Numer 3(285)    marzec 2009Numer 3(285)    marzec 2009
fot.Tadeusz Żaczek
Równania etniczne
Anna Radziukiewicz
Człowiek Wschodu bliski kulturze prawosławnej – tak prof. Waltera Żelaznego określa prof. Jerzy Chłopecki, autor wstępu do najnowszej książki Żelaznego „Nierozwiązywalne równania etniczne”.
   
   Przybliżenie postaci Waltera Żelaznego trochę potrwa. Skończył we Francji językoznawstwo na Uniwersytecie Nancy II i studium doktoranckie z geografii społecznej na Uniwersytecie w Metzu, doktorat z socjologii polityki obronił na Uniwersytecie Śląskim, habilitował się z socjologii narodu na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest profesorem w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie na wydziale nauk społecznych. Łączy przede wszystkim badawczą pasję socjologa i językoznawcy.
   Prof. Waltera Żelaznego spotkałam kilka lat temu. Przyszedł do naszej redakcji z żoną Agnes, Francuzką. Słuchałam wtedy opowieści o ikonach, a raczej o ich pisaniu przez Agnes i o tym, że państwo francuskie nie uznaje w swoim kraju mniejszości. Ostatniego problemu w zasadzie nie rozumiałam. Pomoc przyszła kilka lat później. Prof. Żelazny przysłał mi niedawno książkę „Nierozwiązywalne równania etniczne”. Wiele ona wyjaśnia – nie tylko w kwestii francuskiego zamykania oczu na mniejszości. To książka o Europie, o jej ślepych uliczkach, o groźbie powtórek z historii – prowokująca, ujawniająca sympatie i antypatie autora, ostrzegająca i wartościująca.
   To swoista lekcja Europy, nie zawsze takiej, jaką zwykło się postrzegać.
   
   
Za późno

   
   Do tego „europejskiego klubu” w 2004 roku weszła Polska. Za późno – pisze Żelazny. Weszła wtedy, gdy jądro Europy było już sformułowane. Było to jądro francusko-niemieckie, które stanęło przeciw Stanom Zjednoczonym i zaczęło wyraźnie faworyzować Rosję, ponad głowami Polaków. Jaką rolę przyjęła Polska, a raczej jak ta rola jest postrzegana przez zachodnią Europę – pyta autor i spieszy z odpowiedzią. Polska sprzyja procesom demokratyzacji na Wschodzie. Zachód pojmuje ten proces jako zabiegi o własny interes, a dokładniej sny o polskiej potędze, o mocarstwowej imperialnej pozycji, o misji katolicyzmu na Wschodzie. Polskie demokratyzowanie Wschodu jest tym bardziej niebezpieczne, bo sprzężone z imperializmem amerykańskim.
   Polska weszła do Unii Europejskiej wtedy, gdy Europa zaczęła odchodzić od swego jednoznacznego oblicza jako kontynentu chrześcijańskiego i rasowo białego. Ponad dziesięć procent jego ludności stanowią już imigranci, głównie muzułmanie. W większości jest to ludność niewykształcona i o najwyższym poziomie przyrostu naturalnego. I właśnie ta grupa może szybko zmienić oblicze kontynentu. W przeciwieństwie do imigrantów z poprzednich dekad, obecni muzułmańscy imigranci nie poddają się procesom asymilacji – zauważa profesor. Tworzą swoje wyspy. Potrzebują jedynie europejskich „papierów” na to, że w tej Europie będą obywatelami. Sami definiują swoją tożsamość. W tej sytuacji – komentuje Żelazny – wielokulturowość staje się nakazem moralnym nowego ładu społecznego. Jednocześnie postawi ona Europie nowe wyzwania, na które ta nie będzie w stanie odpowiedzieć.
   Europa nie ma wyboru. Przy malejącym przyroście naturalnym „rodowitych” Europejczyków nie zdoła utrzymać swych instytucji państwa opiekuńczego bez pomocy imigrantów. Imigranci będą wykorzystywani do zaspakajania potrzeb miejscowych, ale nie będą w pełni uczestniczyć w podziale zysków. Czy to jest moralnie pociągająca perspektywa? – pyta.
   A inna perspektywa to niepokojenie „ustabilizowanego” świata poprzez wzniecanie buntów przez imigrantów. We Francji choćby w ciągu dwóch miesięcy spłonęło z tego powodu około 20 tysięcy samochodów i cztery tysiące sklepów, kiosków.
   
