Numer 1(295)    styczeń 2010Numer 1(295)    styczeń 2010
fot.
Perła jagiellońskich fundacji
Natalia Klimuk

O Sandomierzu w dawnych czasach mówiono „Mały Rzym”. Doszukiwano się podobieństw – oba miasta położone są na siedmiu wzgórzach, mają systemy podziemne – tu są lochy, tam katakumby, w obu aż roi się od kościołów. To było i jest miasto ciążące ku kulturze zachodniej. Wydawałoby się, że wśród tutejszych zabytków tego co ma wschodnie pochodzenie nie znajdziesz. A jednak… I to w samym sercu. We wczesnogotyckiej perełce architektonicznej – sandomierskiej katedrze – są bizantyńskie freski.

Długa nawa główna zakończona jest wydłużonym prezbiterium. Jego ściany pokryto bizantyńskimi freskami, i to wysokiej klasy. Nad ołtarzem góruje postać Chrystusa Pantokratora, otaczają go chóry anielskie. Ściana północna to monumentalne Zaśnięcie Bogarodzicy. Dalej, podążając na prawo, przedstawione są sceny z życia Chrystusa i wydarzenia, które miały miejsce po zmartwychwstaniu. Ściana południowa to głównie dwa wątki: życie Marii i sceny z Ewangelii.
W zeszłym roku rozpoczęły się prace konserwatorskie wnętrza katedry. Także fresków, które już od dawna ciekawią badaczy.

„Pictura gracea” w katolickiej świątyni

Skąd w katolickim kościele wzięły się malowidła, nie tylko bizantyńskie w stylu, ale także w wielu szczegółach zgodne z kanonem prawosławnym? Powstanie fresków datuje się przed 1433 rokiem. To czasy króla Władysława Jagiełły. Władca ten, jak pisze Jan Długosz, sztukę z nurtu sculptura graece, graece opere, pictura graeca cenił najwyżej. Była też ona dla Jagiełły, wywodzącego się z litewsko-ruskiego rodu, po prostu bliska. Tego rodzaju malarstwem kazał pokryć ściany swojej sypialni. Freski pojawiły się też w opackim kościele na Łysej Górze jako akt pokuty za świętokradcze złupienie relikwii świętego Krzyża w 1370 roku przez jego ojca i wuja. Przede wszystkim jednak bizantyńsko-ruskie freski znalazły się w najbardziej reprezentatywnych miejscach w kraju – w katedrach wawelskiej i gnieźnieńskiej, kolegiacie wiślickiej, w kaplicy Świętej Trójcy w dynamicznie rozwijającym się w owym czasie Lublinie.
Równa rangą kolegiacie wiślickiej była ówczesna kolegiata sandomierska. Ale nie tylko status kościoła, wysoka pozycja miasta i gust króla miały w tym przypadku znaczenie. Jak pisała prof. Anna Różycka-Bryzek („Modus. Prace z historii sztuki”, 07/2006) zadecydowały względy jeszcze bardziej osobiste. Jagiełło zatrzymał się w Sandomierzu w drodze na koronację. Tu przywitał go osobisty poseł przyszłej żony, Jadwigi. Jagiełło był wtedy pełen nadziei związanych z połączeniem dwóch panujących rodów – andegaweńsko-piastowskiego i Giedyminowiczów. Potem król był w Sandomierzu jeszcze kilkakrotnie. W latach 20. przyjeżdżał tu prawie co roku. Przyjazdy te zbiegały się z narodzinami długo wyczekiwanych, zrodzonych dopiero z czwartej żony, synów. Sukcesja rodu była zapewniona. Za to błogosławieństwo i inne odnoszone w tym czasie sukcesy chciał podziękować Bogarodzicy w miejscu – a takim był Sandomierz – które obrosło w legendy o jej cudownym orędownictwie i w którym, przed laty, tak mocno paliły się w nim nadzieje na potomka z pierwszej żony. Badaczka podkreśla też, że władca mógł mieć znaczny wpływ na przedstawiony tu program ikonograficzny, zwłaszcza na pojawienie się rozbudowanego wątku mariologicznego.
Freski zapewne oglądali wszyscy odwiedzający katedrę. Musiało być ich wielu, bo Sandomierz, leżący na skrzyżowaniu szlaków handlowych, do połowy XVIII wieku był jednym z najważniejszych i najbogatszych miast Polski. Jak pisała prof. Różycka-Bryzek („Dzieje Lubelszczyzny”, t. VI, cz. III) nie ma śladów niechęci religijnej wobec wschodnich malowideł fundowanych przez Jagiellonów w katolickich świątyniach. Choć swego rodzaju cenzura miejscowego kleru czasem miała miejsce. Usuwano przedstawienia obce obrządkowi, któremu miały służyć. Pozostawiano prawdy wiary podstawowe, wspólne dla obu Kościołów. Jednak nigdy nie pomijane zwroty podkreślające ich greckość świadczą, że zawsze były postrzegane jako obce.

