O. Sergiusz Dziewiatowski z władyką Szymonem Leon Dacewicz Jan Dacewicz Konstanty Świrski Anna Bordo Longina Szram
Numer 11(293)    listopad 2009Numer 11(293)    listopad 2009
fot.Anna Radziukiewicz
W dzień jubileuszu
Michał Bołtryk

20 września w Sosnowcu świętowano 120. rocznicę poświęcenia cerkwi św.św. Wiery, Nadzieżdy, Lubwi i matki ich Sofii. Arcybiskup diecezji łódzkiej i poznańskiej Szymon, po liturgii przybliżył zebranym dzieje prawosławia na ziemiach polskich, nie pomijając trudnego okresu, gdy burzono cerkwie w Rzeczypospolitej. Także prawosławni w Sosnowcu doświadczyli prześladowań przed wojną, jak i po wojnie. W Sosnowcu zburzono jedną cerkiew przed drugą wojną, kolejną w latach 50.

Proboszcz sosnowieckiej parafii, o. Sergiusz Dziewiatowski, odpowiadając na słowa władyki, mówił o dzisiejszym Sosnowcu jako mieście różnorodności wiar, języków, narodów. Tak było dawniej, tak jest i teraz. Najważniejsze, aby zachować szacunek dla innych. Warto w tym kontekście przypomnieć, że tę świątynię budowali prawosławni, ewangelicy, katolicy, żydzi. W uroczystości jubileuszowej uczestniczyli oprócz parafian, księża rzymskokatoliccy, ewangeliccy, z Kościoła narodowego, przedstawiciele władz miasta.
O. Sergiusz Dziewiatowski w Sosnowcu posługuje od trzydziestu lat. Jest to jego pierwsza parafia. Proboszcz jest synem wielce zasłużonego dla naszej Cerkwi duchownego, o. Antoniego Dziewiatowskiego, budowniczego soboru Świętej Trójcy w Hajnówce.
– Mój ojciec – wspomina proboszcz – urodził się w Woropajewie na Białorusi. Przed wojną było to województwo wileńskie. Mama Walentyna, urodzona w Mińsku, dzieciństwo spędziła w Stołpcach.
Ojciec ukończył seminarium duchowne w Wilnie, studiował na wydziale teologii Uniwersytetu Warszawskiego, ale tylko rok, bo wybuchła wojna. Po wyświęceniu posługiwał na parafii w miejscowości Snow na Białorusi, w czasie wojny służył w Połocku w cerkwi św. Sofii, a nawet zorganizował seminarium dla kapłanów. Wycofał się z Białorusi razem z frontem. Osiadł w Ploskach.
Życzliwy proboszcz w Rybołach, o. Mikołaj Krukowski, umożliwił wydzielenie parafii w Ploskach. Tam ojciec służył, tam się urodziłem w 1946 roku.
O. Sergiusz Dziewiatowski po studiach ukończył Chrześcijańską Akademię Teologiczną raczej z zamiłowania do teologii niż z myślą o pracy duchownego. Ale wyszło inaczej. Ożenił się z łodzianką Elżbietą, wnuczką o. Piotra Struka-Strukowa, proboszcza łódzkiej parafii, a potem w 1978 roku przyjął święcenia.
Arcybiskup Jerzy (Korenistow) zaproponował mu Sosnowiec. – Pojechałem – wspomina o. Sergiusz. – Ówczesny proboszcz, o. Wiktor Rzecki, odchodzący na emeryturę, raczej odradzał mi pozostanie tu. Mówił mi: „To parafia bez przyszłości, a ty młody jesteś”. Odpowiedziałem: „Jak Bóg da”. I przyjąłem parafię. Pierwszą służbę miałem na Boże Narodzenie, przyszło siedmioro parafian. W roku 1980 diecezję naszą objął biskup Sawa. Z jego pomocą zrobiliśmy remont w cerkwi.
Kim są parafianie o. Sergiusza, gdzie mieszkają, skąd pochodzą?
Parafia jest bardzo rozległa. Obejmuje aglomerację śląską, ziemię rybnicką, Zagłębie, Śląsk Cieszyński i wschodnią Opolszczyznę. Do parafii należą Białorusini, Rosjanie, Ukraińcy, Łemkowie, Bułgarzy, Serbowie. Przez kilka lat do cerkwi przychodził z rodziną Hindus, jeden z dyrektorów w Hucie Katowice, którą kupił hinduski biznesmen. W Sosnowcu mieszka znikoma liczba prawosławnych.
Sosnowiczanką jest Anna Bordo. Jej przodkowie to Rosjanie, którzy jeszcze w XIX wieku przyjechali do Sosnowca do pracy z Rosji.
