Pomnik postawiony na miejscu cerkwi Konstanty Masalski Nina Małaszewska Aleksander Gierasimczuk Witalis Romańczuk Eugeniusz Grygorczuk Anatol Bekisz przy grobie ojca i brata
Numer 8(290)    sierpień 2009Numer 8(290)    sierpień 2009
fot.Marek Lach
Sądne dni Potoki
Michał Bołtryk

Doskonały oficer, człowiek brawurowo odważny, wybitnie zdolny oficer liniowy, niezwykle energiczny i pełen inicjatyw dowódca, twórca najpoważniejszych zwycięstw. Kto to? Napoleon, Kutuzow, Suworow, może Piłsudski? Nie. To porucznik Zygmunt Błażejewicz „Zygmunt”, dowódca 1 szwadronu 5 Brygady Wileńskiej, którą dowodził major Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”.Tak wychwalają „Zygmunta” kronikarze jego „sukcesów” w pacyfikowaniu białoruskich wsi na Białostocczyźnie, gdzie ginęli niewinni ludzie.

Oto jeden z epizodów, którego miała nieszczęście doświadczyć Potoka i jej mieszkańcy w maju 1945 roku, prawie rok po skończonej na tym terenie wojnie. 16 maja 1945 roku szwadron dowodzony przez Zygmunta Błażejewicza zastrzelił czterech mieszkańców Potoki – Jana Bekisza i jego syna Włodzimierza Bekisza oraz braci Jana i Włodzimierza Małaszewskich, a 22 maja spalił wieś, w jednym z domów spłonęło troje dzieci – Mikołaj Gierasimczuk (lat 10), Nina Gierasimczuk (lat 8) i Eugenia Gierasimczuk (lat 6), dorosły mężczyzna Michał Gierasimczuk zmarł po kilku dniach od rozległych poparzeń.
   
POTOKA

Potoka, dziś wieś w gminie Michałowo na Podlasiu, ma piękną historię. Założono ją w końcu XVI wieku w Puszczy Błudowskiej. Od 1820 roku Potoka znajdowała się w granicach dóbr Hieronimowo, folwarku nazwanego od imienia Michała Hieronima Radziwiłła, właściciela majątku na przełomie XVIII i XIX wieku.
Potoka w XIX wieku była wsią parafialną. Do parafii św. Jerzego Zwycięzcy, z cerkwią w środku wsi, należało dziewięć wsi. Od 1881 roku do 1915 proboszczem był o. Płaton Giereminowicz. Położył duże zasługi na polu oświatowym. Zorganizował w Potoce szkołę drugiego stopnia (wtorokłasnoja szkoła).
Do tej trzyletniej szkoły przyjmowano siedemnastolatków, po ukończeniu szkoły ludowej lub parafialnej. W 1899 roku wybudowano w Potoce murowany piętrowy budynek z przeznaczeniem na szkołę. Mieściły się tam sale lekcyjne, kancelaria, stołówka, mieszkania dla nauczycieli oraz internatu dla uczniów z odległych wsi. Szkołę opuściło wielu absolwentów, którzy pracowali na wsiach jako nauczyciele. Stąd dziś w Potoce pozostało wspomnienie o szkole jako o „seminarium nauczycielskim”.
W Potoce kiedyś stała cerkiew drewniana. W ostatnich latach przed pierwszą wojną światową wybudowano na jej miejscu murowaną.
Bieżeństwo w 1915 roku przerwało harmonijny rozwój wsi i, jak się okaże później, zakończyło istnienie parafii.
Kilkanaście dni po wyjeździe mieszkańców wojsko rosyjskie stoczyło w sąsiedztwie Potoki bój z Niemcami. Spadające pociski zniszczyły nowo zbudowaną cerkiew, pożar strawił prawie wszystkie budynki wsi. Po powrocie z bieżeństwa, w 1921 roku Potoka liczyła 123 mieszkańców.
Polskie międzywojenne władze nie pozwoliły na uruchomienie parafii w Potoce, ani też w Topolanach. Parafian przyłączono do cerkwi zabłudowskiej.
Druga wojna minęła w Potoce w zasadzie spokojnie. Dopiero, chyba w 1944 roku, wycofujący się Niemcy spalili część wsi od strony Małynki. Ale z ludzi nikt nie ucierpiał.
W ciągu roku od zakończenia wojny odbudowano niemal wszystkie spalone budynki, niektórzy nie zdążyli, ale zgromadzili drewno na budowę.
I tak to się toczyło aż do sądnych dni w maju 1945.
Do Potoki można wjechać ze wszystkich stron świata. Od zachodu z Małynki, od północy z Topolan, od południa z Hoźnej, od wschodu z Hieronimowa. Przy wjeździe do wsi od strony Małynki jest też droga do Piatienki, gdzie był i jest cmentarz i cerkiew na Kniaziowej Górze, a u podnóża pagórka cudowne źródełko i kapliczka św. Paraskiewy (Piatnicy). Stąd nazwa Piatienka. W dziesiąty piątek po Wielkanocy przychodzi tam wielu pielgrzymów.
Przy rozwidleniu dróg z Potoki na Małynkę i do Piatienki stoi przydrożny pomniczek z krzyżem z 1906 roku. Tędy zmarli mieszkańcy odprowadzani są na cmentarz w Piatience.
W letnie popołudnie wjeżdżamy do Potoki, odwiedziwszy najpierw cmentarz w Piatience, od strony Topolan, skręcamy na zachód, dojeżdżamy do pomniczka, zawracamy i przemierzamy długą brukowaną ulicą wieś w stronę Hieronimowa.
Zaczynają się wspomnienia zdarzeń tamtych dwóch dni.

