zachowała się nawet w czasie sowieckiej okupacji. Z ciotką chodziliśmy tam regularnie.
We Lwowie długo nie zabawiliśmy. Z końcem roku, wraz z Chirowskimi, wyruszyliśmy dalej. W sierpniu 1944 roku dotarliśmy do Jasła. Niemcy nie pozwalali meldować się w mieście, więc zamieszkaliśmy w podjasielskim Żółkowie.
Wkrótce znów wyruszyliśmy na zachód, tym razem zatrzymując się w Makowie Podhalańskim.
Po drodze wyprzedawaliśmy zabrane ze sobą rzeczy. Na szczęście udawało się zatrzymać naszą kasztankę. To był koń z charakterem. Ojciec kupił ją w Sarnach u Cyganów. Pewnego razu obroniła się przed złodziejami, którzy zaatakowali pastwisko nadleśniczego. Skradziono jego konie, a klacz ojca tak pogryzła złodziei, że zostawili krnąbrne zwierzę w spokoju. Tymczasem, na przedmieściach Jasła, Niemcy wyprzęgli naszą „chlebodawczynię”. Wracaliśmy smętni. Postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. W tajemnicy przed ojcem odnalazłem oddział stacjonujący w namiotach. – Koń jest jedynym żywicielem naszej dużej rodziny, a jednocześnie źródłem transportu – prosiłem swoim dość dobrym niemieckim, wyniesionym jeszcze z gimnazjum. Szczęśliwie trafiłem na kogoś ludzkiego.
Maków był przepełniony nie tylko uchodźcami ze Wschodu, ale i z powstania warszawskiego, więc trudno było znaleźć miejsce na nocleg. W końcu udało nam się zająć niewielki domek – pokój z kuchnią, w istocie pralnię w posiadłości miejscowego lekarza. Do pokoju wstawiliśmy piętrowe łóżka i tak przezimowaliśmy. Tam dopadła nas ofensywa sowiecka. Z granatników bombardowano miasto. Kiedy nadchodził front, kobiety i wuj ukryli się w piwnicy lekarskiej willi, a ja z ojcem zostaliśmy w naszej budce. Pocisk granatnika uderzył w dach i zniszczył stryszek naszego lokum. Mama z babcią i ciotkami z odległości pięćdziesięciu metrów widziały eksplozję i sądziły, że już po nas. Cudem odłamki trafiły stożkiem w dół i nam się nic nie stało. Potem wydłubywaliśmy je z drewnianych łóżek.
Po przejściu ofensywy, w marcu 1945 roku, udaliśmy się do Krakowa. Jednak, zanim opuściliśmy Maków, musieliśmy wypełnić stosowne formularze. W Nowym Targu otrzymaliśmy kenkarty. W ten sposób zostałem Aleksandrem. Zgodnie z metryką chrztu jestem natomiast Aleksym. Dzięki kolejom losu, we wszystkich polskich dokumentach nazywam się Aleksander Aleksy Grygorowicz. Wydaje mi się, że w pewnym sensie to zrządzenie losu. Po drugiej ofensywie sowieckiej i zajęciu Polski przez wojska sowieckie uchroniło mnie to przed służbą w wojsku lub „rodzinną” zsyłką w głąb Rosji.

KRAKÓW MIASTO SERCU BLISKIE

W Krakowie znaleźliśmy lokum – jeden pokój z kuchnią dla sześciu osób. Wkrótce ciotka Aleksandra zaczęła pracować jako położna i otrzymała miejsce w hotelu pracowniczym. Chirowscy również znaleźli oddzielne mieszkanie. Przez całe studia przemieszkałem w tym pokoju.
Adaptacja do powojennej rzeczywistości była trudna. Ojciec musiał otworzyć budkę z artykułami spożywczymi na osiedlu oficerskim, aby utrzymać całą rodzinę. Matka, która czasem dyżurowała, kiedy ojciec jeździł po towar, zdobywała klientelę swą wschodnią, by nie rzec prawosławną, szczerością.
– Tego masła niech pani nie kupuje, bo ma trzy dni – z rosyjskim akcentem przestrzegała, na co ojciec się krzywił, ale mama taką otwartością bynajmniej nie traciła klienteli.
Dorastając, doceniłem pracowitość ojca, jego całkowite oddanie rodzinie i nabrałem do niego wielkiego szacunku. Podejmował się wszelkich prac, często orki w polu, aby ulżyć nam w niezwykle trudnych czasach.
Byłem jedynym, można powiedzieć wspólnym, dzieckiem w rodzinie. Czasem też sobie ze mnie żartowano, nazywając maminsynkiem. Pewnie też i byłem trochę wychuchany. – Ty dołżen byt zodczij – doradziła mi pewnego razu moja matka. Myślę sobie nieraz w duchu, że dobrze było mamy posłuchać. W roku akademickim 1945/46 zajęcia na wydziale architektury rozpoczęły się z semestralnym opóźnieniem. Zniecierpliwiony, aby nie tracić czasu, zapisałem się na wydział inżynierii lądowej, w znakomitym gronie. Większość absolwentów stała się profesorami. Nie tylko pod względem naukowym, ale i stosunków koleżeńskich, osiągnięć sportowych Kraków okazał się wręcz objawieniem, miastem bliskim całej mojej rodzinie.
Mieliśmy swoją cerkiew, dawną synagogę na Szpitalnej, przyznaną prawosławnym jeszcze przez władze niemieckie. Najpierw zapoznałem się z o. Czubak- Podolskim, a potem o. Eugeniuszem Lachockim i niezwykle uroczą matuszką Julią, wychowanką szkoły przy monasterze w Dermaniu. Początkowo parafia skupiała około sześćdziesięciu rodzin, głównie uchodźców ze Wschodu, Rosjan i Ukraińców. Niektórzy się ukrywali, inni wybywali z miasta. cdn.

fot. album rodzinny prof. Grygorowicza

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token