Numer 5(287)    maj 2009Numer 5(287)    maj 2009
fot.Tadeusz Żaczek
Jak białoruski chłop nie dał się Watykanowi
Anna Radziukiewicz
Tytuł książki Mikołaja Dawidziuka „Unia w Kuraszewie” może zwodzić. Rzecz dotyczy kawałka historii jednej wsi, zarzuconej gdzieś na ziemi hajnowskiej – pomyśleć można i po książkę nie sięgnąć. Błąd. Bo Kuraszewo to ważny neounijny eksperyment, przeprowadzony w międzywojennej Polsce. Laboratorium swoiste. Gdyby udało się w nim wyhodować młody, prężny pęd kościelnej unii, schemat by powielano. Nowe pędy sadzono by na całych Kresach Rzeczypospolitej. A one rozsadzałyby prawosławie, przywracane na tych ziemiach zaledwie niespełna wiek wcześniej albo i pół wieku, jak na ziemiach dzisiejszej Ukrainy. W neounię w Kuraszewie angażowały się najwyższe autorytety, włącznie z polskim państwem i Watykanem. Jakiego miały przeciwnika? Białoruskiego chłopa z Kuraszewa. Walka wydawała się z góry przegrana. A jak było? – o tym w książce Mikołaja Dawidziuka.
   

   Mikołajowi Dawidziukowi
o neounii opowiadał jego ojciec. Syn wierzył ojcu, ale wszystko sprawdzał i badał w archiwach, bo wiedział, że pamięć ma skłonność do mitologizowania historii. Te archiwalne tropy wywiodły go na szerokie pole, na spojrzenie na politykę Watykanu wobec narodów ruskich, z których część znalazła się w Rzeczypospolitej, ale dla ogromnej większości ruskich ludzi ich domem – chcianym lub nie – stał się Związek Radziecki.
   I to ci „sowieci” stali się dla Watykanu – jakby użyć określenia socjologów – grupą docelową, na co często zwraca uwagę autor.
   Przybliża lupę do niewielkiej wsi, rysuje przeciwników ostrego konfliktu, rozpościerającego się na całe międzywojnie, ale jednocześnie nie zapomina o bardzo szerokim tle. Wszystko podlewa nieco emocjami. Nie tai, po której stronie konfliktu się ustawia.
   Powoduje to, że książkę wydaną przez studziwodzkie Muzeum Małej Ojczyzny czyta się jak powieść, a jej treść osadza się głębiej, niż ta czerpana z książki typowo naukowej.
   
   
CERKIEW

   
   Cerkiew w Kuraszewie wyświęcono chyba w 1868 roku – pisze Dawidziuk, a budowano ją sześć lat. Inicjatorem budowy był miejscowy cieśla, właściciel 26,4 ha ziemi, Sylwester Wasiluk. Według innej wersji przywieziono do Kuraszewa starą kaplicę z pobliskiej Wieżanki i rozbudowano ją.
   W każdym razie cerkiew powstała zaraz po zniesieniu pańszczyzny, czyli bardzo wcześnie – komentuje autor, bo wielki ruch przy budowie i remoncie cerkwi rozpoczął się dopiero w latach 80. XIX wieku. Rozbierano wtedy stare, zmurszałe unickie cerkwie albo przenoszono je na cmentarze, a na ich miejscu rosły okazałe, przeważnie murowane, projektowane przez zawodowych architektów. Imponowały rozmachem i bogactwem wystroju. Budziły podziw, zwłaszcza jeśli stały na tle chat ledwie wyrosłych z ziemi, krytych słomą.
   Ostateczny kształt przybrała kuraszewska cerkiew w czasie hitlerowskiej okupacji. Wtedy dobudowano do niej dzwonnicę. Świątynię pomalowano na jasny błękit. Wokół ścieliły się pola i łąki doliny rzeki Łoknicy.
   W tamtych latach wznoszono też wiejskie szkoły. One wyprowadzały w świat ambitniejszych wiejskich synów, tym samym łagodziły na wsi głód ziemi.
   
