Czarnobylski Spas
Jurij Andrejew dotknął i piekła, i świętości Czarnobyla. Mieszkał w Prypeci, 55-tysięcznym mieście, które dzieli 1800 metrów od atomowej stacji. Prypeć budowano razem z elektrownią w latach 70. i 80. minionego wieku. Stała się miastem elity. Najlepsze inżynierskie umysły Związku Radzieckiego pracowały wtedy dla lotów kosmicznych i elektrowni atomowych. W Prypeci mieszkali i ci, którzy obsługiwali strategiczny radar, znajdujący się w sąsiedztwie Czarnobyla, jeden z kilku takiej klasy znajdujących się w ZSRR, nazywany Czarnobyl 2, nieoficjalnie Okiem Moskwy.
Do Prypeci zawijały rejsowe statki. Wiozły pasażerów do Kijowa i białoruskiego Mozyrza. Z Kijowa, oddalonego o 110 kilometrów, płynęli letnicy. Wabiły ich rozlane szeroko leniwe wody Prypeci z mnóstwem ryb i złotymi plażami, sosnowe lasy, dobra ziemia i woda, ciesząca się sławą najlepszej na Ukrainie.A Prypeć? To młode miasto. Miało obwodnicę, trzy baseny, artystyczną szkołę, teatr, hotel, mieszkania większe niż w Kijowie, czy Moskwie. I ani jednej cerkwi.
Jurij Andrejew poszedł spać 25 kwietnia 1986 roku w mieście żywym, a obudził się 26 kwietnia w pierwszym dniu jego agonii. W niedzielę, dwudziestego siódmego, po południu, rozpoczęto wysiedlanie wszystkich jego mieszkańców, tylko z dowodami osobistymi. Nawet kotów i psów nie pozwalano zabierać. Te zabijano.
W nocy, o pierwszej dwadzieścia trzy z sekundami, nastąpił wybuch w czwartym bloku atomowej stacji. Była sobota. Jurij Andrejew, inżynier, miał wtedy 35 lat. Pracował jako kierownik zmiany w atomowej stacji. Tej soboty miał żonie kupić zieleninę, a córce obiecał spacer nad rozlewiskami Prypeci. Z rana ujrzał autobusy wiozące ludzi w ochronnych kombinezonach. Powiało grozą.
Nad czwartym blokiem atomowej stacji widać było obłok, prawie przezroczysty. Potem zamienił on kolor na jednolicie malinowy, jakby apokaliptyczny, którego w naturze nie znajdziesz, i taki utrwalił w 2003 roku ikonopisiec na ikonie Spas Czarnobylski.
Zmiana Jurija Andrejewa rozpoczynała pracę 26 kwietnia po południu. Wszyscy stawili się na swoich stanowiskach. Nad czwartym blokiem nie zobaczyli już pokrywy, ważącej pięć tysięcy ton. Wybuch wyrwał ją i uniósł do góry. Potem spadła ona na aktywną sferę reaktora. Zdruzgotała ściany bloku, pozostawiając jedynie północną.
Wybuch zniszczył ważącą blisko dwa tysiące ton antyradiacyjną powłokę reaktora i odsłonił jego konstrukcję, którą człowiek widział tylko raz, w czasie montażu. Rdzeń reaktora został zniszczony. Reaktor stał nagi, otwarty, groźny. Dyszał, wyrzucając ogromną masę aktywnych gazów. Miał zniszczone kanały paliwowe i rozerwane rury z wodą chłodzącą. Woda bezpośrednio zetknęła się z rozżarzonym do temperatury trzech tysięcy stopni Celsjusza grafitem, tworząc piorunującą mieszaninę.
Do wnętrza reaktora przedostało się powietrze. Spowodowało ono zapalenie się kilku ton grafitowych bloków, izolujących reaktor. I to one, płonąc przez dziewięć dni, wyrzucały do atmosfery najwięcej promieniotwórczych izotopów.
Wybuch i pożar grafitu utworzyły potężną poduszkę radioaktywnych cząstek o ponadkilometrowej grubości. Wiatr przesuwał ją w stronę Prypeci, ale jakby siła potężniejsza od termojądrowego wybuchu zatrzymała chmurę przy granicy miasta. Rozdzieliła na dwie części. Jedna spadła na wschód od miasta, druga na zachód – na garaże i cmentarz.