MÓWIĄ ŚWIADKOWIE

16 maja 1945 roku

Witalis Romańczuk, urodzony w 1934 roku. – Przez całą zimę 1944/1945 było we wsi kilku żołnierzy Wojska Polskiego. Wieś miała obowiązek ich żywić. Kolejność wyznaczał sołtys albo jego zastępca. Sołtysem wówczas był Konstanty Dąbrowski. On przez całą wojnę miał związki z partyzantką radziecką. Po wojnie w domu nie nocował. Ale do wsi przychodził. Miał broń. Zastępcą sołtysa był Jan Bekisz. Dziś trudno powiedzieć, czy tamci żołnierze, którzy stacjonowali u nas, byli żołnierzami WP. Może należeli do podziemia? Jedni i drudzy nosili takie same mundury.
Od czasu do czasu do wsi przyjeżdżali samochodem żołnierze po kontyngent. Zbierano płody rolne na wyżywienie żołnierzy czy też innych służb w mieście. Tamtego dnia także przyjechali. Było ich kilku.
Dobrze tamten dzień zapamiętałem. Od rana pracowałem na odrobek u gospodarza Iwanula Konończuka. Bronowałem, przygotowywałem pole do siewu. Wróciłem z pola, zjedliśmy u gospodarza śniadanie. Iwanul powiada: – Idź składać pocięte drewno na opał. Wszedłem do szopy, składam drewno. Raptem wpada do szopy Konstanty Dąbrowski. Wyjął ze schowka karabin i granaty i pobiegł za stodołę. Wracam do domu, opowiadam to gospodarzowi. Siedzimy w domu. Przez wieś przejechał od strony Hieronimowa samochód. Po chwili słyszymy strzelaninę. A potem cisza. Iwanul wysyła mnie na wieś: – Idź, zobacz co się stało.
Wyszedłem, idę w kierunku Małynki. Dochodzę do Bekiszów. Jan Bekisz siedzi przy studni na swoim podwórku, nieżywy. Idę dalej. Przy płocie siedzą bracia Małaszewscy – Jan i Włodzimierz. Obaj we krwi, mocno pobici, nieżywi. Idę dalej, aż do posesji Małaszewskich. Tam był taki duży kamień. Za tym kamieniem leży skulony, z mocno rozbitą głową, chyba porucznik, żołnierz Wojska Polskiego. Jak się potem okazało, przy Małaszewskich miała miejsce potyczka żołnierzy „Zygmunta”, którzy przyszli od strony Hieronimowa, z żołnierzami, którzy przyjechali po kontyngent. Podkomendni „Zygmunta” zastrzelili dowódcę WP, kogoś tam ranili, inni uciekli i zabrali samochód. Tym samochodem pojechali do Hieronimowa. Tam czy też w okolicy mieli swoją czasową siedzibę. Ale, jak się okazało, w tej potyczce został postrzelony „Zygmunt”, co miało konsekwencje dla mieszkańców Potoki – zastrzelenie czterech mężczyzn 16 maja i spalenie wsi 22 maja.
– Czy mógł „Zygmunta” postrzelić Konstanty Dąbrowski?
– Nie, to niemożliwe. Dąbrowski był za wsią, ale z drugiej strony. Do „Zygmunta” oddano strzał z kierunku Hoźnej, a tam była część oddziału „Zygmunta”. Poza tym Dąbrowski niegłupi, wiedział że jest sam, a w pobliżu nie było wojska ani milicji, więc wystrzał wtedy z jego strony byłby samobójstwem.
Anatol Bekisz, urodzony w 1935 roku w Potoce: – 16 maja to był słoneczny dzień. Po południu przyjechał do wsi samochód po zboże i kartofle. Przez całą zimę zbierano kontyngent, więc to nie było coś nadzwyczajnego. Mój ojciec Jan był zastępcą sołtysa. Rozprowadził żołnierzy po domach na obiad. My byliśmy z bratem Włodzimierzem w domu. Ojciec mówi do brata: – Trzeba wyprowadzić konia, napoić i pojedziemy siać len. Z ojcem wyszliśmy na podwórze, poiliśmy konie. Raptem zjawili się u nas żołnierze, ale nie ci co przyjechali samochodem. W mojej, dziesięcioletniego chłopca, pamięci został taki obrazek: mnie każą siąść pod ścianą domu, ojcu na kamieniu przy studni. Ojciec czyni znak krzyża na piersi, pochyla sią na bok i pada. Słyszę strzał. Ale co mówili do ojca nie zapamiętałem.
Oni weszli do domu, ja uciekłem do sąsiada, Gierasimczuka. Mówię mu: – Zabili na moich oczach mojego ojca. On odpowiada: – To nie może być! Nieprawda!
Ale to była prawda. I to jeszcze gorsza. Gdy wróciłem do domu, zobaczyłem, że mego szesnastoletniego brata Włodzimierza też zabito. Leżał we krwi na łóżku. Potem już nic nie pamiętam z tego dnia.
A moja mama przez dłuższy czas nosiła przy sobie kulę, którą zabito ojca.
Eugeniusz Grygorczuk, urodzony 1928 roku w Potoce, mieszkający w Potoce: – Władek Bekisz był z mojego roku. Tego dnia siedział u nas. Patrzymy przez okno, wojsko idzie  przez wieś od strony Hieronimowa. Ja do Władka: – Władek, nie idź do domu, zostań u mnie. Ale poszedł. Zaraz potem była strzelanina koło Małaszewskich. Wtedy został zabity u siebie w domu Władek Bekisz.
