Patriarcha Paweł podczas nabożeństwa  w Graczanicy, rok 2006; Patriarsza Pećka Patriarcha podczas wizyty w Kosowie
Numer 2(296)    luty 2010Numer 2(296)    luty 2010
fot.
Pavle serbski – szkic do portretu
Ałła Matreńczyk

– Pierwszą osobą z rodziny, którą spotkam po swojej śmierci, będzie na pewno moja ciocia – powiedział w jednym z wywiadów patriarcha serbski Paweł. On, który stał się niekwestionowanym ojcem swego narodu, własnych rodziców stracił wcześnie. Tatę Stefana Stojczewicza ledwie pamiętał. Ojciec wyjechał do Ameryki za chlebem, zaraził się gruźlicą i wrócił do rodzinnej wsi Kuczancy, żeby umrzeć. Mały Gojko (bo takie imię nadano patriarsze przy chrzcie) nie miał wtedy nawet trzech lat, brat Dusan był jeszcze młodszy. Mama też wkrótce zmarła, chłopców wychowywała ciocia. Kochała ich bezgranicznie. Rodzina była wierząca. Dzieci chodziły do szkółki niedzielnej, uczyły się religii, od najmłodszych lat znały „Ojcze nasz”. – Kiedy rośniesz bez rodziców, Ojca Niebieskiego odczuwasz dużo silniej – powie po latach patriarcha.