Jej dziadek ze strony ojca o nazwisku Gilde pochodził spod granicy niemiecko-francuskiej. Budował w Rosji koleje, potem pracował pod Warszawą. Ale po żonę pojechał. Przywiózł z miejscowości Amur nad Dnieprem Kozaczkę Annę.
Ze strony mamy znana w Sosnowcu i dobrze zasłużona rodzina o nazwisku Ługowoj. Dziadek pani Anny – Josif – pracował najpierw u fabrykanta Henryka Dietla, a potem założył własną piekarnię. Po chleb do Ługowoja chodziło się w Sosnowcu jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku. W domu rodziny Gilde i Ługowoj rozmawiało się tylko po rosyjsku. – Polskiego – mówi pani Anna Bordo – nauczyłam się w szkole. Rodzina Ługowoj wiele pomagała w czasie wojny jeńcom radzieckim. Chleb z ich piekarni uratował niejedno życie. Po wojnie wielu członków rodziny Ługowoj było prześladowanych przez NKWD, uznano ich za wrogów władzy radzieckiej.
Longina Szram, sosnowiczanka od 1939 roku, choć urodzona w Gdyni, przyszła do cerkwi sosnowieckiej z rodziny katolickiej. – Jakieś trzydzieści lat temu – mówi pani Longina – kiedy byłam w Grecji, zfascynowałam się prawosławiem. Po powrocie działałam w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Greckiej, zaczęłam chodzić do cerkwi, Przystąpiłam do spowiedzi, potem do komunii.
Jestem od wielu lat prawosławna. Nawet wnuczki na święta wielkanocne przyprowadzam do cerkwi. Kłopot w tym, że wnuczki nie rozumieją cerkiewnosłowiańskiego.
Włodzimierz Androsiuk przyjechał na Śląsk z Czech Orlańskich w 1958 roku do pracy w kopalni. Zamiast w kopalni całe życie przepracował na kolei. Ożenił się z dziewczyną z Kodnia. Ale ślub wzięli w kościele. – Wtedy myślałem – mówi – że to wszystko jedno. Teraz wiem, że nie. Cóż, zbłądziłem. Teraz chodzę do cerkwi i wiem, że to właściwa droga.
Białorusinami z Białostocczyzny są bracia Dacewicz Leon i Jan, urodzeni w Synkowcach koło Nowego Dworu.
Pan Leon jest od ponad trzydziestu lat starostą w sosnowieckiej cerkwi. Przyjechał do szkoły, do pracującego tu już brata Jana, w 1957 roku. Ukończył liceum, potem studia. Pracował w kilku kopalniach, przed emeryturą jako zastępca dyrektora w kopalni Polska-Wirek w Rudzie Śląskiej. Mieszka w Katowicach.
Jan Dacewicz na Śląsk przyjechał w 1955 roku. Trzydzieści pięć lat pracował na kopalni. Chodził do cerkwi w Sosnowcu w czasie, gdy internowany tu był metropolita Dionizy. Metropolita przebywał tu z o. Atanazym Semeniukiem i jedną mniszką, w latach 1951-1958.
Jan Dacewicz miał okazję być kilka razy na liturgii sprawowanej przez metropolitę w jego cerkwi domowej. W jakich okolicznościach doszło do odwiedzin metropolity?
Oto opowieść Jana Dacewicza. – Byłem ze trzy razy na nabożeństwie u metropolity. Chodziłem tam z rodziną Charytończyków. Jak to się stało? Któregoś dnia poszedłem do biura kopalni po odbiór kartek na obiad. Podałem dowód osobisty starszej pani. Zajrzała do dowodu i mówi po rosyjsku „Siadajcie, Iwan Onufryjewicz”. Zaskoczyła mnie i powiadam: „Chyba pani mnie z kimś pomyliła?”. Ona na to: „Niet, ja nikagda nie aszybajuś!”. Byłem w strachu, to przecież lata pięćdziesiąte. Usiadłem, ona powiedziała, że jest Rosjanką z Leningradu. „Sam pan tu jest? Zna pan kogo tu?” – zadawała pytania. „Sam” – pokornie odpowiadałem, dobrze przestraszony. Ona na to: „Poznam pana z rodziną Charytończyków. W Sosnowcu jest cerkiew, jak zechce, będzie pan chodził do cerkwi”.