Nina Małaszewska, urodzona w 1932 roku, córka zabitego Włodzimierza, teraz nosząca nazwisko po mężu: – Mieszkaliśmy na środku wsi. Na jednym podwórku były dwa domy – nasz drewniany i stryjka Jana murowany. Stryj był dwa razy żonaty. Z pierwszą żoną miał dwoje dzieci. Po jej śmierci znów się ożenił. Też miał dwoje dzieci. Najmłodsze było w owym czasie jeszcze nieochrzczone.
Tego dnia ojciec ze stryjem Janem wozili na pole obornik pod kartofle. Jakoś tak po południu przyjechali żołnierze Wojska Polskiego z Zabłudowa. Tam stacjonowało wojsko. Zbierali kartofle, żyto. Ludzie dawali im, przecież to dla Wojska Polskiego. Kto miał, ten nie odmawiał. Samochód zatrzymał się koło nas. I zaraz zaczęła się strzelanina. To strzelali partyzanci do żołnierzy Wojska Polskiego. Z partyzantami były dwie kobiety – sanitariuszki. Jedna z nich blondynka ze związanymi włosami. I koło nas wtedy zabito żołnierza z samochodu, dwóch raniono, dwóch uciekło za stodoły w krzaki. Rannych wniesiono do stryja do domu. A w tym czasie z pola wrócili ojciec ze stryjem Janem.
Partyzanci odjechali ze swoimi rannymi w stronę Hieronimowa, jak się okazało, do Bekiszów. Za jakiś czas wróciło do nas czterech partyzantów. Mówią do ojca: – Oddaj broń!
Ojciec był myśliwym i kiedyś chodził na polowania. Ale nie wiem, czy ta broń była wtedy u nas. Ojciec odpowiedział: – Nie mam broni.
Broni nie znaleźli, ale ojca i stryja wyprowadzono z domu i popędzono w kierunku posesji Bekiszów.
Za jakiś czas pobiegłam w tamtym kierunku. Ojciec i stryj siedzieli pod płotem. Obaj we krwi, mocno poobijani na twarzach. Nie żyli.
Widziałam, jak strzelano i dobijano żołnierza Wojska Polskiego. To było straszne. Potem ludzie ze wsi zawieźli martwego żołnierza do Zabłudowa. Naszych pochowano na cmentarzu w Piatience. Na pogrzebie był batiuszka z Topolan o. Grzegorz Stalbowski.
W domu została mama, ja i dwóch starszych braci.
Po pogrzebie z podwórka zniknął nasz pies. Ktoś bratu powiedział, że widzino psa w okolicy cmentarza. Brat Mikołaj pojechał trzy kilometry do Piatienki, zaszedł na mogiłę ojca i stryja. Tam, w małej jamce, którą sobie wykopał, leżał nasz pies. Brat przywiózł go do domu.
Konstanty Masalski, urodzony 1932 roku w Folwarkach Tylwickich. W maju 1945 roku uczył się w szkole w Topolanach i mieszkał u dziadków – Michała i Zofii Skorupskich.Pan Konstanty jest przewodniczącym komitetu budowy kaplicy-pomnika męczenników prawosławnych mieszkańców Białostocczyzny, od lat dokumentuje wydarzenia z tamtego okresu. Oto jego wspomnienia i to co udało się mu ustalić w archiwach: – Z Topolan do Potoki w linii prostej jakieś dwa kilometry. Pamiętam 16 maja. Było słonecznie. Staliśmy na ulicy. Z Zabłudowa nadjechał ciężarowy wojskowy samochód, przykryty plandeką. Jeden z żołnierzy zapytał o drogę do Potoki. Pokazaliśmy. A po kilku godzinach słyszeliśmy stamtąd strzały.
Potem udało się mi ustalić, co tam zaszło. Zołnierze z podziemia zabili dowódcę z tego samochodu. Potem zabili czterech mieszkańców Potoki. Na podstawie akt Archiwum Państwowego ustaliłem, co się działo 16 maja na podwórku Bekiszów.
Jan Bekisz należał do PPR. Ktoś doniósł podziemiu, że Bekisze mają broń. Wtedy na podwórku zapytano najpierw Jana Bekisza, gdzie ma broń. Odpowiedział, że  nie ma. Poszli do domu. Tam był Włodzimierz, jego syn. Niestety, znaleźli u niego pistolet. Włodzimierza od razu zabili, w domu. Potem wyszli, pokazali Janowi pistolet i zaraz go zastrzelili z tego pistoletu. Zdobytym samochodem wycofali się do majątku Hieronimowo i ukryli się w szopie.
Kilka dni potem nadleciał samolot zwiadowczy Wojska Polskiego, który znad Potoki skierował swój lot w kierunku majątku. Jeden z członków szwadronu „Zygmunta” oddał strzał do samolotu. Załoga samolotu rzuciła na szopę zapalający granat, może bombę. Szopa spłonęła, choć nikomu ze szwadronu nic się nie stało, nawet zarekwirowany samochód ocalał.
W odwecie za akcję wojska szwadron przybył ponownie do Potoki i 22 maja spalił doszczętnie wieś.