Był bardzo chorowitym dzieckiem („raz nawet już postawiono nade mną świeczkę”), do prac w polu się nie nadawał. Ciocia, choć biedna, wyprawiła go do szkół. Po ukończeniu seminarium w Sarajewie w 1936 roku, podjął studia w na Uniwersytecie w Belgradzie i to na dwóch fakultetach – medycynie i teologii. Pierwszy porzucił po drugim roku, drugi ukończył przed wojną. Kryzys dosięgnął go na trzecim roku.
Nie dawała mi spokoju myśl: – Jeśli Bóg z góry wie, że będę zabójcą, czy potrafię odmienić mój los? Jeśli mogę, Jego wiedza jest nic nie warta, a jeśli nie mogę, to gdzie jest moja wolność? – wspominał po latach swoje rozterki. – Długo męczyłem się nad tym pytaniem. Otworzyć się przed rówieśnikami nie mogłem – nie interesowały ich podobne problemy, zapytać wykładowców się nie odważyłem, bałem się, że usłyszę „ty heretyku”. W tym wieku wszystko przychodzi do głowy. Odpowiedź znalazłem u błg. Augustyna, który objaśnia to pojęciem czasu. My, ludzie, żyjemy i poznajemy w kategorii przestrzeni i liczb. Dla Boga one nie istnieją. Dla Niego nie ma ani przeszłości, ani przyszłości, a tylko wieczna teraźniejszość, dlatego jeśli mówimy o przyszłości, to przyszłość nasza, nie Jego. I to była odpowiedź na moje pytanie. Gdybym jej nie uzyskał, skończyłbym z teologią.
A tak ukończył studia, a podczas wojny podjął pracę jako katecheta. Ciężko zachorował. Lekarze zdiagnolizowali gruźlicę i dali trzy miesiące życia.
Gojko przeniósł się wtedy do monasteru Wujan i tam otrzymał cudowne uzdrowienie. Czy to właśnie pod jego wpływem zdecydował się zostać mnichem? Śluby złożył już po wojnie, w 1946 roku.
Dziewięć lat później, jako biskup raszko-prizrenski, objął diecezję w Kosowie i Metochii, skąd w 1690 roku, w czasie wielkiego przesiedlenia Serbów, musieli uciekać jego przodkowie. Krzyż Kosowa będzie niósł przez trzydzieści cztery lata swojej biskupiej posługi i dalej przez lata swego patriarszestwa. Do końca.
Jako biskup raszko-prizrenski nie zerwał związków z seminarium w Prizren, gdzie już wcześniej pracował jako wykładowca. Odbudowywał cerkwie. Zajmował się pracą naukową – to właśnie wtedy napisał monografię monasteru św. Joanicjusza Devicskiego, publikował artykuły, które później zostały wydane w trzytomowej książce „Niech staną się jasne niektóre kwestie naszej wiary”. Redagował i przygotowywał do druku wiele książek do nabożeństwa. Przez wiele lat był przewodniczącym komisji do spraw przekładu Nowego Testamentu, który został oficjalnie przyjęty przez Cerkiew i wydany w 1984 roku. Przewodził też synodalnej komisji, która przygotowała służebnik w języku serbskim.
Widział, jak część Albańczyków dokłada wszelkich starań, by doprowadzić do czystego etnicznie Kosowa, dostrzegał narastający problem demograficzny. Informował o tym władze w Prisztinie i w Belgradzie. A w Kosowie nie było już spokojne. Biskup Paweł dwukrotnie padł ofiarą napaści. Pewien Albańczyk zaatakował go, gdy szedł na pocztę w Prizren, inny uderzył go w twarz na głównym dworcu autobusowym w mieście.
– Kiedy patrzysz za siebie, rozumiesz, że wszystkie niepowodzenia i nieszczęścia mają sens – mówił. – Pamiętam, kiedyś szedłem do monasteru: droga długa, pada, ja bez parasola, pod nogami glina mokra, lepka, ledwie daję radę nogi przestawiać.
Myślę: „Gospodi, dlaczego tak jest? Przecież nie do szynku idę, co się dzieje?”. A potem mówię do siebie: „A gdzie moja siła woli?”. Wszystko się układa, jeśli jesteś cierpliwy i zawierzasz Bogu.
Nadszedł rok 1990.
Jak przyjął wiadomość o wyborze na patriarchę?
– To był szok. Nie oczekiwałem tego, ani tym bardziej nie pragnąłem. Miałem już 76 lat, a w tym wieku rozpoczynanie czegokolwiek jest bardzo trudne. Ale ranek jest mądrzejszy niż wieczór, następnego dnia doszedłem do siebie i zacząłem myśleć, od czego zacząć, za co się zabrać. Bo wiecie, są rzeczy niemożliwe do zrobienia, są możliwe i są takie, które musisz zrobić. Najważniejsze są te, które musisz.
Tych, które musiał zrobić na cerkiewnej niwie, było dużo.
Na razie przyjmował międzynarodowe delegacje, które przyszły składać mu gratulacje. Jego współpracownicy obawiali się, że nowy patriarcha, bez doświadczenia w tym zakresie, nie podoła wymogom dyplomatycznej konwersacji.
Na audiencję przybył także bardzo wówczas aktywny amerykański ambasador, Warren Zimmerman. Przekazał pozdrowienia w imieniu amerykańskiego narodu, prezydenta i w swoim własnym. A na koniec kurtuazyjnej rozmowy zapytał:
– W czym możemy wam pomóc?
Patriarcha popatrzył na niego i powiedział: – Nie przeszkadzajcie nam, wtedy pomożecie najlepiej!
Wkrótce czas pokazał, jak mądra była to prośba.
Już rok później, w 1991 roku, padły w Jugosławii pierwsze strzały. Nikt wtedy nawet nie przypuszczał, że zapowiadały rozpad państwa, wojnę z Chorwatami, Bośniakami, agresję NATO, walki w Kosowie, kolejną agresję NATO, oddzielenie Czarnogóry, siłowe i bezprawne oderwanie Kosowa od Serbii.
