Monasterska cerkiew O. German święci groby Arcybiskup Jakub przed płaszczenicą Bogarodzicy Ojciec  Aleksander Szełomow Ojciec Jerzy Sanejko Matuszka Agnia Matuszka Jewdokija na tle nowo budowanego domu monasterskiego
Numer 10(292)    październik 2009Numer 10(292)    październik 2009
fot.
Ojczyzna Wojnowo
Anna Radziukiewicz
Wojnowo, mazurską wieś nad Krutynią w pobliżu Rucianego-Nidy, ze staroobrzędową, jeszcze dziewiętnastowieczną, tradycją odwiedzam w święto Zaśnięcia Bogarodzicy, tutaj parafialne. Wieczernię służy arcybiskup białostocko-gdański Jakub. Ludzi kilkadziesiąt. Jak na Wojnowo dużo. Z miejscowych kilka osób. Bo tyle ich w Wojnowie zostało.
– Została Nina Sidorenko, co z Gródka przyjechała, pani Sosicka, z Kodnia pochodziła, ale już zmarła, Jaszczukowie z Lubelszczyzny – wylicza o. Aleksander Szełomow, który w latach osiemdziesiątych był w Wojnowie proboszczem. Cztery rodziny.
Pojawiło się więc na początku lat dziewięćdziesiątych dramatyczne pytanie – zamknąć parafię? I zamknąć w Wojnowie rozdział prawosławia?
I jedno i drugie uratowały mniszki. W 1995 roku założono tu monaster.