22 maja, święto Mikoły

Witalis Romańczuk: – Z Potoki do Michałowa jest sześć kilometrów. W Michałowie jest cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy. Każdego roku 22 maja odbywa się tam odpust. Od nas też ludzie tam chodzili. Po tej akcji opowiadano we wsi, że na odpuście w Michałowie ktoś komuś mówił: – Dziś Potoka będzie płonąć. Może tak było, ale komu chciało się w to wierzyć.
Tamtego dnia może koło dziewiątej wieczorem wkroczyło do Potoki jakieś 80 osób w mundurach Wojska Polskiego, pieszo przemieszczali się od strony Hieronimowa. Wchodzili do domów i zabierali mężczyzn, wypędzali ich na ulicę, a potem kazali maszerować w stronę Hieronimowa. Trzeba trafu, do wsi przyjechało na furmance kilku radzieckich zwiadowców. Sowieci pędzili z Niemiec stado bydła. Zatrzymali się w Małynce. Zwiadowcy radzieccy także trafili w ręce leśnych.Mężczyzn zaprowadzono na koniec wioski. A potem, to wiem z opowieści, odczytano im coś w rodzaju wyroku: – Tu mieszkają przeciwnicy prawdziwej polskiej władzy, więc wieś spłonie.
Potem oddano kilka wystrzałów z rakiet zapalających i wieś zaczęła płonąć. Z młodszym bratem Eugeniuszem uciekaliśmy na ogrody. Ale po drodze ratowałem owce. Wypędzałem je z chlewa, one znów wracały, bojąc się ognia. Zachłysnąłem się dymem, upadłem. Uratowała mnie mama. Byłem poparzony, mama także.
Eugeniusz Grygorczuk: – Owego dnia byłem u sąsiada Michała Gierasimczuka na tzw. „wieczorkach”. Siedzieliśmy, gawędziliśmy... Aż tu patrzę przez okno, wojsko idzie od strony Hieronimowa. Szybciutko czmychnąłem przy płocie do domu i położyłem się do łóżka. Ojciec, Zachariasz, już zasypiał. Ja do ojca: – Tato, jakieś wojsko we wsi. Ojciec na to: – To nic, śpij synku. Ale nie zasnąłem. Zaraz weszli do domu żołnierze. Mnie i ojcu kazali wychodzić. Byłem w koszuli, nałożyłem tylko kamasze. Żołnierz do mnie: – Załóż jaki kaftan. Założyłem i ruszyliśmy z innymi mężczyznami w stronę Hieronimowa. Na końcu wsi odczytano wyrok na wieś. Z tego co zapamiętałem jakiś dowódca mówił: Za jedną skrzywdzoną polską wieś zginie dziesięć wsi białoruskich. Wczoraj radzieccy partyzanci spalili dwór w Hieronimowie. Za to spłonie Potoka.
Nam kazali się położyć za wsią na łące, a wieś podpalono. Potem okazało się, że w jednym z domów spłonęło troje dzieci Marii Gierasimczuk. Maria miała czwórkę dzieci. Jej mąż nie żył, nie wrócił z niemieckiej niewoli. Tego wieczoru trójka dzieci Marii – Gienia, Nina i Władzio – była u brata męża ich matki. Najmniejsze dziecko Marii było z nią w innym domu. Brat męża Marii miał dużo swoich dzieci. W czasie pożaru zdołali wynieść z płonącego domu tylko swoje dzieci. Trójka dzieci Marii spaliła się. Ich kosteczki pochowano na cmentarzu w Piatience, ale ich mogiłka nie jest oznakowana. Maria potem wyjechała z najmodszym synem Sierożą na Białoruś. Żyła w Postawach. Wtedy w pożarze poparzył się Michał Gierasimczuk. Po paru dniach zmarł.
