Numer 1(295)    styczeń 2010Numer 1(295)    styczeń 2010
fot.
Boże Narodzenie na Sołowkach
Borys Szyrajew

– Niech się Pan nie boi Sołowek, tam jest bliżej do Chrystusa – powiedział Michał Niestierow pisarzowi Borysowi Szyrajewowi, więźniowi Butyrek, któremu karę śmierci zamieniono na dziesięć lat sołowieckich łagrów. Na Sołowki Borys Szyrajew, autor książki „Niegasnąca łampada”, trafił w pierwszej połowie lat dwudziestych. Koczował w dawnej dwuosobowej monasterskiej celi, na drugim piętrze korpusu Preobrażeńskiego Monasteru, razem z pięcioma innymi zesłańcami – „Paryżaninem” Miszą Jegorowym, moskiewskim kupcem – staroobrzędowcem Wasią Owczinnikowym, Turkiem, handlarzem – kontrabandzistą Roszadem – Sedanem, starym niemieckim baronem protestantem Ritterem von Rikkert der Gelbenzandt i katolikiem, szlachcicem, Stanisławem Świdą Świderskim. Zbliżało się Boże Narodzenie...

Szóstym w celi byłem ja. Tak się dziwnie złożyło, że wszyscy byliśmy nie tylko innej wiary, ale i otrzymaliśmy inne religijne wychowanie. Wasia Owczinnikow był gorliwym staroobrzędowcem, Roszad prawowiernym muzułmaninem, baron umiarkowanym, jak we wszystkim, porządnym luteraninem, pan Staś fanatycznym katolikiem, ja prawosławnym z naleciałością deizmu, Misza Jegorow zdeklarowanym ateistą epikurejczykiem. Pewnego grudniowego wieczora tak się zdarzyło, że wszyscy wróciliśmy do celi stosunkowo wcześnie.
– A wiecie, mamy dzisiaj 15 grudnia. Za dziesięć dni Boże Narodzenie – powiedział Misza, patrząc na nas wszystkich.
– A tobie ateiście co do tego? – zaoponował Owczinnikow, który nie mógł wybaczyć niewiary swemu koledze i współwięźniowi.
– Jak to, co do tego? – szczerze zdziwił się Misza – A choinka?
– Choinka? A Siekirkę [miejsce kary na Sołowkach – am] znasz? Choinki, bracie, u was w Paryżu urządzają, a socjalistyczna służba penitencjarna inaczej je nazwała – ukłuliśmy Miszę za jego partyjną przeszłość.
– A my i tutaj swój Paryż zorganizujemy! Dokładniej – rue Daru! Będzie wspaniale – zachwycał się Misza. – Po apelu do celi nikt nawet nie zajrzy. Drzwi zabarykadujemy, okno na drugim piętrze – chociaż bierz i molebien służ! Choineczkę, niedużą, oczywiście wyrąbiesz ty! Przez bramę nieść nie można – wzbudzi podejrzenie. A my, ot co zrobimy: wejdę na narożną wieżę i sznurek spuszczę. Ty, wracając, przywiąż choinkę, a ja pociągnę. W ciemności nikt nie zauważy.
Pomysł był kuszący. Powrócić choć na godzinę do tego co bezpowrotnie odeszło, przeżyć to co każdy z nas troskliwie przechowuje w swej pamięci.
Ale przecież trzeba jeszcze jeden duchowny – obudził się ze swego powszedniego letargu baron. – To Boże Narodzenie, Heilige Nacht – trzeba się pomodlić. Ja oczywiście, mogę odmawiać modlitwy, ale po niemiecku. Ale to dla was co? Będzie niezrozumiałe.
– Tak, potrzebny jest batiuszka – zgodził się Misza. – Mnie to oczywiście jest wszystko jedno, ale na wigilię zawsze duchownego wołaliśmy – bez niego jakoś tak dziwnie będzie. Nie to!...
– Pytanie tylko, jakiego? My przecież, jakby nas ktoś specjalnie dobrał, jesteśmy różnowiercami.
– Rosja jest prawosławnym imperium – baron srogo obrzucił wszystkich swoim ołowianym wzrokiem i, żeby łatwej przekonać, podniósł nawet w górę swój zasuszony, wskazujący palec. – Rosja ma prawosławny religion!
– Ksiądz Hieronim oczywiście nie będzie mógł. Będzie zajęty – niech służy ruski
– I Rożkowskoje od nas daleko – uśmiechnął się Wasia Owczinnikow. – Nie zdążymy stamtąd naszego przywieźć!