Ruchy

W 1913 roku zanotowano w Wojnowie około siedmiuset starobrzędowców i ponad dwustu prawosławnych. Staroobrzędowcy przybyli tu z Rosji w XIX wieku, wtedy do Prus Wschodnich i wybudowali molennę – stoi do dziś w środku wsi, jeden monaster i drugi. W latach 60. XIX stulecia rozpoczął się za sprawą mnicha Pawła, nazwanego potem Pruskim, proces jednania się staroobrzędowców z Cerkwią prawosławną, który nasilił się od czasu przybycia do Wojnowa w 1921 roku o. Aleksandra Awajewa, posłusznika w Optinoj Pustyni, zmarłego w 1956 roku. Gdzie są dziś jedni i drudzy?
– Wyjechali. Oni wszyscy wyjechali – z naciskiem mówi o. Szełomow.
– Dokąd?
– Do Hamburga.
– Za chlebem?
Tu nie ma już prostej odpowiedzi.
Na nocleg zatrzymuję się w agroturystycznej kwaterze, obok molenny. Czekając na gospodynię, siadam przy długim stole na werandzie. Jest późny wieczór. Chłodno. Dwoje starszych ludzi jeszcze siedzi. Nie wiemy o sobie nic. Rozmawiamy. Po polsku. Tylko starszy pan zamiast „tak”, potwierdza „ja”.
Szybko zanurzamy się w historię. Mam w nim świetnego znawcę i analityka przeszłości, on we mnie wiernego słuchacza. Wciąż się zadziwiam – dlaczego człowiek przypadkowo spotkany w Polsce, zwykły turysta – tak oceniam – tak samo patrzy na historię jak ja, jak prawosławni, jak ruscy ludzie.
Skąd w nim tyle szacunku wobec carów, jakby uczuciowej zażyłości z rodami rosyjskimi carskimi i cesarskimi pruskimi? Dlaczego Napoleona uważa za zbrodniarza, który chciał swoim butem rozdeptać całą Europę? Dlaczego tyle w nim pretensji do łacinników o zniszczenie w 1204 roku Konstantynopola? Dlaczego mówi, że Jagiełło był ochrzczony jako prawosławny i zaprzedał swój litewsko-ruski naród? Dlaczego stwierdza, że od kroku Jagiełły, czyli jednania Wielkiego Księstwa Litewskiego z Koroną i przyjęcia przez niego katolicyzmu, zaczęło się wydłubywanie niekatolickich rodzynków z ciasta dwóch połączonych państwowych organizmów? Dlaczego uważa, że unia brzeska była nożem wbitym w plecy Cerkwi? Dlaczego Stalina nazywa gruzińskim podrzutkiem rosyjskiego narodu?
Gospodyni wnosi herbatę. Przerywamy rozmowę. Przedstawiamy się.
Oskar Dębowski – słyszę. – Przyjechałem z Hamburga. To moja żona Zofia. Prawie każdego roku przyjeżdżamy do Wojnowa na kilka tygodni.
Oskar Dębowski urodził się w Wojnowie w 1936 roku. Na jego oczach poukładany od stuleci świat zaczął się przewracać do góry nogami. Najpierw z powodu wojny. Jego wujków, sąsiadów, bliskich brali do Wehrmachtu lub SS. Normalne. Wszak byli niemieckimi obywatelami. I takimi się czuli. Jego ojciec walczył jako niemiecki żołnierz i zginął na Zachodzie. Mieszkali w Eckersdorf, jak władze oficjalnie nazwały Wojnowo, na Prusach Wschodnich. Byli ewangelikami. Uczyli się w niemieckich szkołach. W urzędzie, szkole, na poczcie, rozmawiali po niemiecku. W domu, zwłaszcza starsi ludzie, po mazursku. Ich mazurski był taki, że niewiele rozumieli ich Polacy, mieszkający niedaleko za pruską granicą, a oni tak samo rozumieli Polaków.
– Mazurzy byli proniemieccy – komentuje pan Oskar. Od wieków byli przyzwyczajeni do niemieckiego porządku. Gdy w 1920 roku rozpisano plebiscyt wśród ludności mazurskiej, tylko 1,5 jej procenta opowiedziała się za Polską, a 98,5 proc za Niemcami. Przed wojną nie było u nas katolików Polaków. Byli ewangelicy, starowierzy i jedinowiercy – prawosławni.
– Jak się czuli starowierzy i prawosławni? – zagaduję.
– Bardzo dobrze. Niemcy ich nie prześladowali. Fryderyk Wilhelm III zapewnił im pełną wolność. Oni mieli problemy na Suwalszczyźnie, w zaborze rosyjskim, bo tam Cerkiew i Kościół rzymskokatolicki rzucały im kłody pod nogi.
U nas były małżeństwa mieszane ewangelików ze starowierami. Zachował się spis ludności Wojnowa, Dałkowa, Zameczku z 1842 roku, dokonany przez majora kampanii antynapoleońskiej Liszewskiego, potem policjanta, przysłanego do Ukty. Liszewski notuje: „urodzony Prusak zmienił konfesję z ewangelickiej na sektę starowierską”. Raz, robiąc adnotacje o starowierach, pisze Liszewski Glauben, czyli wiara, innym razem sekta. Tylko w Wojnowie takich rodzin było osiem. Mieszanych małżeństw było jeszcze więcej.
Oczywiście w każdej społeczności są konflikty – komentuje pan Oskar. I takie były wśród starowierów, kiedy rozpoczął się proces przyłączania się części starowierów do prawosławia.
Po drugiej wojnie przyszła do Wojnowa Polska.
– Miejscowych Mazurów, jako zgermanizowanych Polaków, na siłę zmuszano do przyjęcia polskiego obywatelstwa – wspomina Oskar Dębowski.
Polski wprowadzono do szkoły, na pocztę, do apteki, do urzędu policji. Ale dzieci i tak na podwórzu, w domu i w szkole na przerwach rozmawiały po niemiecku.
I ciągle poznawały nowych kolegów, którzy jechali tu ze swymi rodzicami z Wilna i Wileńszczyzny, Białorusi, Ukrainy, nawet z sąsiednich Kurpi, co to za Piszem się zaczynają. Jechali Polacy ze Wschodu. Ich dzieci szybciej uczyły się niemieckiej mowy, niż miejscowe polskiego. Ale polski wspierały dropsy. I ten zaczął zwyciężać.
Dropsy dostawała i Anna Żukowiec, z pokolenia Oskara Dębowskiego. Od polonisty. Przyjechał do nich z Poznania.
– Jakże musiał się z nami męczyć! Pierwszy rok tragedia, my ani w ząb polskiego – wspomina. – W szkole był przedtem niemiecki, a u mnie w domu rosyjska gwara, w cerkwi też rosyjski albo cerkiewnosłowiański. Nauczyciel polskiego, gdy ktoś powiedział z miejscowych dzieci na przerwie po polsku, dawał dropsa. Ale i tak dzieci, których rodzice mieli nadzieję na wyjazd do Niemiec, do nauki polskiego się nie garnęły.
– Zaraz po wojnie trudno było wyjechać do Niemiec. Chyba że został tam ktoś jako niemiecki żołnierz, wtedy pozwalano mu ściągnąć rodzinę z byłych Prus, albo miał ładny dom, porządne gospodarstwo, zadbane pola. Paszport nawet do domu wtedy mu przynoszono. Chętnych na porządną zagrodę było wielu – tłumaczy pani Anna. Nowa Polska nie chciała dostrzegać wśród Mazurów niemieckiej świadomości. Trzeba więc było podpisywać lojalkę wobec państwa polskiego. Ludzie podpisywali, ciesząc się, że wreszcie wojna się skończyła.
A pani Anna i inni prawosławni, i staroobrzędowcy, zaczęli gwałtownie poszukiwać po wojnie swojej tożsamości. Kim są? – zadawali pytanie.
Pani Anna pamięta wojnę. Cywilom wydano rozkaz ewakuacji. Z mamą odjechała 60 kilometrów od Wojnowa, gdy okrążyła ich Armia Czerwona. Wróciła razem z innymi. Dla sowieckich żołnierzy była Niemką o imieniu Anne Marie. Ci sami żołnierze uznali jej kuzynów Makiedońskich za rosyjskich zdrajców i szpiegów. Wszak odezwali się do nich po rosyjsku. Zastrzelili ich od razu – ojca i syna. Jako wrogów ojczyzny. Weszli do ich domu. Obaj mieli na imię Iwan. Zawinięto obu w prześcieradła – bo skąd w czas wojny trumnę zdobyć – i pochowano w jednym grobie tuż obok wojnowskiej cerkwi, w miejscu najbardziej godnym, za ołtarzem. Zasłużyli na nie. To były pierwsze groby.
Makiedoński, zaraz po pierwszej wojnie, dał swoją ziemię pod budowę cerkwi, domu i na cmentarz. W tym domu przed drugą wojną zaczął się zawiązywać prawosławny żeński monaster. Na cmentarzu przy cerkwi, niewielkim, nie chowają do dziś zwykłych parafian, jedynie duchownych, starostów i tych co dla cerkwi zrobili wiele. Innych grzebią na cmentarzu na górce przy jeziorze.
Żołnierze strzelali i do żony Makiedońskiego. Kula przeszła jej przez usta. Ale ona ocalała. Uciekła do ojca Aleksandra Awajewa i mniszki Jeleny. Opatrzyli ją i przygarnęli.
Teraz grób o. Aleksandra Awajewa znajduje się obok mogiły Makiedońskich.
Anna Żukowiec przychodzi na groby. Ma ich obok wojnowskiej cerkwi sześć. Niedawno pochowała tu i męża. Do Wojnowa przyjechał jej mąż jako dziecko, z Grodna z rodzicami.
Pytanie o tożsamość było więc dla Anny bolesne. I trudne.
Od kilku lat jest przewodnikiem wycieczek. Warmię i Mazury pokazuje Polakom i Niemcom. Niemcy są wdzięcznymi słuchaczami. Mówi im, że na tej ziemi wszystko jest pogmatwane. I nic nie było biało-czarne.