Aleksander Gierasimczuk, syn Michała: – Miałem wtedy rok i trzy miesiące. Tę historię znam z opowieści mamy i babci. W naszym domu było dwóch braci ojca. Mój ojciec był na froncie w 1939 roku w Armii Poznań. Trafił do niemieckiej niewoli. W niewoli był służącym do wszystkiego u niemieckiego lekarza wojskowego. Chyba z nim był na froncie wschodnim. Po załamaniu się frontu niemieckiego pod Stalingradem lekarz ojca zwolnił do domu. Ba, wydał mu zaświadczenie, że jest niezdolny do służby i jakiejkolwiek pracy. To oczywiście była nieprawda. A jeszcze poradził, aby zaświadczenie pokazał miejscowemu komisarzowi niemieckiemu ktoś z rodziny. Ojciec z tej niewoli wrócił pieszo. Babcia zaniosła do komisarza w Michałowie zwolnienie. I tak ojciec szczęśliwie był i pracował od 1943 roku w Potoce. Aż do sądnego dnia – 22 maja. Wtedy, jak wyprowadzano mężczyzn, ojciec ukrył się w domu. Ale jak wszystko płonęło i chciał wybiec na ulicę, to go zawrócił żołnierz. Ojciec pobiegł na podwórko. Wszystko się paliło. Jakaś płonąca belka spadła na niego i mocno się poparzył. Mnie siostra Walentyna wyniosła z łóżeczka z płonącego domu i zostałem przy życiu. Ojciec żył jeszcze trzy dni. Zmarł w nocy 25 maja 1945 roku w szpitalu w Białymstoku. Mamę i mnie z siostrą zabrali mamy bracia do Załuk koło Królowego Mostu. Na cmentarzu w Królowym Moście został pochowany mój ojciec.
Anatol Bekisz: – Tamtego wieczoru o tej porze już spałem, spała też moja siostra. Zachodzono do domów i wypędzano mężczyzn na ulicę. Mój tata i starszy brat już byli zabici 16 maja, więc mężczyzn u nas nie było. Obudzono nas. Jak wyszedłem z domu, to już cała wieś paliła się. Z siostrą pobiegliśmy jakieś dwa kilometry do Hoźnej. Tam nocowaliśmy. Potem mieszkaliśmy u ciotki, bo wszystko nasze spłonęło.
Mikołaj Bekiewicz, urodzony 1930 roku w Potoce: – Tamtego wieczoru leżałem przy piecu na leżajce. W domu była mama Wiera i tato Stefan. Weszli do nas żołnierze. Mówią: – Wychodzić! Ten też niech wyjdzie – wskazali na mnie. Mama do żołnierza:  – To mały chłopiec. A jeden żołnierz do drugiego: – Nie zostawiaj s...syna! Co wtedy moja mama mogła myśleć. Wychodziliśmy z ojcem. Ojciec przy wyjściu chciał zarzucić na plecy kożuszek. Żołnierz zdzielił go wyciorem. Wyszliśmy. Ulicą pędzono innych mężczyzn. Koło nas mieszkał dziadek, co pasł we wsi owce. Jego wyprowadzili w samej koszuli. Doszliśmy do końca wsi. Stamtąd do Hieronimowa jakieś trzy kilometry. Z jednego z ostatnich domu wsi wyszedł dowódca i zwrócił się do nas: – S...syny kacapy, mnie tu, w waszej wsi postrzelono, ale ja żyję. Teraz zobaczycie, jak wasze domki będą płonąć. Staliśmy na tej drodze i nie wiedzieliśmy, co z nami będzie. Potem rozkazali nam: – Kłaść się mordami do ziemi!   I położyliśmy się. Ja chyba byłem tam najmłodszy. Leżeliśmy w trawie, koło rowu. Wystrzelono chyba trzy rakiety. Dopiero od czwartej budynki się zajęły ogniem. Zrobiło się cicho. Podniosłem głowę. Koło mnie nikogo już nie było. Wszyscy rozbiegli się. Też pobiegłem jak najdalej od wsi.
Konstanty Masalski: – Dzień czy dwa po 22 maja, wieczorem, w Topolanach zjawiło się kilku żołnierzy. Jak się okazało potem, przed Topolanami, zostawili samochód, ten, który zdobyli 16 maja w Potoce. Na ławeczkach o tej porze w naszej wsi, jak to było w zwyczaju, siedzieli mężczyźni i chłopcy. Tych kilku żołnierzy rzucało takie słowa do siedzących: – Wynocha do domu! Dziwiłem się, że tak postępuje Wojsko Polskie. A potem przez okno z domu widziałem, jak za tą czujką maszeruje przez wieś ze czterdziestu żołnierzy. Poszli za Topolany, w kierunku kolonii Popławskie. Samochód przed Topolanami spalili, bo był im już niepotrzebny. Z Popławskich poszli w kierunku szosy Baranowickiej. To byli żołnierze ze szwadronu „Zygmunta”.