– A więc postanowione. Pytanie tylko, kogo z duchownych – podsumowywałem. – Nikodema pocieszyciela?
– Oczywiście, że jego! Z wielu względów – odezwał się Misza. – Po pierwsze to wspaniały chłopak, a po drugie, głodny. Nakarmimy go przy święcie.
O. Nikodem, wspaniały chłopak, jak nazywał go Misza, miał prawie osiemdziesiąt lat. Chłopakiem więc raczej już nie był, ale wspaniały był na pewno. Znali go wszyscy spiskowcy i jego kandydatura została przyjęta jednogłośnie.
Przygotowania do zakazanej wówczas, zarówno na lądzie, jak i na Wyspach Sołowieckich, bożonarodzeniowej choinki szły jak po maśle. Roszad postanowił zaskoczyć wszystkich swoim mistrzostwem i, pozostając do głębokiej nocy w swojej pracowni, nikomu nie pokazywał tego co zrobił.
– Wszystko będzie pierwsza klasa – przekonywał w odpowiedzi na pytania. – Towar jak trza! Wszystko wiem, co ciebie potrzeba! I rybka, i anioł!
– A u was, u bisurmanów, anioły są? – miał wątpliwości Wasia.
– Ale osioł z ciebie! – zdenerwował się Turek. – Jak może być Allach bez aniołów! Jeden Bóg, jeden anioł dla wszystkich. I imię to samo: Gabriel, Ismael… Zupełnie tak samo!
Misza także ukrywał swoje przygotowania, jedynie Wasia Owczinnikow z baronem otwarcie przeprowadzali swoje chemiczne eksperymenty, starając się pozbawić tran jego nieprzyjemnego zapachu. Chemicy z nich byli kiepscy i po korytarzu nie do wytrzymania zanosiło stęchłym tluszczem foczym.
W wigilię zrąbałem niedużą choinkę i, odstawszy od powracających z roboty więźniów drwali, przywiązałem ją do sznurka w umówionym miejscu. Szarpnąłem, a drzewko po zaśnieżonej ścianie popełzło w górę.
Kiedy po obejściu kremla i oddaniu siekiery dyżurnemu wszedłem do swojej celi, choinkę już ubierano. Starali się wszyscy.
Roszad w triumfującej pozie wyjmował z worka rybki, domki, słonie. Rzeczywiście przeszedł sam siebie w swoim mistrzostwie i pomysłowości. Niepojęte, jak to wszystko był w stanie przygotować, ale jego sukces był pełny. Każdą ozdobę witano to szeptem, to okrzykami zachwytu. Jego wyroby opowiadały nam wzruszającą dziecięcą bajkę. Ciągnęło nas do choinki, worka, szturchaliśmy się, spieraliśmy. Misza, dążący nieustannie do modernizmu, z uporem chciał ubrać w spódniczkę tańczącego słonia, przekonując nas, że w Paryżu wywołałoby to wspaniały efekt.
– Ty głupku z Montparnassu – pouczał go stateczny Owczinnikow. – Zielone słonie to jeszcze się zdarzają, niektórzy widzą je po wypiciu, ale słoni w spódnicy nikt nie widział, choćby wypił nie wiem ile, i to nawet w Paryżu!
Na czubie choinki lśniła – nie, oczywiście że nie radziecka gwiazda, a dzieło wieńczące twórczość Roszada – pozłacany anioł. Wystroiwszy choinkę, doprowadziliśmy do porządku siebie, ubraliśmy się w to co mieliśmy najlepszego, ogoliliśmy się, umyliśmy się.
Dość trudno było z baronem, który miał tylko coś pokryte różnokolorowymi łatami, co kiedyś było marynarką, ale Misza pospieszył z pomocą i wyciągnął ze swojej walizki oślepiający żakiet w kratkę.
– Proszę założyć, baronie! Ostatni krzyk mody! Model nawet nie z Paryża, a prosto z Londynu!
Rękawy były trochę za krótkie, w plecach ciągnęło, ale baron promieniał i nawet jakby przestał utykać na pozbawioną rzepki nogę.
– Nakrywamy do stołu – ogłosił Misza i teraz wybiła godzina jego triumfu. – Będziesz podawać.
