Numer 12(282)    grudzień 2008Numer 12(282)    grudzień 2008
fot.Anna Radziukiewicz
W koszmarze Hołodomoru
Anna Rydzanicz
Poświęcenie pomnika „Niegasnąca świeca”, którego 22 listopada w Kijowie dokonał metropolita Ukraińskiej Prawosławnej Cerkwi Włodzimierz, było głównym akcentem uroczystości w 75. rocznicę Wielkiego Głodu (ukr. Hołodomor). Wielki Głód na Ukrainie, zwłaszcza w południowo-wschodniej części, ale objął też niektóre rejony Rosji, Powołże, Kubań i Kazachstan, w latach 1932-1933 wywołany został decyzjami władz ZSRR, które sprzedały niemal całe zbiory za granicę. Nałożyła się na to wymuszona kolektywizacja, zakaz podróżowania czy tzw. „dekret o pięciu kłosach”, na mocy którego śmiercią lub wieloletnim łagrem karano tych, którzy uszczknęli cokolwiek z kołchozowego pola. Pamięć ofiar Wielkiego Głodu uczczono ogólnonarodową chwilą ciszy i zapaleniem przez prezydenta Juszczenkę „Niegasnącej świecy”. W Polsce także się za nie modlono. 27 listopada Arcybiskup lubelski i chełmski Abel przed budynkiem Trybunału Lubelskiego odsłużył w ich intencji panichidę.
   
   Życie nauczyło ją, że człowiek może przetrwać wiele. Silny charakter sprawił, że przeżyła Hołodomor, budowała kolej pod Leningradem, pracowała w kopalni w Donbasie, fabryce w Niemczech, przemyśle tekstylnym w Manchesterze i samochodowym w Oshawie w kanadyjskiej prowincji Ontario. Tu, własnymi rękami, założyła stuakrową farmę i zbudowała dom na nowej ziemi.
   Fenia Samochin-Klen nie zna dokładnej daty swych urodzin. Metryki zaginęły w koszmarze stalinizmu. Na pewno urodziła się w 1918 roku, ale w roku 1955, emigrując do Kanady, chciała pracować w otwierającej się fabryce wielkiego koncernu samochodowego. Starszych nie przyjmowali, więc odmłodziła się o kilka lat. – To sekret – uśmiechając się puszcza do mnie oko prawie – w co trudno uwierzyć – dziewięćdziesięcioletnia kobieta.
   W listopadowe niedzielne popołudnie spogląda na płomień palącej się świecy. – Ciii, proszę popatrzeć, jak intensywnie płonie – szepcze z zadumą.
   Dzieciństwo w rodzinnej Radaliwce niedaleko Krzemieńczuka w rejonie Hłobyn było spokojne, dopóki nie nadszedł okres kolektywizacji. Semen Klen, ojciec dziewięciorga dzieci, gospodarujący na siedmiu hektarach, opierał się przystąpieniu do kołchozu. W okolicy tworzono ośmio-dziewięcioosobowe brygady.
   – Odebrano nam wszystko, abyśmy umarli – mówi. – Rozkułaczano wszystkich, od takich jak my bidniakiw po najbogatszych kurkuli.
   W lipcu 1932 roku Semena Klena uwięziono w Krzemieńczuku.
   Jesienią na wschodniej i centralnej Ukrainie rozpoczął się Wielki Głód, nazywany Hołodomorem, który pochłonął trzy i pół miliona ofiar (niektóre źródła podają nawet dwa razy tyle). Nie zapłacono pracującym cały rok kołchoźnikom, choć latem 1932 roku był wielki urodzaj. Wszystko sprzedano za granicę.
   – Dzieci, idzie głód, zakopmy skrzynie ze zbożem – zarządziła matka.
   Drabinę, po której można było dostać się na strych, gdzie składowali kukurydzę, Fenia celowo ukryła daleko w krzakach. Nachodzący ich aparatczycy kołchozowi odchodzili więc z niczym. Niewielkim nakładem, z własnych uli, zrobili skrzynie, do których nasypali ziarno. Dwadzieścia skrzynek ukryli w hektarowym sadzie.
   – Każdej nocy odkopywaliśmy jedną z nich, żeby nabrać miseczkę kukurydzy i ugotować kaszę. A wciąż do nas przyjeżdżali, długimi kijami nakłuwali ziemię przy domu, sprawdzając czy niczego w niej nie ukryto. Z czasem w zacieraniu śladów pomagał mróz i śnieg.
   – Czym wy żyjecie? – pytano podczas takich kontroli. – Duchem Świętym – któregoś razu Fenia odpowiedziała butnie, za co jeden z oprawców omal jej nie pobił. – Zabobony jeszcze w sobie nosisz – warknął ironicznie.
   Jednak jedzenia nie wystarczało. Matka zarabiała na chleb, chodząc osiem kilometrów do kołchozu, żeby wyplatać ludziom swetry i rękawice. Przewodniczący kołchozu, wiedząc że nadchodzi głód, nie dał wywieźć zboża. Rozdał je kołchoźnikom, za co został rozstrzelany.
   W grudniu 1932 roku Fenia z rodzeństwem pojechała zobaczyć ojca. W Krzemieńczuku sowieci nasypali na placu wielki jak góra piasku stos pszenicy. Nadeszła zima, pod śniegiem zboże zaczęło gnić. Stos obstawiono uzbrojonymi żołnierzami. Strzelali, kiedy głodujący przychodzili, żeby sobie nabrać choć trochę.
   – Widziałam, jadąc do ojca, jak dymiącą z zepsucia pszenicę wywożą, żeby wrzucić do Dniepru.
   Ojciec był tak chudy, że skóra wisiała na kościach. Rodzinie nie wolno było ani dotknąć, ani przywitać się z więźniem. Dzielił ich blat stołu. Z osłabienia mówił szeptem. Dowiedzieli się, że sowieci w jednej celi, w której nie otwierano okien ani drzwi, przetrzymują dwudziestu pięciu więźniów. W kącie stała, służąca za sanitariat, beczka. Pewnego razu zemdlonego Semena wyniesiono do kostnicy. Ocknął się bez butów, w samych kalesonach. Straże zaprowadziły „nieboszczyka” z powrotem do celi.
   – Puśćcie tatę, zaniesiemy go do domu na rękach – błagały strażników przerażone dzieci, którym kazano przyjść nazajutrz. Rankiem powiedziano im, że już został pochowany. – Teraz musimy się trzymać razem, żeby nie umrzeć z głodu – powiedziała matka.
   Fenia, najstarsza z rodzeństwa, przyrzekła sobie, że zrobi wszystko, żeby
   