We wszystkich tych tragicznych wydarzeniach patriarcha podtrzymywał i pocieszał swoich wiernych. A jako duchowy ojciec narodu uczył: – Żadne interesy, ani osobiste, ani państwowe, nie mogą usprawiedliwiać nieczłowieczeństwa.
Kiedy Jugosławia spływała krwią, wzywał wiernych do modlitw nie tylko za Serbów i ich sprzymierzeńców, ale też za wrogów. Mówił: – Jeżeli będziemy żyć jak ludzie Boży, zarówno na Bałkanach jak i na świecie starczy miejsca dla wszystkich. Jeżeli upodobnimy się do Kaina, świat okaże się za mały nawet dla dwóch. Albo: – Kiedy pewnego dnia staniemy przed swoimi przodkami, obyśmy się ich nie wstydzili, a oni nas.
W chwilach dla Serbów najtrudniejszych napisał piękną modlitwę, którą nakazał włączyć do sugubej ektenii.
Liturgię sprawował niemal codziennie, niemal zawsze jerejskim czynem. Lubił służyć sam, bez diakona, sam sprawował proskomidię. Lubił głosić kazania. Wyświęcił wielu duchownych, zawsze wcześniej długo rozmawiał z kandydatem, spowiadał. Nigdy nie udzielał święceń, jeżeli były ku temu przeszkody. – Świętym możecie zostać, bo wszyscy jesteśmy powołani do świętości, ale duchownym – nigdy – tłumaczył.
W latach jego patriarszestwa, w 1992 roku, otwarto duchowne seminarium w Cetinje, zlikwidowano tzw. amerykański raskoł, który powstał w środowisku Serbów w USA po przejęciu władzy przez komunistów, nabrały też tempa, później niestety zastopowane, prace nad likwidacją macedońskiej schizmy. Dwa lata później utworzono Duchowną Akademię w Focze (Serbska Republika w Bośni), a w 1997 Seminarium Duchowne w Kragujevcu.
Powstała też służba informacyjna serbskiej Cerkwi. W 2002 roku do szkół powróciły zajęcia z podstaw wiary, a w ramach Belgradzkiego Uniwersytetu utworzono fakultet teologiczny. A wszystko to, można powiedzieć, w huku spadających bomb, znacznego zubożenia społeczeństwa, latach wielkiej próby dla narodu.
Patriarcha był ascetą. Jego plan dnia wyglądał następująco – cztery godziny przeznaczał na sen, cztery na pracę umysłową, cztery na fizyczną, cztery na modlitwę.
Sam reperował zamki w patriarchii, wieczorem często wychodził na taras, żeby w ramach oszczędności czytać w świetle ulicznej latarni.
Ubierał się też bardzo skromnie.
– A co to za patriarcha, który ma tylko jedną mantiję – żartowała z niego cioteczna siostra Agnca.
– Po co mi druga – odpowiedział. – Dwóch na raz nosić nie będę.
Miał dwa obłaczenija, które sam prał, czyścił, prasował i pakował do podróżnej walizki. W każdej sytuacji starał się zadowalać małym.
– A gdzie on spał – zastanawiała się nieraz hotelowa służba, zastając rano nietknięte łóżka w wygodnych, często luksusowych, apartamentach podczas jego zagranicznych podróży. Patriarcha spał … w fotelu.
Bardzo przeżywał to, że po upadku reżimu komunistycznego Serbię ogarnęła ideologia bogacenia się. – Chciałbym stać u drzwi sal bankietowych i innych miejsc spotkań bogatych, stać i modlić się za naszych biednych braci, siostry i ich dzieci. Musimy zawstydzać tych, którzy tak otwarcie zniżają się do demonstracyjnej chciwości, a nie oburzać się za zamkniętymi drzwiami.
Miał ogromne poczucie humoru.
Pewnego razu serbski fotoreporter, Vican Vicanowicz, chciał go sfotografować. Ale jako człowiek niewierzący, nie bardzo wiedział, jak należy się do patriarchy zwrócić.
– Wasza Najjaśniejszość (Wasze Swiatlejszestwo)… – zaczął, chcąc wyjaśnić, jak należy ustawić się do zdjęcia.
– Jeżeli jestem Najjaśniejszością, to po co ci lampa błyskowa? – ziripostował patriarcha.
Zwykle nauczał na przykładach.
– Kiedy chciał komuś z rodziny dać radę, zawsze sięgał po jakąś historię, pouczenie, żywot świętych, które opowiadał jakby od niechcenia – wspomina córka jego ciotecznej siostry, Śnieżana Miłkowicz.
Wiedział, że jeśli chce się nauczyć kogoś cnót, nie trzeba o nich mówić, trzeba nimi żyć.
– Kiedyś moja mama leżała w szpitalu, my z patriarchą przyszliśmy przed godzinami odwiedzin i nas nie wpuszczono – dodaje Śnieżana. – Chcieliśmy pójść i powiedzieć: „Wiecie, kto z nami jest?”, ale patriarcha nas zatrzymał. „Nie, nie. Jak możemy dokonać czegoś większego, jeśli nie potrafimy sprostać małemu?” – powiedział. I cierpliwie czekał dwie godziny.
Pokorny i skromny był do końca. Już za życia powszechnie mówiono o nim święty, a w rozdartej i podzielonej, umęczonej Serbii, on – niepozorny i schorowany starzec – stał się wielkim, niekwestionowanym autorytetem.
Dwa lata temu trafił do szpitala. – Powinniśmy modlić się za wszystkich ludzi, przede wszystkim za ludzi, którzy mają dobre zamiary, ale też za tych, którzy mają złe! Żeby ich wola zmieniła się na dobrą, bowiem i oni potrzebują zbawienia – znów powtarzał w słowie do wiernych
Odszedł 15 listopada. Miał 95 lat.
Pozostawił wielki duchowy testament. Ten materialny – symboliczny. Swemu bratankowi przekazał swój zegarek, bratanicy – budzik.