   
BIEŻEŃSTWO

   
   Niedługo cieszyli się kuraszewianie tym baśniowym widokiem. Rok 1915 pognał 180 rodzin ze wsi do Rosji. Zabrali trochę odzieży, żywności i pościeli. W czasie exodusu Niemcy zerwali most na Narewce, co powstrzymało przed bieżeństwem część spanikowanych rodzin. Musiały wrócić do Kuraszewa i żyły zgodnie z osiedlanymi tu niemieckimi zdemobilizowanymi oficerami i żołnierzami. Wieś w ten sposób ocalała.
   A inni znaczyli swą drogę na Wschód grobami. Gdy już osiedli, dane im było kilka lat życia w spokoju, niektórym nawet w zasobności.
   Rewolucja przepruła to wszystko i otworzyła puszkę z głodem, tyfusem, śmiercią, rabusiami, i niekończącym się strachem. Kuraszewianie zaczęli długie powroty, też znaczone mogiłami. Mikołaj Dawidziuk podaje, że przed wojną kuraszewska parafia liczyła 1448 osób, po wojnie i rewolucji około tysiąca.
   
   
ODRUSYFIKOWYWANIE

   
   W Kuraszewie pojawili się polscy koloniści. Dziadek autora zastał w swoim domu pana Jabłońskiego. Spalił on już wszystkie płoty wokół przejętej zagrody. Potem, bojąc się, że zamarznie, sam właził do pieca – pisze autor. Trudno było pozbyć się intruza.
   Z Bielska do pobliskiego Starego Kornina przybył tajemniczy misjonarz, Trofim Siemacki. Był stąd. Znał teren – pisze Dawidziuk.
   Prawdopodobnie pod wpływem unickiego metropolity Szeptyckiego przeszedł na katolicyzm. Prowadził misję. Docierał nawet do Grodziska. Odprawiał unickie nabożeństwa i popadał w konflikt z prawosławnymi duchownymi.
   Do kuraszewian dochodziły wiadomości, że w lipcu 1919 roku inspektor rolny wypędził, jak donosiły dokumenty, „bez jakiegokolwiek gwałtu” mnichów z supraskiej ławry, wkrótce opieczętowano cerkiew w Wasilkowie, a duchownego posłano na bruk. Dochodziły i wieści z Chełmszczyzny i południowego Podlasia, gdzie zdołano odebrać ponad 170 cerkwi, a z około 330 istniejących przed wojną parafii prawosławnych władze polskie utworzyły 29 tymczasowych. Zepchnęły je w stan płynności, czyli możliwości ich likwidowania ministerialnym zarządzeniem w dowolnym momencie.
   Inspektorzy rolni przejmowali cerkiewne hektary pod zarząd państwowy. Tym sposobem kilka tysięcy hektarów zmieniło właściciela, w Kuraszewie trzydzieści sześć. Potem te hektary staną się solą w oku kuraszewskich chłopów.
   Autor politykę tego okresu komentuje: wśród części społeczeństwa polskiego, a tym bardziej przedstawicieli władz, panowało przekonanie, że po upadku caratu w Rosji prawosławie, jako „twór sztuczny na ziemiach polskich”, nie utrzyma się. I wierzono, że „prawdziwa wiara” oraz „wyższa polska kultura” wspólnym wysiłkiem dokonają na Kresach polonizacyjnych cudów. Liczono, że byli unici, „przypisani siłą na prawosławie w celach rusyfikacyjnych”, skorzystają z duszpasterskiej oferty „prawdziwego Kościoła”. Przy czym mówiono, że chodzi tylko o zbawienie schizmatyckich dusz. Wydawało się wówczas, że wystarczy jedynie odebrać cerkwie.
   Dawidziuk opisuje proces łączenia parafii na dzisiejszej południowej Białostocczyźnie. Ministerialny projekt redukcji parafii był już gotowy w końcu 1919 roku. Według jego wytycznych, na Sokólszczyźnie z jedenastu parafii istniejących można było utworzyć tylko dwie. Na szczęście utworzono trzy – w Sokółce, Jacznie, Jurowlanach, a potem jeszcze w Kuźnicy. Na południowym wschodzie Białostocczyzny, niemal wyłącznie zamieszkałej przez prawosławnych, łączono trzy lub cztery parafie w jedną. Rekordowa była bielska. Wchłonęła aż osiem.
   Kuraszewo jako parafia (utworzona w 1897 roku) nie miało żadnych szans. Wszak likwidowano dużo starszą w Czyżach, z której zrodziła się kuraszewska. Te drastyczne zabiegi prowadzono bez porozumienia z prawosławnym władyką grodzieńskim Włodzimierzem, duchowym zwierzchnikiem tych ziem.
   Odbyły się wprawdzie rozmowy radcy ministerialnego z prawosławnymi władykami wileńskim i grodzieńskim – pisze autor – ale w cieniu wojny polsko-bolszewickiej, czyli największego triumfu oręża polskiego na Wschodzie. Radca osiągnął wszystko, a władycy zapewnienie o nadzwyczajnej polskiej tolerancji. Niespełna trzy lata później obu władyków usunięto i deportowano.
   