   
uratować rodzinę.

   
   W domu, razem z matką, zostało ich sześcioro. Najmłodsza Luba miała trzy lata.
   Godność ludziom odebrano znacznie wcześniej. W 1926 roku miejscową cerkiew zamieniono na magazyn zbożowy. Miała osiem lat, ale pamięta, jak o. Marczenko uciekł, unikając zsyłki. Jego syna i córkę wywieziono na Syberię. Podobny los spotkał nauczycieli. Dopiero w 1933 roku otwarto szkołę, do której odprowadzała młodsze rodzeństwo. Przerosła Fenia opiekowała się rodziną. Edukację skończyła na pierwszej klasie w 1926 roku. Nauczyła się czytać i pisać. Matka uważała, że skoro potrafi napisać list, to w życiu nie zginie.
   Wiosną 1933 roku wyszukiwała jaja dzikich kaczek i czajek, a nawet wykopywała zgniłe ziemniaki. Po odczyszczeniu, odkrojeniu skórki, ze środka można było wybrać zielony krochmal i ususzyć na mąkę. Z ptasich jaj i zielonej mąki piekła ołatki, rozdzielając każdemu równo, po jednym. Luba nie zjadała wszystkiego, więc Fenia chowała jej porcję do kieszeni, by dać potem najbardziej potrzebującemu. Kiedy skończyły się zapasy, ludzie zaczęli jeść wszystko. Pewnego razu zniknął im pies. Brat zobaczył go uwiązanego u sąsiadów i uratował. Następnym razem jednak psinę zjedli.
   Któregoś razu na podłodze domu sąsiadów zobaczyła zakrwawioną kobietę. Błagała o coś do zjedzenia. Była tak osłabiona z głodu, że szczury poobgryzały jej uszy i nos. Następnego dnia zobaczyła, jak mąż wynosił jej ciało. Jakiś czas potem na drodze spotkała przepełniony trupami wóz z chutoru. Ręce i nogi zwisały z niego bezwładnie. Konie ugrzęzły w glinie i trzeba było wszystkie ciała wyładować.
   Wkrótce okazało się, że ciała wywożono do niedalekich urobisk glinianych i przykrywano gliną. Późną wiosną zaroiło się tam od robactwa, węży i jaszczurek, że nie sposób było podejść.
   Bała się podchodzić nawet do leżących na ziemi. Natomiast przed ludźmi napotykanymi na drodze uciekała przerażona. – Dzieci, nie chodźcie nigdzie – przestrzegała matka, bo dochodziły słuchy o przypadkach kanibalizmu.
   