HISTORYCZNE PRAWDY

W III Rzeczypospolitej na temat działalności na Podlasiu „Łupaszki” i jego podkomendnych ukazało się sporo opracowań. Znalazło się w nich także miejsce na ich dokonania w Potoce. Ale historycy, także Białorusini, nawet datę zbrodniczych działań szwadronu „Zygmunta” podają błędnie.
Eugeniusz Mironowicz w szkicu „Powojenne podziemie zbrojne w ocenach ludności białoruskiej Białostocczyzny” pisze: Potoka została spalona 1 lipca 1945 r. przez jedną z grup podległych majorowi Zygmuntowi Szyndzielorzowi „Łupaszce”, kilku mieszkańców wsi zostało zabitych.
Sławomir Iwaniuk w „Represjach polskiego podziemia wobec ludności białoruskiej na Białostocczyźnie po lipcu 1944 roku”, zamieszczonych w publikacji IPN, tom 27, „Stosunki polsko-białoruskie w województwie białostockim w latach 1939-1956” jako datę spalenia Potoki podaje 20 maja 1945 roku. Wspomina też o śmierci trojga dzieci w pożarze wsi.
Historycy związani z Instytutem Pamięci Narodowej wspominają o Potoce, pisząc błędnie „Patoka”.
Jerzy Kułak w monografii „Rozstrzelany oddział”, wydanej w 2007 roku przy pomocy finansowej Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, pisze, nawet nie zbliżając się do prawdy: Z kolei za spalenie polskiego majątku Hieronimowo pod Michałowem (pow.Białystok) i obrabowanie repatriantów „zza Buga”, którzy znaleźli tam schronienie oraz za wydanie w ręce UB współpracujących z oddziałem mieszkańców wsi I szwadron por. „Zygmunta” spalił 20 maja sąsiednią wieś Patoki (Patoka). Za stawianie oporu zginęły cztery osoby.
Jerzy Kułak powołuje się na pracę Kazimerza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego „Łupaszka, Młot, Huzar. Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK  (1944-1952)”, wydaną w 2002 roku także przy wsparciu finansowym Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Na blisko tysiąc stron owego dzieła na dwóch jest mowa o Potoce i chwalebnych – zdaniem piszących – czynach „Zygmunta”. Oprócz jednej prawdziwej daty, 16 maja 1945, wszystko jest kłamstwem, nawet sama nazwa wsi – Patoka. 16 maja 1945 roku, wedle uczonych historyków, w Potoce doszło do starcia grupy kontyngentowej, która przyjechała dwiema ciężarówkami, a na nich 40 ludzi, ze szwadronem „Zygmunta”. Wojsko szybko zostało rozbrojone, a „Zygmunt”, pomimo ran, pozostał w oddziale, który odskoczył w kierunku Białegostoku.
Nie musiał odskakiwać, bo nikt go nie gonił. Spokojnie pojechali do Hieronimowa na popas.
Po kilku dniach szwadron „Zygmunta” wkroczył ponownie do Potoki, gdyż – piszą autorzy – zaszła konieczność ukarania tamtejszej skomunizowanej ludności, wysługującej się NKWD i władzom bezpieczeństwa... Wielu mężczyzn posiadało w tej wsi broń. Niedawno, prowadzeni przez oficera NKWD, rozgrabili i spalili majątek Hieronimowo. Jednocześnie ograbili kilkudziesięciu uchodźców zza „linii Curzona” (repatriantów), którzy znaleźli tam schronienie. Po potyczce 16 maja – zdaniem historyków – „skomunizowani mieszkańcy Patoki” udzielali pomocy KBW i UBP, wskazując domy, w których kwaterowali partyzanci. „Za karę” dwa gospodarstwa zostały wówczas spalone przez żołnierzy KBW. Za to wszystko 20 maja 1945 roku 1 szwadron otoczył Patokę. Zebranych mieszkańców „Zygmunt” poinformował, że zostaną ukarani poprzez spalenie gospodarstw, przy czym zabronił gaszenia. Osoby, które nie posłuchały zakazu, zostały zastrzelone. Byli to sołtys Patoki Jan Bekisz i jego zastępca Piotr Bekisz oraz Wadysław Małaszewski (członek PPR) i jego syn Jan”.
Anatol Bekisz, syn i brat zamordowanych Jana i Włodzimierza, tak odnosi się do tych „prawd historycznych”: – Znam majątek Hieronimowo. Pałac i gorzelnię spalili Niemcy. Oficyny spalili sami partyzanci. Czy ktoś z Potoki pomagał w paleniu i grabieży majątku? Nie sądzę. A repatriantów w Hieronimowie nie było. Parcelacja majątku i repatriacja była później niż zdarzenia w Hieronimowie i Potoce.
Kim był i jest główny bohater tamtych dni w Potoce?
Przyszły dowódca 1 szwadronu, por. Zygmunt Błażejewicz „Zygmunt” urodził się 1918 roku w Witebsku. W 1938 roku zdał maturę w gimnazjum ojców jezuitów w Wilnie. U „Łupaszki” był porucznikiem, rząd londyński awansował go na kapitana, po 1990 roku w Polsce otrzymał stopień majora. Wraz z żoną „Krystyną” opuścił Polskę z fałszywymi dokumentami. Przez Niemcy dotarł do Argentyny, potem osiadł w USA. A w lecie 1998 roku odwiedził Polskę i objeżdżał miejsca swojej działalności partyzanckiej.
Podczas jednego z pobytów nawiedził także Hajnówkę. W siedzibie fundacji kierowanej przez Mikołaja Buszko miał spotkanie autorskie.