   
WATYKAN

   
   Watykan przygotowywał się do misji na Wschodzie. Jeszcze przed wybuchem rewolucji w marcu 1917 roku chrześcijański Wschód znalazł się w centrum jego uwagi. Pilnie studiowano prawosławną teologię, historię, prawo kanoniczne, liturgię. Pierwszego maja Benedykt XV powołał do życia Kongregację Kościołów Wschodnich, która podlegała bezpośrednio papieżowi. Pół miesiąca później utworzono Papieski Instytut Studiów Wschodnich. We wrześniu 1922 roku nowy papież, Pius XI, powierzył instytut jezuitom, których podstawowym celem było nawracanie Rosji.
   Polska w tej misji miała być swoistym poletkiem doświadczalnym.
   
   
BISKUPA PRZEŹDZIECKIEGO POMYSŁ NA UNIĘ

   
   Podlaski biskup rzymskokatolicki Przeździecki, dobry znajomy Piusa XI, miał swój pomysł na unię. Nadzwyczajnie prosty i podstępny zarazem. Wiedząc o przywiązaniu prawosławnych do wiary, chciał zostawić wszystkie obrzędy, nienaruszoną całą zewnętrzną otoczkę (do czasu). Nowa unia różniła się od starej tym, że zamiast zaczynać od porozumienia z hierarchami, wprowadzała nowe porządki na dole. Stały setki zamkniętych, opieczętowanych cerkwi albo przekazanych rzymskim katolikom. Neounia obiecała zwrot świątyń wiernym w zamian za przejście „schizmatyków” na obrządek wschodniosłowiański.
   Wśród „schizmatyków” misję mieli prowadzić polscy księża rzymskokatoliccy przebrani za prawosławnych duchownych. Ale, jak się okazało, wcielenie się w „ruskiego popa” pisze Dawidziuk – nie było takie proste, brakowało znajomości obrzędów, języka rosyjskiego, a tym bardziej cerkiewnosłowiańskiego. Do tego dochodziły silne bariery psychologiczne. Zaczęto więc kusić nowym obrządkiem duchownych prawosławnych, proponując, jak na tamte czasy, znakomite uposażenie – 200 złotych miesięcznie i żadnych szykan. Skompletowano wreszcie pierwszą misjonarską trójkę, taką „międzynarodówkę”. Był w niej Polak, Francuz i Rosjanin.
   Do Kuraszewa przybył batiuszka w riasie, z brodą, mówił po rosyjsku i przedstawiał się jako absolwent petersburskiej akademii duchownej, z Galicji, wdowiec. Był wtorek 26 maja 1925 roku. Z cerkwi zdjęto pieczęcie. Rozpoczęło się nabożeństwo. Ludzie po brzegi wypełnili świątynię. Radość wielka zapanowała w narodzie. I szybko prysła. „Uniatem jestem” – powiedział duchowny. Zapanowała cisza. Po dłuższej chwili ludzie ze spuszczonymi głowami opuścili cerkiew. Czuli się oszukani i upokorzeni.
   Ale jednocześnie kusiło kuraszewian te 36 hektarów ziemi i łąk, niegdyś parafialnych, potem jako państwowe wydzierżawionych na dwadzieścia lat przez rzymskokatolicką kurię. Jakim sposobem je odzyskać? – łamali chłopi sobie głowy.
   