Nie wiedziałem, że w Sosnowcu jest cerkiew. I tak dzięki Rosjance z Leningradu zacząłem do niej chodzić. Któregoś razu Charytończykowie zaprowadzili mnie na nabożeństwo do metropolity Dionizego. Kiedyś z nami był tam ich syn w mundurze wojskowym. Metropolita szczerze się cieszył, że widzi u siebie żołnierza. Metropolita mieszkał wówczas w oddzielnym murowanym domku, z ogrodzonym podwórkiem, gdzie rosło wiele drzew. Kilka razy byłem na nabożeństwie u metropolity, zawsze z kilkunastoma osobami z sosnowieckiej parafii. Po tym nabożeństwie szliśmy na liturgię do cerkwi.
Podobne wspomnienia ze spotkań z metropolitą Dionizym ma Konstanty Świrski:
– Dowiedziałem się od parafian o internowanym metropolicie. I chodziłem tam przed liturgią w cerkwi. Właściwie nie spotkałem się z tym, żeby komuś zabroniono chodzić do metropolity na nabożeństwo. Ale metropolita miał zakaz chodzenia do cerkwi i odprawiania tam. Czasami po nabożeństwie w cerkwi domowej metropolita po rosyjsku pytał nas o życie parafialne, cieszył się, że parafianie o nim pamiętają.
Po miejscu, gdzie przebywał metropolita Dionizy, nie ma śladu. Na tamtym obszarze powstało nowe osiedle Piastów. Domu tamtego nie ma, ulicy nie ma…
Pan Konstanty Świrski ma 91 lat i jest chyba najstarszym parafianinem. Urodził się na Białorusi w Mikaszewiczach, jego żona Nadzieja pochodzi z Dawidgródka. Pan Konstanty mówi o sobie, że jest Poleszukiem. Żonę poznał w Niemczech, w Bawarii, oboje przebywali tam w czasie wojny na robotach. Po wojnie osiedlili się w Gliwicach i do dziś tam mieszkają. Pan Konstanty należy do starej inteligencji rosyjskojęzycznej, chętnie rozmawiający po rosyjsku. Już niewielu takich jest w sosnowieckiej parafii.
Najliczniej inteligencja pochodzenia rosyjskiego jest reprezentowana na sosnowieckim cmentarzu prawosławnym.
Ojciec Sergiusz Dziewiatowski oprowadza mnie po nekropolii i wymienia zacne osoby, dobrze zasłużone dla miasta i jego mieszkańców. Oto grób dr Nadziei Berdo. Była wybitnym specjalistą od chorób płucnych. Nie bała się zakażenia gruźlicą i niosła pomoc każdemu potrzebującemu. Zmarła w 1958 roku. Była samotna. Na jej grobie stoją zawsze świeże kwiaty, od pacjentów z całej Polski, których wyleczyła.
Oto pomnik nagrobny Olgi Sztange-Chruścickiej, wybitnej pianistki. Dużo zajmowała się dziećmi, uczyła ich muzyki, prowadziła chór cerkiewny, bardzo pomagała ludziom w potrzebie. Jej ojciec, Niemiec, jest pochowany na cmentarzu ewangelickim.
Oto groby rodziny Millerów. Walenty Miller był synem gubernatora piotrkowskiego w czasach carskich. Dobrze znający język niemiecki, dużo pomagał ludziom w czasie okupacji niemieckiej. Zaraz po wkroczeniu armii radzieckiej, w styczniu 1945 roku, został aresztowany i rozstrzelany. Tu leżą jego synowie – Andrzej i Jerzy, inżynierowie górnictwa, zasłużeni dla tej dziedziny przemysłu.
Jest tu także symboliczny grób Iwana Feszczenko Czopiwśkiego, ministra w rządzie Petlury. W międzywojniu pracował w hucie Beldon w Katowicach. Był wybitnym fachowcem od metalurgii i hutnictwa, profesorem Akademii Górniczo-Hutniczej. W 1945 roku został wywieziony do Workuty. Stamtąd już nie wrócił.
Parafia Wiery, Nadzieżdy, Lubwi i ich matki Sofii ma bogatą przeszłość, ale i teraźniejszość nie jest beznadziejna. Ojciec Sergiusz, widząc na pierwszym nabożeństwie siedem osób, nie zląkł się. Sytuacja w parafii dziś jest uporządkowana, cerkiew wyremontowana, parafianie pomagają proboszczowi. Rocznie proboszcz ma więcej chrztów niż pogrzebów, bywa pięć ślubów.

fot. autor

Opinie

[1] 2009-12-24 13:57:00 Jerzy
Bardzo dobry artykuł.Pozdrowienia dla pana Michała z Sosnowca. Jurek
[2] 2012-02-22 15:24:00 Rafał
Brawo dla Mikołaja Dziewiatowskiego za piękne prowadzenie cerkiewnej strony w internecie

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token