I znowu ruchy

Lata siedemdziesiąte były dla Wojnowa jak trzęsienie ziemi.
– Wyjeżdżali wszyscy, ewangelicy i prawosławni – znów podkreśla o. Aleksander Szełomow.
To temat delikatny – mówią w Wojnowie. Mało się o nim mówi i pisze. Akcję nazywano „łączeniem rodzin” i opierała się ona na zasadzie – paszport na stół, posiadłości zostają. Coś za coś.
Ludzie więc zostawiali swoje domy, nie sprzedawali ich. Wtedy katolicy uznali, że ci ludzie i cerkiew, tak jak gospodarstwa, zostawiają.
– Chcieli naszą przejąć – opowiada o. Szełomow. Uznali, że jest nam niepotrzebna. Ale obroniliśmy ją. W Ukcie katolicy kościół ewangelicki przejęli. W nocy.

Hamburg – Wojnowo

Święto Zaśnięcia Bogarodzicy w Wojnowie. W cerkwi – jak na Wojnowo – dużo ludzi. Annie Żukowiec kłania się przed cerkwią kobieta i przedstawia: „To moja córka”. Jest z nią jeszcze kilka osób.
– Z Hamburga przyjechali – wyjaśnia mi pani Ania. – Na każde wakacje przyjeżdżają. Starają się być na Uspienije. Każda rodzina wraca do swoich korzeni.
Zmarli też wracają. Za życia proszą, by ich tu pochowano. Trumny z Hamburga jadą do Wojnowa. Jak pani pójdzie na parafialny cmentarz, to pełno takich mogił znajdzie. W Ukcie Zosia i Oskar Dębowscy też sobie grobowiec przygotowali.
– Gdy odjeżdżali do Hamburga, smutne pieśni śpiewali – wspomina o. Aleksander – najpierw cerkiewne, potem rosyjskie. Śpiewali Sołowii, sołowii, Pa dikim stiepam Zabajkal’ja, Wieczernij zwon, Biełym sniegam. Śpiewali, a serca płakały. Oni Cerkiew kochali. Była dla nich czymś najdroższym. Chodzili do niej w każdą niedzielę i święta. I bardzo szanowali ojca Aleksandra Awajewa. Wszyscy go szanowali, protestanci też. Miał piękną bibliotekę i pasiekę. Przychodzili do niego i rozprawiali o Piśmie Świętym. Dzięki o. Aleksandrowi wielu przyłączyło się do prawosławia. Parafia przed wojną ciągle rosła. Pamiętam wieczernię Rożdżestwa Chrystowa. Wychodzimy z cerkwi, a tu z dziesięć par sań stoi. Zaspy, mróz, wieczór, a oni wszyscy wsiadają do sań, mnie zabierają i jedziemy od domu do domu Chrysta sławić.
– Byli skromni niebywale – ocenia duchowny swoich dawnych parafian. I skromne ubrania nosili, mężczyźni długie brody. Sadownicy i rybacy z nich byli głównie. Ich przodkowie przybyli spod Moskwy, z Pskowa.
O. Aleksander na Uspienije spotkał się ze swoimi dawnymi parafianami. Przyjechali z Hamburga. Na świąteczny obiad przyszedł batiuszka po tym spotkaniu do monasterskiego domu wzruszony.