   
WIZYTA

   
   Krążyły pogłoski o wizycie ważnego archijereja. Ludzie spodziewali się unickiego, tymczasem 2 czerwca 1927 roku z dużego czarnego samochodu wysiadł najprawdziwszy biskup rzymskokatolicki, piński, Zygmunt Łoziński. Powitał go nauczyciel Mikołaj Demidziuk (musiał być unitą lub katolikiem, jeśli chciał zajmować posadę nauczyciela), miejscowy unicki ksiądz Spytecki, proboszczowie najbliższych parafii.
   Kuraszewianie zapytali biskupa o ziemię, o tych 36 hektarów cerkiewnych.
   – Nie dostaniecie jej – usłyszeli.
   Wtedy jeszcze nie mogli wiedzieć, że biskup piński za dwa lata wystąpi z pozwem o zwrot największej ilości cerkwi, bo aż 230, i – niejako przy okazji – o ponad 200 tysięcy hektarów cerkiewnej ziemi. I że nie będzie zważał na to, iż w jego diecezji na Polesiu było w tym czasie 319 parafii prawosławnych i tylko 54 katolickie, czyli co szósta była katolicka i gdzieś jedynie co dziesiąty Poleszuk był rzymskim katolikiem. Biskup nawet rościł pretensje do cerkwi w miejscowościach, w których nie było ani jednego katolika.
   W gminie Ołtusz w powiecie brzeskim – podaje autor „Unii w Kuraszewie” – wytyczono procesy o cztery cerkwie, które miały przypaść pięciu katolikom.
   W roku 1929 biskupi rzymskokatoliccy skierowali do sądów pozwy o zwrot 755 cerkwi.
   Odpowiedź biskupa Łozińskiego odnośnie hektarów stała się początkiem końca neounii w Kuraszewie.
   Następnego dnia kuraszewianie zażądali od ks. Spyteckiego zwrotu kluczy od cerkwi i natychmiastowego opuszczenia wsi. Po czym, nie zważając na to, że były żniwa, pojechali do Grodna, zebrawszy 587 podpisów, prosić archijereja o utworzenie prawosławnej parafii.
   Zamiast parafii, o erygowaniu której tak naprawdę decydowała administracja państwowa, doczekali się kuraszewianie jeszcze jednej wizyty tajemniczego archijereja. Był nim redemptorysta obrządku wschodniego Mykoła Czarnećkij.
   W podaniu do biskupa Mykoły kuraszewianie prosili, by nie „nawiązywał nam cudzego dla nas duchowieństwa unickiego, z którym stanowczo nic wspólnego nie mamy i mieć nie będziemy”.
   
   
NAPIĘCIE

   
   Napięcie w Kuraszewie rosło. W niedzielę 22 maja 1932 roku skierowała się w stronę cerkwi procesja ze swoim batiuszką, Konstantinem Rżeckim. Ludzie tłumnie weszli do cerkwi, wnosząc na rękach batiuszkę. W cerkwi służył neounicki ksiądz Piotr Waczyński. Stało kilku unitów. Ksiądz musiał opuścić cerkiew. Ludzie poczuli ulgę. Po kilku latach nieustannej udręki, zbierania się na modlitwę – oczywiście wbrew prawu – w przypadkowych chatach, wreszcie czuli się na swoim. Batiuszka odprawiał, chór śpiewał, a ludzie płakali. Liturgia zlała się z wieczernią. Nikt nie opuszczał cerkwi.
   Przed zachodem słońca brutalnie wkroczył posterunkowy z Hajnówki. Zarządził, by wszyscy natychmiast opuścili cerkiew. Ludzie nie wyszli. Zostali na noc. Dzień powitali utreniją. Przyjechał jeszcze batiuszka z Orli. Z otuchą.
   Na wieczór zjechali się polscy urzędnicy i funkcjonariusze.
   A ludzie z cerkwi nie wyszli. Znów zostali na noc.
   Dzień. Urzędnicy nakłaniają ludzi do wyjścia z cerkwi. Pod wieczór ludzie wychodzą.
   Klucze do cerkwi odesłano do starostwa, potem przekazano wojewodzie, a ten posłał je prokuratorowi. Ale już w niedzielę unicki ksiądz pospieszył z kluczami do cerkwi. Doszło do szamotaniny.
   18 czerwca 1932 roku, sobota między siódmą a ósmą rano. Prawosławni ze swym batiuszką Rżeckim znów „wtargnęli do katolickiego kościoła” – jak zanotowano w aktach. Kilka godzin później autobus przywiózł z Hajnówki dwudziestu policjantów. Otoczyli cerkiew. Ludzie świątyni nie opuszczali, a policjanci nikogo do niej nie wpuszczali. Udało się tylko przeniknąć przez kordon zgarbionej staruszce, która pod sajanem przemyciła zgromadzonym w cerkwi bochen chleba.
   