W całej tej krzątaninie nie zauważyliśmy, jak do celi wszedł o. Nikodem. Stał już pośród nas, a zmarszczki wywołane uśmiechem na jego twarzy to zbiegały się pod oczyma, to rozbiegały do siwej, dzisiaj starannie uczesanej, brody. Pocierał zamarznięte ręce i z czułością patrzył na nas.
– No, pora zaczynać. Staw swoją ikonę, adamant! Bierz trebnik, o. Nikodemie!
Na stojącej w kącie monasterskiej szafeczce – anałojczyku, który zwykle służył nam do dzielenia porcji chleba, były rozesłane czyste chusteczki do nosa, a na nich stała ciemna, drewniana ikona Nie ręką napisanego Spasa, przechowywana przez cale pokolenia nieugiętego w swojej wierze rodu Owczinnikowych.
Gdy tylko o. Nikodem stanął przed anałojem i jak zwykle zakaszlał, konstrukcja podpierająca drzwi zaskrzypiała i powoli przesunęła się po podłodze.
Drzwi uchyliły się i w szczelinę wsunęła się głowa dyżurnego w kompanii strażnika, starego Żyda, Szapiro, byłego intendenta Głównego Politycznego Zarządu (GPU), nie wiadomo za co zesłanego na Sołowki. „Wpadliśmy! Sekirka nieunikniona, a zimą to pewna śmierć” – przeleciało przez głowę wszystkim, z wyjątkiem chyba barona, który w dalszym ciągu stał nieruchomo jak posąg.
– Aj-aj! To takie prawdziwe Boże Narodzenie! I choinka! I batiuszka! I świeczuszki! Brakuje tylko dzieci. Ale co tam! Sami dla siebie będziemy jak dzieci.
W dalszym ciągu staliśmy jak kołki, nie wiedząc co zapowiada ta wizyta. Ale w miarę, jak rozwijał się monolog gadatliwego Szapiro, rosła nadzieja na pomyślne zakończenie.
– Tak. I co z tego? Stary Aaron Szapiro sam dla siebie będzie wnuczkiem. Dlaczego by nie? Ale o dyżurnym mimo wszystko zapomnieliście. To źle. On jest też człowiekiem i też chce dla siebie święta. Zaraz przyniosę swoją „działkę” i będziemy urządzać Boże Narodzenie, o którym będziemy wiedzieć tylko my.
Głowa Szapiro zniknęła, ale za parę minut wsunął się cały do celi, delikatnie trzymając przykryty kartką papieru talerz.
– Bardzo smaczna ryba, po żydowsku – fisz, chociaż nie szczupak, lecz dorsz! Ja nie jem trefnego. Jestem też wierzący i znam zakon. Wszyscy Żydzi są wierzący, nawet Lejba Trocki. Ale oczywiście po cichu. Tak można. W Talmudzie wszystko jest powiedziane i uczeni rabini wiedzą. Batiuszka, dawajcie, pomodlimy się do Boga.
Błagosłowien Bog nasz, wsiegda, nynie i prisno i wo wieki wiekow! Amiń.
– Amen – powtórzył drewnianym głosem baron.
– Amen – wyszeptał pan Staś.
O. Nikodem służył półgłosem. Brzmiały proste słowa o Narodzonym w pieczarze, o szukających prawdy mędrcach i o tylko pragnących jej prostych, nieuczonych, pastuchach, których przywiodła do pieczary cudowna gwiazda. Światło w celi było zgaszone [elektrownię wodną na Sołowkach zbudowano w 1910 roku – am]. Płonęła tylko jedna świeczka przed obliczem Spasa, a w oknach grały tęczowe iskry wielkiej zorzy polarnej, otaczającej świątecznymi, wielokolorowymi frędzlami ciemną szatę usypanego gwiazdami nieba. Wydawały się nam odblaskami gwiazdy, która zajaśniała nad żłobkiem Tego, przed którym nie ma ani Greka, ani Żyda...
O. Nikodem czytał Ewangelię po słowiańsku. Metodyczny baron szeptem powtarzał ją po niemiecku, zaglądając do swego modlitewnika. Od stojącego z tyłu szlachcica czasami słychać było łacinę. Na twarzy ateisty Miszy błąkał się radosny dziecięcy uśmiech.
– Z nadchodzącym świętem! – pozdrowił nas o. Nikodem. A potem odezwał się inaczej, po domowemu: – I popatrzeć, nawet kutię przygotowali. Prawdziwy cud!