fot. o. Michał Czykwin


*   *   *

Kilka historii o serbskim patriarsze


Poprzez swój styl życia patriarcha Paweł stał się bliski wszystkim. Jak kogoś bliskiego, z rodziny, traktowali go nie tylko prawosławni, ale i przedstawiciele innych wyznań, a nawet ci, którzy nazywają siebie ateistami.
Stąd tak wiele opowiadań, żartów, których bohaterem jest duchowy serbski zwierzchnik. W każdym opowiadaniu patriarcha Paweł jest skromnym, wielkich cnót człowiekiem. Wielkim ojcem duchowym.

Nie za pieniądze sierot
Także innych uczył żyć bardzo skromnie. Kiedy mniszki z monasteru Sopociani koło Nowego Pazaru prosiły go jako władykę raszko-prizrenskiego o błogosławieństwo na zakup „fico” (najmniejszy w tym czasie samochód), aby było im łatwiej wozić z miasta to co niezbędne dla monasteru, odmówił.
Wyjaśnienie było następujące: „To nie sztuka kupować samochody za pieniądze, które ofiarowują nam sieroty i biedni, a przecież może się zdarzyć i tak, że będziecie jechać przez kałuże i ich ochlapiecie!”.
W tym samym czasie jako biskup raszko-prizrenski długo zwlekał z zakupem samochodu zarówno dla swoich potrzeb, jak i diecezji.
Mówił: „Dopóki w każdym serbskim domu w Kosowie nie będzie samochodu, nie będzie go i u mnie”.
W końcu zgodził się na wartburga. Rzadko nim jeździł, gdyż najczęściej poruszał się pieszo. Od monasteru do monasteru, od cerkwi do cerkwi, po całej diecezji wzdłuż i wszerz… I nie znał marek samochodów.
Kiedy pewnego razu odwiedził go biskup Żiczy Stefan, z którym uczyli się razem w seminarium, i wspólnie samochodem władyki Stefana, peugeotem, wyruszyli razem po diecezji, władyka Paweł wykrzyknął: „Ej, bracie Stefanie, ale dobry jest ten twój wartburg”.

Po kolei
Mieszkańcy Belgradu często spotykali patriarchę Pawła na ulicy, w tramwaju, w autobusie... Pewnego razu, kiedy jechał przepełnionym tramwajem, ktoś krzyknął: „Patrzcie, to patriarcha” i poprosił o błogosławieństwo. Za nim ruszyli następni, zrobiło się tłoczno. Motorniczy zatrzymał tramwaj i zażądał, żeby wszyscy, oprócz patriarchy, wyszli na ulicę. Otworzył tylko jedne drzwi i powiedział: „A teraz po kolei”. I tak wszyscy, bez popychania, podchodzili po błogosławieństwo Jego Świątobliwości.