   
Francja

   
   Francję zna Walter Żelazny z badań i osobistego doświadczenia. W książce poświęca jej wiele miejsca. Przybliża, jak swoją rolę postrzegają Francuzi w integrującej się Europie. Otóż Francuzi uważają, że to oni mają właściwą wizję Europy, bo odkryli za czasów Rewolucji Francuskiej uniwersalne prawo rozwoju państw i narodów. W końcu proklamowali prawa człowieka i obywatela i oddzielili Kościół od państwa. Zaproponowali też światu uniwersalny, ich zdaniem, język francuski. Mogą więc wytyczać Unii jej polityczną drogę, ponieważ Europa takiej wizji nie ma. Francja chciałaby eksportować poza Europę prawa człowieka jako uniwersalne, choć kłócą się one niejednokrotnie z pozaeuropejskimi racjami i są kwestionowane w Afryce, świecie islamu, w kręgu kultury hinduskiej czy Dalekiego Wschodu. Są tam postrzegane jako pozostałość kolonializmu, przeniesiona dziś z dawnej sfery podboju zbrojnego do sfery podboju mentalnego.
   Żelazny przypomina, że w XX wieku Francja prowadziła bardziej forsowną ekspansję kolonialną niż Niemcy. Francja zajęła niemal połowę Afryki. Algieria do 1962 roku stanowiła integralną część Francji. A generał De Gaulle na kilka miesięcy przed opuszczeniem Algierii przyrzekał, że Francja nigdy nie opuści „tej ziemi”.
   Prawa proklamują zwycięzcy – przypomina profesor – tworząc instrument do własnej dominacji, usprawiedliwiając choćby niewolnictwo panujące do lat 60. XX wieku w USA, czy do lat 80. w RPA, usprawiedliwiając zwyczajny egoizm materialny. Zwycięzcy tworzą prawa z zakresu ochrony pracy i płacy, zdrowia, ale „swoich ludzi”, zwanych obywatelami, sami zaś korzystają w epoce globalizacji z niewolniczej pracy w Trzecim Świecie. Obwarowują setką przepisów prawo do ochrony środowiska, ale własnego, sami zdewastowawszy uprzednio pozaeuropejskie połacie lądów w Afryce czy Amazonii.
   Dla Francji państwo i prawa jego obywateli stanowią najwyższą wartość. Państwo według modelu francuskiego – porównuje Żelazny – jest jak Temida z zasłoniętymi oczyma – nie widzi wyznania swych obywateli ani ich etniczności. Jeśli człowiek przekracza prywatność swego wyznania i etniczności, wówczas wchodzi w kolizję z innymi, którzy też mają swoje wyznanie i etniczność. I tej granicy prywatności strzeże państwo.
   
   
Etniczność

   
   Jak wynika z książki Żelaznego, Europa nie bardzo sobie radzi ze swoją etnicznością. Wszak pretekstem drugiej wojny światowej była niewystarczająca ochrona niemieckich mniejszości narodowych. Zaraz więc po II wojnie kwestia ochrony mniejszości przerodziła się w obsesję na tym tle pewnych mocarstw. Rozpoczęto akcję wysiedlania milionów osób, pędzonych setki kilometrów, by już nikt nigdy nie miał po co wracać. Dążono do budowania krajów jednolitych narodowościowo. Albo, według modelu francuskiego, zasłaniano oczy i twierdzono: nie ma mniejszości.
   Ale etniczność istnieje. Żelazny wymienia wobec niej dwie zasadnicze koncepcje – francuską, jako koncepcję Europy państw i niemiecką – Europy regionów. W ramach Unii zdaje się zwyciężać ostatnia. Tworzone są, choćby na styku państw, euroregiony, które jakby zacierały i tak już osłabione państwowe granice. Tworzy się rodzaj europejskiej federacji opartej na prawach etniczności. Działają najróżniejsze rady regionów Europy, szczególnie niemieckie i austriackie, niekoniecznie znajdujące się w Niemczech czy Austrii. Prof. Żelazny przestrzega, że Niemcy wplątują się w politykę mniejszościową podobną do tej, jaka była prowadzona w okresie między dwiema wojnami. To kontynuacja wczorajszej polityki, przeniesionej w dzisiejsze czasy – pisze.
   