– Stał się cud – po dwudziestu czterech latach od katastrofy mówi Jurij Andrejew, dziś prezes Związku „Czarnobyl Ukrainy”. Ocalenie życia mieszkańców Prypeci można wyjaśnić tylko Bożym zastupniczestwom. Prypeć w ciągu dziesięciu minut od awarii powinna być przykryta radioaktywną poduszką. Tam gdzie ona legła, a dzieliło ją dosłownie kilka metrów od zamieszkałych dzielnic, promieniowanie przekroczyło dopuszczalną normę ponad kilka tysięcy razy, w mieście ponad sto.
Najbardziej na promieniowanie są narażone dzieci, zwłaszcza poniżej trzech lat, najmniej ludzie po czterdziestce. Perypeć była miastem ze średnią wieku 26 lat.
Jurij Andrejew stanął twarzą w twarz przed największą w dziejach energetyki jądrowej katastrofą, choć o tym 26 kwietnia 1986 roku jeszcze nie wiedział.
Strażacy byli na miejscu już przed drugą w nocy. Jechali jak do zwykłego pożaru. Nie wiedzieli, skąd tyle kawałków rozrzucanego grafitu. Niektóre dało się kopnąć, podnieść...
Już niebawem dowiedzieli się, z jak potężnym przeciwnikiem mają do czynienia. Do gaszenia grafitu potrzebowali kilku tysięcy ton piasku, boru, dolomitu, gliny i sprowadzanego nawet z Japonii ołowiu. Materiały zrzucali ze śmigłowców. Żar z reaktora stapiał je. Tworzyła się zwarta masa.
Jak się potem okazało, ołów, który zamieniał się w parę, wyrządzał gaszącym ogromne szkody. Ale któż wtedy wiedział, że lepsze do tego celu jest żelazo!
Strażacy byli pierwszymi ofiarami czarnobylskiej katastrofy. Kola Waszczyk, Wołodzia Prawik i inni wspięli się po drabinie na dach... i nikt ich już więcej nie zobaczył. Odchodzili szybko, już w maju tego samego roku. Umierali w katuszach ze strasznej choroby popromiennej, wypalającej ich od wewnątrz i na zewnątrz. Ich waga spadała do 15-20 kilogramów.
– Upokoj Hospodi duszy usopszych rab Twoich, Aleksandra, Nikołaja, Gieorgija, Walentiny, Kławdii, Jekatieryny, Anatolia – modli się o. Nikołaj Jakuszyn.
Jest pogodne listopadowe południe 2009 roku. A w sercach głęboka warstwa zadumy i smutku. Przed nami kompleks, upamiętniający pierwszych trzydzieści ofiar Czarnobyla. Za plecami czarnobylski trup – elektrownia atomowa, której ostatni blok odłączono od życia w grudniu 2000 roku. Batiuszka modli się i za tych, którzy likwidując awarię, przelatując helikopterem nad czwartym blokiem, runęli w samo jądro reaktora. Zaczepili wtedy skrzydłem o liny dźwigu, stojącego obok czwartego bloku.
Rukotwornaja pustynia
O. Nikołaj był ślusarzem w elektrowni. W cerkwi św. Eliasza w Czarnobylu, jedynej którą zostawili komuniści w całym rejonie, przysługiwał. Gdy zmarł batiuszka Ilińskiej cerkwi, w całej Ukrainie nie znaleziono jego następcy. Wtedy o. Mikołaj przyjął duchowe święcenie i – wbrew wszystkim prawom życia i rozsądkowi – nigdy nie opuścił Czarnobyla. Został na rukotwornej pustyni.
W promieniu 30 kilometrów wysiedlano wszystkich – Prypeć, szesnastotysięczny Czarnobyl, czterdzieści wsi. Ziemia przypominała cmentarzysko zwierząt, statków, które napromieniowane donikąd nie popłyną, łodzi, samochodów, sprzętu, którym zgarniano i wywożono tysiące ton napromieniowanej wokół elektrowni ziemi. Stała się cmentarzyskiem wsi i miast widm, które po latach wzięła w swe władanie przyroda. Zaczęła je wchłaniać. Drzewa i chaszcze podeszły pod same okna, wyrosły na dachach, na balkonach zagnieździły się rysie, stada rzadkich koni Przewalskiego walczyły o życie z watahami wilków. Ciągnęły tu łabędzie i sowy, czarne bociany i bieliki, żubry i niedźwiedzie brunatne, sarny i jelenie. Dobrze się czuły w nieoficjalnym największym rezerwacie Europy, którego powierzchnia dorównuje wielkości Belgii i zajmuje prawie dziesiątą część Ukrainy.