Każdy widzi to co chce
W siedzibie patriarchatu często wspominają pewną rozmowę patriarchy z diakonem przed odjazdem na służbę do cerkwi na Banowym Wzgórzu.
– Jak pojedziemy, samochodem? – zapytał diakon, podpowiadając odpowiedź.
– Autobusem! – zdecydowanie odrzekł patriarcha.
Ciepły ranek zapowiadał upalny dzień. Diakonowi bardzo nie chciało się jechać transportem miejskim. – Daleko, w autobusie duszno, tłok – starał się przekonać patriarchę.
– Jedziemy! – krótko odparł patriarcha, już ruszając z miejsca i zdecydowanie uderzając posochom po asfalcie.
– Ale… – idący za nim diakon sięgnął po nowy, jak mu się wydawało, żelazny argument. – Wasza Świątobliwość, lato, wiele osób jedzie kąpać się na Adę Cyganliję (plaża w Belgradzie), w autobusie pełno rozebranych ludzi… Nie uchodzi.
Patriarcha na chwilę się zatrzymał, odwrócił do pomocnika i powiedział: – Wiecie, ojcze, każdy widzi to co chce!

Dwie historie o butach
Jana Teodorowicz opowiedziała historię, która przydarzyła się jej siostrze, gdy trafiła do patriarchy w jakiejś sprawie. Popatrzyła na buty Jego Świątobliwości i wpadła w przerażenie – były stare, kiedyś porwane, a teraz połatane. Pomyślała: „Jaki to wstyd dla nas Serbów, że nasz patriarcha chodzi w takich porwanych butach, czyż nikt nie może podarować mu nowych?”.
W tej samej chwili patriarcha z radością powiedział: „Widzicie jakie mam dobre buty? Znalazłem je koło śmietnika, kiedy szedłem do patriarchii. Ktoś je wyrzucił, a przecież to prawdziwa skóra. Trochę je podszyłem i teraz jeszcze długo będą służyć”.
Z tymi butami związana jest jeszcze jedna historia. Pewna kobieta przyszła do patriarchatu, twierdząc że musi porozmawiać z patriarchą Pawłem. Nie od razu ją wpuszczono, ale w końcu jej nieustępliwość zwyciężyła. Na widok patriarchy kobieta z dużym przejęciem zaczęła opowiadać, że tej nocy przyśniła się jej Bogarodzica, która nakazała podarować mu pieniądze na nowe obuwie. I mówiąc to wyciągnęła kopertę.
Hierarcha uprzejmym głosem zapytał: „A o której godzinie położyliście się spać?”. Zdziwiona kobieta odpowiedziała: „Gdzieś tak o jedenastej”. „Wiecie, ja położyłem się później, około czwartej nad ranem” – na to patriarcha. „I mnie też przyśniła się Bogarodzica i prosiła, żeby wam powiedzieć, byście wszystkie te pieniądze zabrali i oddali tym, którzy ich naprawdę potrzebują”. I nie wziął koperty.

Ale, kiedy wypijemy…

Pewien hulaka, który często spędzał czas w restauracji „Znak zapytania”, vis a vis siedziby patriarchatu, jak tylko zauważył, że patriarcha idzie, zawsze przebiegał ulicę, prosząc o błogosławieństwo. Pewnego razu, jąkając się, powiedział: – Wasza Świątobliwość, my z wami jesteśmy najlepszymi ludźmi w Belgradzie!
Patriarcha, widząc że ten niepewnie stoi na ziemi, powiedział: – Tak, masz rację, ale Bóg mi świadkiem, że kiedy napijemy się, to najgorszymi.
Oczywiście patriarcha nigdy nie pił, ale w ten sposób wziął na siebie część grzechu tego człowieka i z humorem, żeby go nie obrazić, wskazał na słabość i nałóg, na który cierpiał.


Jovan Janicza Bądźmy ludźmi
Juij Maksimow Kilka historii
o serbskim patriarsze Pawle

Na podstawie www.pravoslavie.ru
tłum. Ałła Matreńczyk

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token