   
Zaczęły się polowania na ludzi.

   
   W sąsiedztwie, w błotnistej dolinie, gdzie rosła trzcina, mieszkał Marko Winiczenko. Wiosną 1933 roku chodzili zbierać słodkie bazie tej trzciny. Winiczenko miał czworo dzieci. Syna w wieku Feni, o dwa lata młodszą córkę i dwoje młodszych w wieku trzech i półtora roku. Zaniepokojona, powiedziała mamie, że od wiosny nie widziała żadnego z nich. – Może ci się tylko tak wydaje – uspokoiła matka.
   – Chodź Feniu, pójdziemy na słodkie bazie – pewnego razu zaproponowała młodsza Olena.
   Obok podwórza Winiczenków spotkały gospodarza. – Wejdź Olena do nas, żona chce cię zobaczyć – złapał dziewczynkę za rękę. Fenia zabroniła siostrze iść za nim. Tydzień wcześniej widziała uciekającą od nich przez okno, w podobny sposób zwabioną, kobietę. Weszła napić się wody, a wtedy Zina Winiczenko zabarykadowała drzwi, Marko zaś rozglądał się za nożem. Zdesperowany, zaczął gonić uciekinierkę. Kobietę uratowało nadejście woźnicy z wywożącym trupy wozem. Wkrótce Fenia zobaczyła, jak wynoszą z domu ciała Winiczenków i dwójki młodszych dzieci. Pod podłogą znaleziono kości i czaszki starszych.
   Innym razem, odprowadzając do szkoły młodszą siostrę, usłyszała dziwne pohukiwanie. To wdowa Nastia zachęcała: – Dzieci, wejdźcie do mnie! Dam wam jeść.
   Jedna z dziewcząt dała się namówić. Nadaremnie czekały na nią koleżanki. W szkole powiedziały, gdzie Hala poszła. Nauczycielka zawiadomiła milicję. Pod stołem odkryła ona zabite dziecko, przykryte niecką. Okazało się, że wygłodniała kobieta oślepiła dziewczynkę wrzątkiem, a potem udusiła. Nie było to jej pierwsze morderstwo.
   – W naszym chutorze mieszkało trzydzieści sześć rodzin. Pamiętam wszystkich, dorosłych i dzieci, z którymi wypasaliśmy bydło. Wszyscy poumierali – wspomina. Przeżyła jedynie w oddalonym o pół kilometra domu kobieta z dwojgiem dzieci. W rodzinie Klenów, dzięki zabiegom Feni, przeżyli wszyscy. W krytycznych momentach ratowano się przed śmiercią, zjadając liście na krzakach. Uratowało ich też to, że dom stał na chutorze, bo gdyby mieszkali w samej wsi, na pewno by nie przeżyli.
   Wiosną posadzili trochę grochu, który matka skrzętnie ukrywała, bo zabrali jej wszystkie inne nasiona. Nadal trwały rewizje, kończące się pytaniem, dlaczego nie zdechli? Głód minął, kiedy latem urosło na polach zboże.
   – Nie czekaliśmy, aż dojrzeje. Zrywaliśmy zielone kłosy.
   Nocą chodziła i zrywała, a po wysuszeniu, mieliła na mąkę w żarnach. Następnie mieszała ze zmielonymi wyłuskanymi kolbami kukurydzy, wypiekając z tego placki. Matka, od czasu do czasu, przynosiła zarobione wiaderko ziemniaków, buraków lub chleb.
    Rodzina Klenów długo nie przystępowała do kołchozu. Mimo rozgrywającego się wokół dramatu wciąż ich nachodzono. – Mamo, trzeba zapisać się, bo nie dadzą nam żyć – prosiła.
   Każdorazowo zabierano im i niszczono nawet łyżki i miski, bo ściany domu od dawna były puste. W końcu zapisali się wiosną 1934 roku. Odtąd pracowała w kołchozie i niespodziewane wizyty skończyły się. Z natury pracowitej dziewczynie, w jeden dzień wypracowującej dwudniową, a niekiedy trzydniową normę, dopisano premię. Zarobiła siedemdziesiąt pięć rubli i kilka worków zboża.
   – Kiedy ścina się drzewo, trzeba wyrwać też korzenie – wmieszał się działacz partyjny, nawiązując do historii Semena Klena. Powiedział, że jego dzieci też są wrogami, bo długo opierały się wstąpieniu do kołchozu. Pozostali kołchoźnicy nie szczędzili Feni pochwał za pracowitość, ale zrugana młoda dziewczyna wstydziła się.
   Tymczasem naliczono im dwusturublowy podatek za mieszkanie we własnym domu. Matka musiała hodować króliki i sprzedawać w mieście, aby uniknąć wyrugowania.
   – Powiedziałam mamie, że w kołchozie dalej pracować nie będę i pojechałam do Leningradu, budować linię kolejową.
   Od sierpnia 1935 roku wraz z sześcioma dziewczętami z Radoliwki pracowała w ciężkich warunkach
   