Wydał też w roku 2003 swoje wspomnienia „W walce z wrogami Rzeczypospolitej”. Na stronie 150, dotyczącej Potoki, fantazjuje niemiłosiernie. I tak 16 maja 1945 pod wsią Patoka, daleko od wsi, być może było to już na kolonii Domanowo, nastąpiło spotkanie z przybyłą tam po zboże ekspedycją ludowego wojska i milicji, w której brali udział strażnicy więzienia z Bielska Podlaskiego... W walce został zabity ich dowódca (podporucznik, Żyd, dostał 21 moich kul). Do niewoli wzięliśmy 11 żołnierzy, 3 z nich pozostało z nami i chodziło do końca. Ale Pan Bóg kule nosi. Podczas potyczki zostałem trafiony z pepeszy w biodro pół centymetra od kości miednicy. Dwie kule przeszły przez torbę, francuskie mydełko i chusteczki, jeszcze od babci... Kto mnie ranił, nigdy się nie dowiedziałem. Im dalej, tym bardziej autora ponosi ułańska fantazja: Nazajutrz po walce mieszkańcy Domanowa i sąsiedniej Patoki naprowadzili oddział NKWD (około 100 Ruskich) na dwór Hieronimowo, gdzie mieszkało 40 polskich rodzin przesiedlonych zza Buga. Skomunizowani chłopi chcieli zagarnąć ziemię przez nich uprawianą. Ruscy dwór spalili, a polskie rodziny obrabowano. Mieszkańcy Patoki i Domanowa byli wrogo nastawieni do nas, posiadali broń i współpracowali z NKWD. W odwet za ich postępek z rozkazu majora 20 maja obie te wsie spaliłem (pomimo gróźb dalszych represji ze strony komendanta NKWD). (...) W większości zabudowań  eksplodowała amunicja. Zlikwidowany też został sołtys Bekiesz, jego syn i jeszcze ktoś. Na następnej stronie „Zygmunt” opisuje w trzech zdaniach, jak to opanował osadę Narewka: Milicja bez wystrzału złożyła broń. Skonfiskowaliśmy ich kasę. Za współpracę z NKWD kazałem rozstrzelać jednego milicjanta i jednego cywila Żyda.
– Ale brednie! – skomentował te wspomnienia Konstanty Masalski, były oficer Wojska Polskiego. I dodał: – Wieś Patoki istnieje w gminie Brańsk, tam też jest Domanowo. W gminie Michałowo – Potoka. Wieś Patoka i Domanowo autor łączy z Hieronimowem. Gdzie Rzym, gdzie Krym! Kolejne kłamstwo, w maju 1945 roku w Hieronimowie  nie było repatriantów. Wiem, że mieszkała jedna wdowa Polka, której mąż zginął na froncie wschodnim. W Potoce nie było skomunizowanych chłopów. Nie skorzystali też oni z reformy rolnej. W Hieronimowie nie było dworu, lecz pałacyk spalony przez Niemców. Po 16 maja została spalona szopa, w której schronił sią szwadron „Zygmunta”. Jeden z członków jego oddziału strzelił do zwiadowczego samolotu. Lotnicy namierzyli i na szopę zrzucili granat zapalajacy. W Hieronimowie ani szesnastego, ani w dniach następnych i dwudziestego drugiego maja nie było żołnierzy Wojska Polskiego ani Armii Radzieckiej...
Brednie i zwierzęcy charakter! 21 kul dla jednego żołnierza? Po co? Wystarczyłaby jedna. Poza tym ani w Potoce 16 maja, ani potem w Narewce nie było Żydów. Autor na tle Żydów ma jakąś obsesję.
Prapoczątek legendy „Łupaszki” i jego podkomendnych nakreślił w druku Dariusz Fikus. Jego książka „Pseudonim Łupaszka. Z dziejów V Wileńskiej Brygady Śmierci”, wydana poza cenzurą w 1988 roku, stała się niemal przedmiotem kultu miłośników zakazanej wówczas historii najnowszej. Potem miała kilka wydań. Do dziś prawie wszyscy historycy powołują się na nią.
Fikus w rozdziale „Zaszczuci” (ma się rozumieć żołnierze „Łupaszki”, a nie Białorusini z podlaskich wsi, takich jak Potoka) kilka zdań poświęca Potoce. Łączy to z zastrzelonymi wcześniej Białorusinami z Narewki, chcącymi żyć raczej w państwie białoruskim niż polskim.
Oto te karkołomne wygibasy: Komenda Okręgu traktowała skazanych jako osoby wrogie państwu polskiemu. Być może, że skazane osoby należały do grupy, która wystąpiła do władz radzieckich, domagając się przyłączenia tej części Polski do ZSRR. Adresy i nazwiska takich osób „Łupaszka” otrzymał od oficera zatrudnionego w konsulacie radzieckim w Białymstoku. „Łupaszka” wysłał do nich list, domagający się, aby jak najszybciej wyjechali z Polski. W akcji represyjnej przeciwko tej grupie szwadron „Zygmunta” udał się do wsi Potoka w gminie Zabłudów. Mieszkańcy tej wsi  byli uzbrojeni i ostrzelali oddział. Drużyna wycofała się do lasu i po ściągnięciu posiłków przeczesała wieś, z której oczywiście wszyscy mężczyźni uciekli. W odwecie wieś podpalono. Ofiar śmiertelnych nie było.
Autor tych bzdur i kłamstw to znany dziennikarz. W Polsce Ludowej pracował w „Sztandarze Młodych”, „Expressie Wieczornym”, 25 lat w „Polityce”. W 1989 roku został naczelnym dziennika „Rzeczpospolita” i kierował nim do śmierci w 1996 roku. Od 1997 roku redakcja „Rzeczpospolitej” przyznaje corocznie nagrodę im. Dariusza Fikusa ludziom związanym z mediami w kategoriach twórcy w mediach i twórcy mediów.