W Czarnobylu logika egzaminu nie zdawała, tylko miłość do życia, ludzi i miłość do Boga, którą katastrofa generowała jak łańcuchową reakcję, a której komuniści już nie mogli zatamować.
Za dawkę promieniowania, przy której człowiek ma zerowe szanse na przeżycie, uważa się sześćset rentgenów na godzinę. Na atomowej stacji promieniowanie po wybuchu przekraczało tysiąc rentgenów na godzinę. Tam gdzie pracowali strażacy, jego siła dochodziła do dwudziestu dziewięciu tysięcy.
Piekło awarii
Jurij Andrejew 26 kwietnia mógł się czuć jakby zrzucony na dno piekła. Opowiada o ogromnym lęku, by nie doszło do awarii w kolejnych blokach, chłodzonych i monitorowanych jednym systemem, a nie oddzielnym dla każdego bloku. Takie rozwiązanie pozwalało na produkcję tańszej energii. Opowiada o lęku przed ewentualnym dalszym skażeniem. Reaktor stał na warstwie betonu o grubości jednego metra. Pod nim znajdowały się zbiorniki z wodą. Reaktor mógł przepalić ów beton i runąć do wody, wywołując bardzo groźną reakcję. I rzeczywiście, po dziesięciu dniach płyta się przepaliła i radioaktywne szczątki reaktora pozostają w zbiorniku do dziś, ich wydobycie jest niemożliwe. Ale runęły do zbiornika już pustego. Najpierw wodę wypompowywały setki strażackich wozów, lecz gdy wewnątrz wciąż pozostawało kilka hektolitrów wody, zgłosiło się trzech ochotników inżynierów. Dotarli do głównego zbiornika i otworzyli dwa największe zawory. Szli jak w paszczę lwa.
Mrożące pytania mnożyły się. A jeśli reaktor stopi fundamenty czwartego bloku i radioaktywny materiał przedostanie się do gruntu, w nadprypeckim rejonie miękkiego i pełnego mokradeł? Jakież skażenie terenu nastąpi! Sięgnięto po technikę stosowaną przy budowie metra. W ukośne odwierty wlewano ciekły azot o temperaturze minus 196 stopni Celsjusza i w ten sposób zamrażano grunt pod czwartym blokiem. W zmrożonej jak beton ziemi można było ryć koparkami tunel – miał 150 metrów długości – i zakładać pod reaktor betonowe poduszki.
Jurij Andrejew, ale i najlepsi radzieccy fizycy i atomiści akademicy, których ściągnięto na miejsce katastrofy, najbardziej się bali, że za kilka minut albo godzin wyleci w powietrze kolejny blok – radioaktywna woda z czwartego bloku podtapiała pracujące urządzenia z bloku pierwszego i drugiego, co było bardzo niebezpieczne. Jego wybuch oznaczałby katastrofę dla całej Europy, a dla mieszkańców Prypeci, jeszcze 26 kwietnia nie ewakuowanych, śmierć. Akademicy siedzieli w bunkrze, zatrzymującym promieniowanie. Inżynierowie i cała zmiana pozostawali na swoich stanowiskach. Wszelkie dyspozycje na stacjach atomowych są nagrywane. Tym razem nie były. Atomiści przestraszyli się ogromu odpowiedzialności. Ryzyka stawiania kolejnych kroków, nie dopuszczających do awarii na drugim bloku podjęli się w zasadzie inżynierowie. Do awarii nie dopuścili. Byli od niej o włos?