   
pod Leningradem.

   
   Młode robotnice ulokowano w lesie w prowizorycznych namiotach z brezentu. Wszędzie hulał wiatr. Przyszedł listopad, napadał śnieg, a dziewczętom powiedziano, że zimę spędzą w namiotach.
   – Już po nas – przeraziła się Fenia, bo rano miała na sobie pierzynę ze śniegu. Zdecydowała się wrócić. Koleżanki przy niej czuły się bezpiecznie i same nie chciały zostać. Nakazała dziewczętom, by nie mówiły o planowanej ucieczce. W mroźny listopadowy wieczór wróciły wieczorem z pracy i zamiast spać, zabrały niewielkie walizki i uciekły. Na stacji chciały kupić bezpośredni bilet do Krzemieńczuka, ale kolejka do kasy była podwójna. Uciekających przed pracą w zimie było dużo więcej. Obrotna dziewczyna bezskutecznie próbowała wcisnąć się do kolejki. Koleżanki siedziały na walizkach i czekały. Grupą zainteresował się wyrozumiały, jak się okazało, milicjant i zapytał, dokąd uciekają. Powiedziała prawdę, a on, wskazał jej okienko, gdzie sprzedawano bilety do pobliskich stacji. Poradził kupić bilet do pierwszej stacji, byle się wydostać i ostrzegł przed depczącą im po piętach milicją.
   Utknęły na trzy dni pod białoruską granicą. Brakowało biletów, ale kiedy przejeżdżały pociągi, widziały dużo wolnych miejsc. Płaczącymi dziewczynami zainteresowali się pracujący na kolei mężczyzna z kobietą, jak się okazało Ukraińcy.
   Kolejarz postukał w okienko, nakazując sprzedać dziewczętom bilety. Wydano tylko cztery. Pociąg nadjechał i w pośpiechu wskoczyły do wagonu, płacząc za dwiema koleżankami pozostawionymi na peronie. Na pierwszej stacji w oknach sąsiedniego wagonu ujrzały znajome głowy. Ich radość nie miała końca.
   W komplecie w ciągu ośmiu dni, z przesiadką w Krzemieńczuku, dotarły do Hłobyna. Pieniędzy wystarczyło jedynie na bilet, więc nie mając nic do jedzenia, piły tylko wodę. Z Hłobyna do domu było sześćdziesiąt kilometrów, ale nie miały sił iść pieszo. Fenia znów przejęła ster w swoje ręce i z jedną z dziewcząt poszły po prośbie.
   – Ciociu, czy możemy dostać coś do jedzenia – zapytała kobietę przy studni. Poprzednia zatrzasnęła im drzwi przed nosem. Ta wyniosła ogromny bochen chleba. Dziewczyny chciały rzucić się do jedzenia, ale Fenia pamiętała, jak matka podczas Hołodomoru pouczała, że szybkie zapełnienie wygłodzonych jelit może zakończyć się śmiercią. W półgodzinnych odstępach wydzielała im po kawałeczku. Zaprowadziła też na stację, gdzie zwożono zboże. Spotkały tam wóz z odległych o dwanaście kilometrów od Radaliwki Wielkich Krynek. Stamtąd szły pieszo. Dziewczęta rozeszły się do domów, zmartwiona Fenia usiadła pod lasem i do zachodu słońca rozmyślała, że tym razem nie pomoże owdowiałej matce. Wstydziła się, że wraca z pustymi rękami.

   
   Anna Rydzanicz
   zdjęcia archiwalne wydawnictwa Tyrsa, współczesne autorka
   

Opinie

[1] 2010-03-02 15:19:00 Korwin
Pouczający artykuł - szczególnie dla wszystkich narzekających na polski "ucisk".Trzeba mieć miarę w swoich osądach.
[2] 2010-03-06 03:51:00 Tomek
Porównanie niczego nie udowadnia.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token