Mistrzowskie dzieło

Większość fresków z fundacji jagiellońskich to malowidła bizantyńsko-ruskie. Do niedawna określano tak też sandomierskie. – W świetle najnowszych badań historyków sztuki (a te wciąż trwają w połączeniu z pracami konserwatorskimi) są to freski bizantyńsko-bałkańskie – odpowiada ks. Andrzej Rusak, dyrektor sandomierskiego Muzeum Diecezjalnego, konserwator diecezjalny.
Ks. Stanisław Makarewicz, który sandomierskim freskom poświęcił sporą część swej działalności naukowej, pisał, że twórcami polichromii byli malarze wywodzący się z wybitnej szkoły klasztornego malarstwa. Mógł to być Atos czy siedziba metropolitów wołoskich Curtea de Argeş. Stylistycznie prawdopodobnie należą do tzw. renesansu Paleologów lub okresu tuż po nim, widać też powiązania z rozszerzaniem się sztuki bizantyńsko-bałkańskiej na północ Europy, przez Bułgarię, Wołoszczyznę i Mołdawię. Powiązania sandomierskich fresków ze sztuką Serbii i Macedonii za oczywiste uznała prof. Rózycka-Bryzek. Malarze serbscy w czasie niewoli tureckiej znaleźli się na Rusi, także jej zachodniej części. Tą drogą mogli też trafić do Sandomierza.
Jako autora najczęściej podaje się duchownego Haila. Był to nieznanej narodowości malarz. Możliwe jednak, że pełnił też funkcję znacznie wyższą – zaufanego doradcy króla w zakresie wiedzy o sztuce prawosławnej. Dostatecznych dowodów na autorstwo Haila brakuje.
Niemniej freski sandomierskie to prawdziwie królewska fundacja. Monumentalne, o wysokiej jakości stylistycznej, ze znawstwem kanonów cerkiewnych wkomponowane w gotycką architekturę. To perła wśród innych fundacji jagiellońskich w Polsce.

Wychodzą z ukrycia

Można mówić o szczęściu, że freski znajdowały się w nieustannie funkcjonującym kościele. Choć i tak przechodziły różne losy. W 1656 roku, w wyniku działań wojennych, kiedy miasto okupował król szwedzki Karol Gustaw, na sandomierskim zamku wybuchł pożar. Ogień przeniósł się też na kolegiatę. Zniszczył dach i część wnętrza, także fragment średniowiecznej polichromii na sklepieniu prezbiterium. Całe wnętrze świątyni pokryło się grubą warstwą sadzy i brudu. Nie dziwi decyzja z 1713 roku o pokryciu pobiałą całego prezbiterium. Dopiero w 1887 roku przypadkowe oberwanie się jednego z dużych płóciennych obrazów odsłoniło część zapomnianej polichromii. Karol Frycz i Jan Talaga w 1913 roku podjęli się konserwacji jednego przęsła. Decyzję o odsłonięciu całej polichromii podjął biskup Włodzimierz Jasiński. Powierzył to zadanie najlepszemu ówczesnemu specjaliście, profesorowi Julianowi Makarewiczowi, który wcześniej pracował przy freskach jagiellońskich w Lublinie. Prace trwały kilka miesięcy w latach 1934 i 1935. Profesor odsłonił całą średniowieczną polichromię, ale też przemalował (malowidła w technice fresku pokryto tłustą temperą), zachował natomiast układ scen i kompozycję. – Profesor pracował z dużym zespołem, ale miał mało czasu. Zdecydował się na przemalowania – wyjaśnia ks. Andrzej Rusak. – Duża mądrość Makarewicza polegała na tym, że przemalowując nie szkodził, a raczej zabezpieczał – dodaje.
Teraz trwają prace nad przywróceniem oryginału. Tam gdzie będzie możliwe, pozostaną ślady przedwojennej konserwacji, tak aby były widoczne jej główne założenia. To właściwie pierwsza kompleksowa renowacja. W długiej historii katedry zmieniało się wyposażenie prezbiterium – zamurowano okna, wstawiono stalle i nowy ołtarz. Teraz odsłonięto schowane za nimi freski. Dokonano też nowych odkryć – do takich należy scena niebiańskiej eucharystii, w której grupa aniołów adoruje pochód z ciałem umęczonego Chrystusa.
Zakończenie prac konserwatorskich zaplanowano na koniec 2010 r. Wtedy zajaśnieją na nowo i same freski, i – na co mamy nadzieję – wiedza o nich.

fot. Jerzy Uścinowicz

Opinie

[1] 2010-01-14 20:18:00 Korwin
Sandomierz to nie jakiś Twer czy Kostroma - nie musi ciążyć ku kulturze zachodniej skoro ta kultura go zbudowała i nigdy nie opuściła. Szanowna redakcja PP takimi tekstami naraża się na śmieszność.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token