– Wbrew ludzkiej słabości i powątpiewaniu awarię zlikwidowano. To Bóg dał do tego ludziom siłę i wolę – mówi Jurij Andrejew. Nad czwartym blokiem zbudowano sarkofag. Prace zakończono w listopadzie 1986 roku. Stworzono unikalną inżynierską konstrukcję, opartą na najnowszych zdobyczach nauki. Betonowe bloki o wadze kilku tysięcy ton montowano z dokładnością co do milimetra przy pomocy helikopterów i niemieckich dźwigów, w skrajnie niebezpiecznych warunkach. W świecie nie ma takiej konstrukcji i nigdy nie będzie, bo budowali ją bohaterowie – stwierdza Andrejew.
– Likwidatorzy awarii, a było ich osiemset tysięcy, otrzymywali w ciągu tygodnia roczną dozę napromieniowania, przekraczającą wszelkie dopuszczalne normy. A jednak większość ich, wbrew wszelkiej logice, została przy życiu. Ocenia się, że około 150 tysięcy odeszło przedwcześnie z powodu napromieniowania.
Wielu odzyskało wiarę w Boga – sumuje Andrejew. On sam dwa razy przeżył śmierć kliniczną. Mówi o doznawanym podczas niej uczuciu ciepła, błogości, bezpieczeństwa, mknięcia przez długi tunel, zakończony pomarańczowym światłem i o ostrym szarpnięciu, bólu, chłodzie, oznaczającym powrót do życia.
Liturgia w Czarnobylu
Jest 21 listopada 2009 roku, święto św. Michała Archanioła. W Ilińskiej cerkwi w Czarnobylu trwa Liturgia. Śpiewa chór. Modlą się starsze kobiety, które – może ośmielone trwaniem batiuszki na pustyni – wróciły na swoją rodzinną ziemię, do strefy największego zagrożenia. Stoją ludzie w służbowych mundurach, naukowcy, ci którzy czuwają nad skażoną strefą.
Służy o. Nikołaj Jakuszyn. Podwiżnik – mówią o nim. On wie, że Bóg jest bardzo blisko czarnobylców. Nawet wtedy, gdy dozymetry szalały, gdy na atomowej stacji wykraczały poza przewidywaną dla nich skalę, w Ilińskiej cerkwi nie zanotowano żadnego promieniowania. I wie o. Mikołaj, ile cudów dzieje się teraz za sprawą ikony Czarnobylski Spas.
Czarnobylski Spas
Ikona stoi w Ilińskiej cerkwi po prawej stronie przed soleją. Na prośbę czarnobylców i z błogosławieństwa metropolity kijowskiego Włodzimierza napisał ją w 2003 roku Władysław Gorecki. Ikonę wyświęcono na Uspienije 28 sierpnia 2003 roku w Kijowsko-Pieczerskiej Ławrze u ścian Uspienskiego soboru. Przyszło mnóstwo wiernych. Już wtedy stali się oni świadkami kilku cudów. Gołąb przeleciał kilka centymetrów nad ikoną i wzbił się prosto w niebo. Na bezchmurnym niebie pojawiła się tęcza, a kiedy rozpoczął się krestnyj chod z ikoną, na niebie można było zobaczyć krzyż, w centrum którego świeciło słońce. Metropolita Włodzimierz powiedział wtedy: – Ikona została przyjęta nie tylko na ziemi, ale i na niebie. Ikona Czarnobylski Spas jest najwyższą nagrodą podarowaną przez Pana, na jaką mogą zasłużyć ludzie ratujący ziemię i życie.
Na ikonie przedstawiono Zbawiciela. Obok stoi Bogarodzica i św. Archistrateg Michał. Pod spodem słynna Czarnobylska Sosna, miejsce kaźni sowieckich ludzi przez niemieckiego okupanta. W głębi sarkofag na bloku atomowej stacji. Na niebie Gwiazda Piołun, u dołu po lewej dusze zmarłych czarnobylców, po prawej żyjący bohaterowie katastrofy. Na dalszym planie ziemia martwa, na bliższym ożywiona, pokryta zielenią.
Z ikoną Czarnobylski Spas przeszły setki procesji po całej Ukrainie. Towarzyszyły im cudowne zjawiska na niebie, natychmiastowe zmiany pogody, ozdrowienia, ogólne polepszenie stanu zdrowia wiernych.
Kopie ikony umieszczono we wszystkich czarnobylskich szpitalach, w wielu urządzono dla niej kaplice.