W POTOCE NIE MA JUŻ KONI

Po tragedii z maja 1945 roku Potoka już się nie podniosła. Mało kto się odbudowywał, wielu młodych wyjeżdżało.
Witalis Romańczuk, który także osiadł w Białymstoku, opowiada, że dwa lata po spaleniu wsi proponowano mieszkańcom wzorcową odbudowę. Ludzie nie zgodzili się. Bali się konsekwencji – kołchozu.
Z moich rozmówców tylko Eugeniusz Grygorczuk mieszka w Potoce.
Pan Eugeniusz, siedząc na ławeczce przed swoim domem, opowiada, że w latach 50., jak był w wojsku, jego ojciec otrzymał zapomogę (za to spalenie) 30 tys. złotych. Za to kupił konia. Pan Eugeniusz od piętnastego roku życia uczył się kowalstwa. Po drugiej stronie ulicy stoi jego stara kuźnia. Mówiąc o kowalstwie wyraźnie ożywia się: – U nas w Potoce były kiedyś trzy kuźnie. Ho, ho! Jakie mam dziś narzędzia kowalskie! Dawniej takich nie miałem. Ale konia podkuwałem trzy lata temu, znajomemu ze wsi Pieńki. W Potoce nie ma już koni.
W oczach pana Eugeniusza widać z tego powodu smutek.
Według danych z „Monografii gminy Michałowa” Leszka Nosa, w Potoce w 1950 roku mieszkało 286 ludzi. A w 1995, 14 lat temu, 69. Z tego prawie połowa po sześćdziesiątce.
Urodzeni w Potoce, dziś mieszkający w Białymstoku, z którymi przyjechałem na miejsce zdarzeń w maju 1945 roku, przemierzając brukowaną ulicę spierają się między sobą:
– Tu był dom Gierasimczuków.
– A skąd, dom stał dalej.
– Lepiej wiem, bo byłem wtedy starszy.
– Ale ja pamiętam, to jak dziś...
– Nie byłeś przy tym, więc nie wiesz.
Trawa, chwasty, dziczejące krzewy i drzewa zacierają ślady dawnych siedlisk i młodość moich przewodników. Pamięć świadków historii zaciera czas.

fot. autor

_____________________________

Komitet budowy kaplicy-pomnika męczenników prosi o pomoc w dokończeniu dzieła.
Wpłat można dokonywać na konto:

Stowarzyszenie Budowy Pomnika.
ING Bank Śląski Oddział Białystok.
30 1050 1823 1000 0023 1765 3232

Opinie

[1] 2009-12-25 21:12:00 MIS
Obecnie nie to znaczenia nie żyjmy przeszłością tylko przyszłością :)
[2] 2015-05-16 21:28:00 Ewa Gąsowska
Ma znaczenie przeszłość, bo ona rzutuje na nasze dzisiejsze zachowania. Narzuca mi się jedno pytanie, w czyim imieniu i na czyj rozkaz działała (dla mnie) banda? Już było po wojnie więc w czyim imieniu działali ? Kto im dał prawo decydowania o życiu innych ? Niestety na to pytanie tzw. partyzanci nie odpowiedzą zasłaniając się frazesem, walczyli o Polskę. Dla mnie są zwykłymi bandytami i nic nie pomoże im to, że obecnie są gloryfikowani przez państwo polskie. Dlatego głośno krzyczę PRECZ Z FASZYZMEM !!!

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token