   
ROZGŁOS

   
   Sprawa okupacji cerkwi nabrała nieoczekiwanego rozgłosu. A tego żadna władza nie lubi. Tylko pińska kuria pozostawała niewzruszona. Okupujących nazywała wichrzycielami albo grupą ciemnego chłopstwa. I komentowała, że tu „aż nadto jest widoczna robota rosyjska, usiłująca skompromitować władze państwowe polskie”. Domagała się surowych kar dla „wichrzycieli”.
   Okupacja cerkwi trwała ponad czterdzieści dni, aż do początku sierpnia, w najgorętszym dla wsi okresie.
   Oskarżono 24 kuraszewian na czele z protoijerejem Rżeckim. W dniu sądu o piątej rano wyruszył z Kuraszewa długi sznur furmanek z oskarżonymi. Mieli oni pokonać trzydzieści kilometrów. Najmłodszy oskarżony miał 21 lat, najstarszy 75. Gdy sędzia zaproponował umorzenie sprawy, kuraszewianie odczuli wielką ulgę.
   Okupacja i proces niczego w Kuraszewie nie zmieniły. Parafia prawosławna formalnie nadal nie istniała, a duchowni byli nielegalni. Parafia neounicka przetrwała do września 1939 roku.
   
   
WATYKAN I WARSZAWA

   
   Za obrządkiem słowiańskim mocno stał Watykan – podsumowuje rozważania o unii w Kuraszewie Mikołaj Dawidziuk. Polacy natomiast chcieli katolicyzować Wschód, ale nie przy pomocy unii. Bali się rozpalania poprzez unię nacjonalizmu ukraińskiego i białoruskiego. To prowadziło do nieporozumień między Warszawą a Watykanem.
   Do zbliżenia polsko-watykańskiego doszło dopiero w latach 1937-1938, kiedy to uznano Andrzeja Bobolę za „wielki symbol katolickiej religii i polskiego narodu w jego pochodzie ku wschodowi”. Pionierami w tym pochodzie byli jezuici i dominikanie, zakładający swoje szkoły i systematycznie „osłabiający schizmatycką zarazę”. Wtedy nastał już czas kolejnej akcji, zainicjowanej przez wojsko „rewindykacji dusz”. Wtedy Chełmszczyzna i południowe Podlasie jęczało z bólu pod ciężarem zapadających się cerkwi, rujnowanych przez wojsko i służby specjalne.