   
Jugosławia

   
   Próby takiej polityki regionów, lekceważącej ustalone wcześniej państwowe granice, doświadczyliśmy na Bałkanach w ostatniej dekadzie XX wieku. Czy Jugosławia sama się rozpadła, czy pomogły jej w tym Niemcy? – pyta wprost Żelazny. W początkowym okresie rozpadu Jugosławii, Francja opowiadała się za integralnością państwową Federacji Jugosławii, sympatyzując jakby z Serbami. Niemcy zaś z Watykanem stanęły po stronie Chorwacji i Słoweńców. (Cytuję Żelaznego: „Wciąż wydaje mi się, że Słoweńcy byli bardziej zasłoną dymną dla faworyzowania Chorwacji”). I jak nigdy w dziejach Europy szafowali prawem do samostanowienia narodów. Dlaczego jednak tego prawa odmawiano innym narodom czy narodowościom Europy – Baskom, Katalończykom, Bretończykom czy Walijczykom, które z wyroków historii nie zostały państwami – to pytanie również zadaje autor.
   
   
Ruskość

   
   Walter Żelazny rzuca światło i na fenomen ruskości. Przywołuje tu poglądy innego socjologa, prof. Włodzimierza Pawluczuka, który charakteryzując ludność wszystkich Rusi mówi o specyficznym poczuciu solidarności ludu ruskiego, bardziej jego gestach „dawania więcej”, niż „brania”. Pawluczuk przyznaje, że właśnie owe poczucie solidarności, ów „duch” ruski niewątpliwie sprawia, że ludność tych terenów jest ekonomicznie czy produkcyjnie mniej zorganizowana, biedniejsza od pozostałych Europejczyków. Pawluczuk nie rozróżnia szczególnie narodów ruskich, choć nie upiera się, że nie ma Ukraińców, Białorusinów czy Bojków. Twierdzi natomiast, że istnieje wspólnota ruska, którą nazywa ruską etnicznością, trwalszą niż podziały „etnograficzne” Rusi. Żelazny skupia uwagę na – jak ją nazywa – IV Rusi, czyli Karpackiej. Według niego nie byłaby ona możliwa bez istnienia Cerkwi unickiej, którą zrodziła Unia Brzeska (1596), „najbardziej kontrowersyjne wydarzenie w dziejach polsko-ruskich”. IV Ruś – dodaje – stała się terenem wojny wyznaniowej między Rzymem a Moskwą.
   Książka Waltera Żelaznego „Nierozwiązywalne równania etniczne”, choć o skomplikowanym tytule i czasem jakby nie dokończonych wątkach, jest ważna. Stawia bowiem trudne pytania. Przed nimi Europa chowa jeszcze głowę w piasek albo robi dobrą minę do tragicznej gry (Jugosławia). Ale niebawem będzie musiała na nie odpowiedzieć. Takie prace jak Waltera Żelaznego, wychodzące daleko poza ciasne podwórko analizy problemów jednej mniejszości narodowej czy nawet narodu, mogą przygotować nas do odpowiedzi na trudne pytania.

   
   Anna Radziukiewicz
   _____________________
   Walter Żelazny, Nierozwiązywalne równania etniczne, Rzeszów 2008, ss. 176.
   

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token