Monaster

– Trzeba nam zostawić swój dom, troski swoje i jechać do monasteru. Monaster ma wielką siłę Bożej błagodati. Tu pobieramy Boże światło. Siła jest tam, gdzie jest jedność między nami. A takie święta nas jednoczą. Jesteśmy jedną rodziną, dziećmi Bożymi, niezależnie od tego, skąd kto przyjechał – mówił podczas święta o. Jerzy Sanejko, proboszcz parafii w Giżycku. I sumował tym samym swoje sześćdziesięcioletnie doświadczenie życia na ziemi, na którą trafił z Rzeszowszczyzny podczas akcji Wisła. – To wiara zbiera nas wszystkich. Dzięki niej żyjemy – dodał.
Wiara ocaliła monaster (o monasterze pisaliśmy w Przeglądzie z lipca 2005, w artykule Anny Radziukiewicz „Wojnowo wrośnięte w serca”). Przybyły tu siostry. Jest ich teraz osiem. Spełniły marzenia ojca Awajewa, by tu był żeński monaster. Ihumenią jest matuszka Agnia (Cicha), która przyjechała do Wojnowa z Białegostoku.
Gdy czternaście lat temu powstała mnisza wspólnota, wszystko wymagało remontu – i drewniana cerkiew, i dzwonnica, i dom z lat trzydziestych w zasadzie nigdy nie wykończony. I wszędzie było daleko – do najbliższej parafii w Mrągowie trzydzieści kilometrów, do Białegostoku ponad sto pięćdziesiąt, nawet do przystanku autobusowego trzy, zwłaszcza gdy się miało tylko rower.
W cerkwi zmieniono nawet więźbę dachową, dach i kopułę. Po remoncie cerkiew w 1996 roku wyświęcono.
Remont domu to przede wszystkim przystosowanie go do życia dla sióstr, w najskromniejszych warunkach. Udało się na poddaszu wydzielić dziewięć malutkich kielii o powierzchni dwa na dwa metry, każda ze skosem.
Dwa lata temu podjęto decyzję o budowie nowego domu, spojonego ze starym łącznikiem, biegnącym na wysokości poddasza.
Dom jest absolutnie konieczny dla rozwoju wspólnoty. Matuszka Agnia marzy, by urządzić w nim pracownie, móc posadzić przy wspólnym świątecznym obiedzie więcej niż piętnaście osób (to maksimum w obecnych warunkach), przyjąć pod swój dach pielgrzymów, i najważniejsze, nowe posłusznice i mniszki, bo obecny na ten krok nie pozwala.
Dwa lata temu przeprowadzono, na potrzeby monasteru w Wojnowie, diecezjalną akcję „Wspólne dzieło”. Fundusze z akcji pozwoliły na rozpoczęcie jesienią ubiegłego roku budowy domu. Piwnicę w większości wybudowano w czynie społecznym. Budowali ludzie z Supraśla i Białegostoku oraz okolicznych parafii. Dalej dom ma wznosić firma budowlana, wchodzą bowiem coraz bardziej specjalistyczne prace. Fundusze na budowę, zgromadzone podczas akcji, wyczerpały się. Teraz nasze finansowe wsparcie jest konieczne! Przymonasterska parafia liczy wszak tylko kilka osób.
Pomóżmy siostrom, które wciąż snują nić prawosławia w Wojnowie. Wyślijmy swoją ofiarę. Przygotujmy miejsce i sobie, bo w nowym domu przewidziano i pokoje dla pielgrzymom.

fot. autorka

_________________________________

Monaster Opieki Matki Bożej
Wojnowo
12-220 Ukta

Konto:
Kredyt Bank II O/Białystok
20 1500 1344 1213 4007 9159 0000

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token