I w Czarnobylu powtarza się cudowne zjawisko. W święto proroka Eliasza, podczas procesji wokół cerkwi, pojawia się wokół cerkiewnych krzyży tęcza. Przybiera kształt zamkniętego okręgu. Jest widoczna tylko dla tych, którzy idą w krestnym chodzie.
W czarnobylskim rejonie komuniści zniszczyli osiemnaście cerkwi. Z jednej z nich w trzydziestym czwartym roku wynieśli wszystkie ikony i zrobili z nich płot. Wierni pod osłoną nocy ikony rozebrali. Do dziś przetrwały z nich cztery. Wszystkie są w Ilińskiej cerkwi. O. Mikołaj upamiętnił krzyżami miejsca, na których stały cerkwie. Służy przy nich molebny. Raz, gdy w otoczeniu czarnobylskich staruszek modlił się przy jednym z krzyży przed ikoną Czarnobylski Spas, nad czytaną Ewangelią pojawił się słup światła. Nikogo nie oślepił ani nie przestraszył, tylko osienił. Ktoś sfotografował zjawisko.
Święci często powtarzają, że największym cudem jest przyprowadzenie człowieka do wiary. Masowy powrót czarnobylców do Cerkwi nastąpił zwłaszcza w 1989 roku, kiedy zbudowano pierwszą cerkiew poświęconą ofiarom Czarnobyla, Wjazdu Pana do Jerozolimy. Cerkiew stanęła w Kijowie. I nawet kiedy grupa ukraińskich nacjonalistów raskolników próbowała cerkiew przechwycić, sprawiedliwy gniew czarnobylców był tak potężny, że – jak czytam na stronie Press Służby ukraińskiej Cerkwi – niegodziwcy uciekli z cerkwi natychmiast.
W całej Ukrainie buduje się setki cerkwi i kaplic, upamiętniających bohaterów i ofiary katastrofy.
A sam Czarnobyl? Byłby pustynią, gdyby nie Cerkiew i jej podwiżnik, o. Mikołaj. Do Czarnobyla ciągną teraz tysiące pielgrzymów. Przy cerkwi ustawiono dla nich długie rzędy stołów. Zasadzono sad. Świątynia strojna, wysoka, wyremontowana, mieni się wszystkimi chyba kolorami tęczy. Stoi na brzegu Prypeci. Jest jak mocny akcent z innego świata wśród otaczającej jej niszczety. Jakby napominała wszystkim S nami Boh. Budynek nieopodal cerkwi, dawną szkołę, zamienia batiuszka, wraz ze swoimi przyjaciółmi, w muzeum czarnobylskiej katastrofy – katastrofy trzech narodów – Białorusinów, Ukraińców i Rosjan. I marzy, by w pustych czarnobylskich domach, jeszcze do końca nie wchłoniętych przez przyrodę, mnisi modlili się za świat.
fot. autorka
* * *
Zdecydowanie najbardziej ucierpiała na skutek czarnobylskiej katastrofy Białoruś. Radioaktywny opad skaził niemal czwartą część jej terytorium (23 proc), piątą część użytków rolnych wyłączył z uprawy. W strefie napromieniowania znalazło się dwa miliony ludzi, z czego 137,7 tysięcy osób wysiedlono. Odnotowano gwałtowny wzrost zachorowań na raka, zwłaszcza tarczycy; wśród dzieci 40-krotnie, dorosłych 2,5-7 razy. Tylko dla dzieci Czarnobyla wybudowano na Białorusi 14 centrów leczniczo-rehabilitacyjnych, w których 120 tysięcy z nich każdego roku poddaje się terapii. Na skutek katastrofy najbardziej ucierpiało Polesie, czyli południowa Białoruś. Była to klęska dla jej gospodarki, przyrody i dziedzictwa kulturowego.Białoruś i Czarnobyl
Likwidacja skutków awarii atomowej codziennie uszczupla budżet Białorusi o mniej więcej jeden milion dolarów. Jeśli się uzna, że trzeba trzydziestu lat, by zlikwidować podstawowe następstwa katastrofy, Białoruś potrzebuje na ten proces 235 miliardów dolarów, czyli 32 państwowych budżetów z 1985 roku (na podstawie strony internetowej ambasady Białorusi w Polsce).













Twoja opinia