Wszyscy cicho, z dużą nieśmiałością, jakby wstydząc się narastającego w nich uczucia, siedli za stół, nie wiedząc od czego zacząć. Wypili po kieliszku, powtórzyli. Od razu zarumieniwszy się baron von Ritter wstał i trzymając w ręce kieliszek zaintonował Stille Nacht, Heilige Nacht, a Roszad zaczął przekonywać wszystkich, że „po turecku też jest ta pieśń, tylko ma inne słowa”. Potem wszyscy razem zaśpiewali „Jołoczkę”, dodając i improwizując zapomniane słowa, wzięli się za ręce i obeszli wokół rozświetlonej choinki. Przecież tej nocy byliśmy dziećmi, tylko dziećmi, których On przywoływał do swego Królestwa Ducha, gdzie nie ma ani Greka, ani Żyda.
Kiedy świece się dopaliły, a gospodarny Wasia zebrał ze stołu resztki uczty, o. Nikodem obejrzał wszystkie ozdoby Roszada swymi promiennymi oczyma i nawet niektóre z nich dotknął.
– Piękna choinka, nie ma co, ale u nas na Połtawszczynie są piękniejsze zwyczaje. U nas w ten dzień szopkę noszą. Teraz oczywiście rzadko, ale wcześniej, kiedy byłem w seminarium, my, seminarzyści z bursy, z gwiazdą chodziliśmy. Specjalne wiersze śpiewaliśmy przy tym. A szopkę jaką robiliśmy – cud mechaniki! Tak seminarzyści potrafili zrobić, że gwiazdy po niebie się poruszają, mędrcy klękają, a zwierzęta z pieczary, różne – i owce i oślęta i wielbłądy – głowy swoje przed Dzieciątkiem skłaniają, a my o tym śpiewamy.
– Jak to zwierzęta klękają? – zdziwił się Misza. – Co one rozumieją?
– A jakże – twarz ojca Nikodema rozjaśniła się do końca – rozumieć nie rozumieją, ale czują. Bo i one są Bożym stworzeniem. Nawet nieme drzewo i to radość Pana przyjmuje. Świadczy o tym apokryficzne opowiadanie. Jak więc zwierzęta miałyby nie pokłonić się Mu w pieczarze? Pokłoniłeś się Mu przecież ty – zwierzątko w pieczarze.
– Ty czasami nie jesteś taki głupi, jak się wydaje, adamant – ni to z zadumą, ni to z ze zdziwieniem odpowiedział Misza swemu przyjacielowi.

Boże Narodzenie na Sołowkach
z „Niegasnącej łampady”
tłum. Ałła Matreńczyk

Opinie

[1] 2010-01-07 15:14:00 irydion
to dobra książka nie znam jej.gdzie mogę nabyc?lubię książki o rosji.dzięki przyjazni z panią mieszkanką białegostoku poznałem wszystkie cerkwie w tym miescie i w supraslu.dzisiaj z przyjazni pozostała.... wrogosc i tak bywa,ale piękno cerkwi,obrządek pozostały w pamięci.będąc w rosji na krymie też się tym interesowałem.kosciół katolicki jest pazerny.prawosławia nie znam ale uważam że jest bardziej przychylne ludziom.jeżeli możecie wskazac adres gdzie mogę tć książke kupic będę wdzięczny.życzę dużo dobrego z okazji święta i nowego roku. irydion.
[2] 2010-01-14 21:20:00 Korwin
Sołowki w latach 20 - a ja myślałem że to ferie świąteczne u cioci Lusi. Czytałem Sołżenicyna i jemu bardziej wieżę - to są jakieś banialuki a nie "GUŁAG".
[3] 2010-01-23 18:38:00 Weronika
Uwierz mi, to nie są banialuki- Sołowki były zalążkiem GAŁAGu, to z tych niewielkich wysp na morzu Białym wziął swój początek cały system obozowy w Rosji sowieckiej, książkę czytałam i polecam jako wiarygodne źródło, dostępna niestety tylko w języku rosyjskim.
[4] 2010-01-29 10:00:00 Weronika
...myslę,że zdanie, jakie Szyrjajew zawarał w rozdziale, gdzie opisuje ten wieczór, bedzie argumentem na to, że nie są to banialuki i nawet w łagrach ludzie choc "zniszczeni", to pozostali niepokonani...
"Ale świat nie bez dobrych ludzi,
nawet tu na Sołowkach" str. 234 Неугасимая лампада, Москва 2007

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token