   
   Anna Radziukiewicz
   fot. z książki Unia w Kuraszewie
   
   ________________________
   Mikołaj Dawidziuk, Unia w Kuraszewie, Bielsk Podlaski 2009, ss. 96
   

Opinie

[1] 2009-04-22 14:26:00 zainteresowany
Gdzie można kupić tę książkę?
[2] 2009-04-30 14:18:00 Jozafat
Miałem nadzieje, że przeczytam artykuł ciekawy artykuł a tu jak zwykle trochę prawdy a reszta to stek kłamstw.
Święte chramy unickie są „zbutwiałe” i tylko dlatego się je burzy, unici z Podlasia „dobrowolnie” wrócili do Prawosławia, itd. Itp.
A prawda jest taka, że Cerkwie Unickie niszczono aby wymazać pamięć o Unii.
A o kozackich salwach do bezbronnych chłopów broniących swoich Cerkwi przed rusyfikacją, z zsyłce opornych duchownych nie ma słowa.
[3] 2009-05-10 01:52:00 Krzysztof
Bo to wszystko było nie wtedy i nie tu. Na północnym Podlasiu unię zniesiono w 1839 r. niemal bez żadnych oporów ze strony miejscowej ludności. Były jakieś protesty w Kleszczelach i paru innych miejscowościach, ale bez większego echa. Ale tutaj na prawosławie przeszli wszyscy miejscowi biskupi uniccy (Siemaszko, Zubko i Łużyński) i niemal wszyscy duchowni, którzy pozostali na swoich parafiach. Parafianie poszli za swoimi duszpasterzami po prostu. Obyło się bez Kozaków, nikt nikogo nigdzie nie zsyłał.
Na południowym Podlasiu i Chełmszczyźnie też zresztą różnie bywało. Sto kilkadziesiąt tysięcy wyznawców prawosławia żyjących tam po I wojnie nie wzięło się przecież z powietrza. Jak z tego widać wystarczyło ledwo trzydzieści lat, żeby się tam prawosławie zakorzeniło. I to na tyle mocno, że w 1938 r. polskie wojsko wykorzeniało je przemocą burząc cerkwie. Czyli robiło to samo, co 60 lat wcześniej Kozacy, albo i gorzej.
A pounickie chramy na północnym Podlasiu stoją sobie w najlepsze. W Topolanach, Szczytach-Dzięciołowie, Bielsku Podlaskim, Boćkach, Orli i wielu innych miejscowościach. Widać 130 lat temu były nie dość zbutwiałe ;)
[4] 2009-05-20 11:45:00 Anna Radziukiewicz
książkę można nabyć u wydawcy Muzeum Małej Ojczyzny w Bielsku Podlaskim - Doroteusz Fioniktel 085 730 77 35
[5] 2009-06-04 00:02:00 swojak
Chłop z Kuraszewa jest tak samo białoruski, jak "smereka" narodniaj biełaruskaj pieśniaj. Po tytule artykułu od razu widać, że w gazecie wszystko jak za starych dobrych czasów.
[6] 2009-06-14 01:06:00 swojak 2
Bo to wszystko zależy od tego, kto artykuł pisze lub robi badania:) Jeden przyjdzie i powie, że to chłop białoruski, drugi stwierdzi, że to chłop ukraiński. Tak to jest na Podlasiu i na pograniczu, gdzie ścierają się wpływy trzech kultur: białoruskiej, ukraińskiej i polskiej. Szkoda, że owi "tutejsi" nie uzyskali nigdy swojej własnej nazwy jak Łemkowie, też lud pogranicza.
[7] 2011-11-30 11:07:00 jelizawieta
ani my białoruskie, ani ukraińskie tylko podlaszuckie
[8] 2016-07-06 15:04:00 Arkadiusz
Przeczytałem te książkę z wielkim zainteresowaniem. Autor nie jest obiektywny, nie ukrywa też swoich sympatii, mam wrażenie że jest rozgoryczony zdarzeniami z historii i ich opisem - lub w zasadzie ich przemilczaniem. Pomimo stronniczości, licznych złośliwości i nie do końca prawdziwych skrótów myślowych książka jest źródłem bardzo istotnej wiedzy o historii regionu i o jego mieszkańcach. Chętnie porozmawiałbym lub poczytał o relacjach i dziejach unickich i prawosławnych, ale w duchu wzajemnego szacunku, na który z pewnością zasługują wszyscy szczerze wyznający swoja wiarę chrześcijańską.
[9] 2017-05-03 09:39:00 ukrop
Arkadiusz Masz rację JA jestem grekokatolikiem Szanuję braci prawisławnych I tyle Wiem że kler obu koncesji nie przepada za sobą To jest polityką My wierni powinniśmy im pokazać że nam nie przeszkadza że ktoś jest prawosławny a inny unita

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token