Numer 11(281)    listopad 2008Numer 11(281)    listopad 2008
fot.Andrzej Jekaterynczuk
Nie piszę już wspomnień
Anna Rydzanicz
Kiedy niespełna czterdziestoletni o. Aleksander Dubec przyjechał w styczniu 1966 roku do Sanoka, zaczął prowadzić, dzień po dniu, zapiski ze swego niełatwego, narażonego na represje, będące wynikiem polityki państwa wobec Cerkwi i mniejszości ukraińskiej, życia kapłana. Niestety, całe jego archiwum spłonęło w cerkwi katedralnej, podpalonej w 1995 roku. Zapiski dotyczące m.in. odebranej cerkwi w Polanach i innych newralgicznych miejsc przyszłej diecezji przemysko-nowosądeckiej, strawił ogień. – Od tamtej pory nie piszę wspomnień – wyznaje arcybiskup Adam. W kancelarii sanockiej rezydencji zasłużony hierarcha, obchodzący 30 października ćwierćwiecze ingresu na sanocką katedrę, wraca pamięcią do ważnych miejsc swego życia.
   
   
KRYNICA LAT MŁODOŚCI

   
   Do szkoły w Krynicy chodziłem z latach 1940-1943. Wtedy przejść dwadzieścia kilometrów w obydwie strony przez Berest i Polany do Florynki, to było dla mnie nic. Zjadłem obiad w stołówce szkolnej, zarzuciłem torbę na plecy i do domu. Mama dawała mi chleb domowego wypieku. Po powrocie zaraz dzieliłem się nim z kolegami i szliśmy grać w piłkę.
   Krynica była wtedy inna. To był kurort czasu wojny. Wszystkie sanatoria zamieniono na szpitale wojskowe. Niemieccy żołnierze leczyli tam głównie nabyte pod Moskwą odmrożenia. Nie mieli nosów, uszu, często kończyn. Później, gdy zaczęły się bombardowania Niemiec, do Krynicy na turnusy przyjeżdżała młodzież z Hitlerjugend.
   Pamiętam też Nikifora. Siadywał na deptaku i malował dziesiątki prac dziennie. Przechodziłem obok niego dwa razy, w drodze do i ze szkoły. Nikt na niego zwracał uwagi. Obiady jadał u majętnego Łemka Krynickiego w Krynicy wsi, właściciela tartaku, młyna i folusza, którego spotkałem po latach we Lwowie. Zapłatą były dzieła, które zostawiał na stole, a pani Krynicka paliła nimi w piecu.
   
   
WYSIEDLENIE

   
   W kilku słowach trudno opowiedzieć. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że opuszczamy Florynkę na zawsze. Tliła się w nas myśl, że kiedyś wrócimy. Nikt nie przypuszczał, że można nas bez dania racji wyrwać ze swojego gniazda i osadzić na piaskach. W Michałowie przez kilka tygodni nic nie robiliśmy, uznając pobyt tam za przejściowy. W domach nie było okien ani drzwi. Pozasłanialiśmy otwory kocami i tak wegetowaliśmy. Nie wiedzieliśmy, że jesteśmy pod stałą obserwacją służb bezpieczeństwa. Władza zwołała zebranie, na którym przekonywano nas, że powrotu nie ma i nie będzie. Któraś z kobiet odparła: – My i tak będziemy wracać. – Kobietko, nim dojedziesz, już cię zatrzymają i posadzą w Jaworznie. Nie zobaczysz ani męża, ani dzieci – odpowiedział prowadzący zebranie.
   Wyszliśmy stamtąd bardzo przygnębieni, z opuszczonymi głowami. Na bocznej drodze czekały dwa samochody milicji, bo a nuż „Ukraińcy” zaczną rozrabiać. Wtedy zrozumieliśmy, że naprawdę nie ma na razie powrotu.
   – Chłopcy, pójdziemy do Chojnowa, bo ludzie mówią, że miasto jest prawie opuszczone i można stamtąd przywieźć drzwi i okna – powiedział dziadek Jan Koziar.
   Pojechaliśmy. Rzeczywiście było pusto. Drzwi i okna prawie wszędzie pootwierane. Mnóstwo papierów walających się po ulicach i domach. Wszystko rozszabrowane. Jak po rewizji albo rabunku. Meble stały z rzadka, przez dwa lata cenniejsze zdążono wywieźć. Trafiliśmy do dużego domu z wielkimi drzwiami i oknami. Nie pasowały, ale po drugiej stronie stały mniejsze domki. – Może stamtąd będą lepsze – zaproponował dziadek. Rozszabrowaliśmy jeden domek. Załadowaliśmy wóz drabiniasty drzwiami. Do tego dołożyliśmy jeszcze dwa tapczany, krzesła i dwa stoły. Nakryliśmy wszystko kocami. Po drodze nikt nas nie zaczepiał. Gdy zjechaliśmy z głównej drogi, prowadzącej w kierunku Lubina, nie wiedzieliśmy, gdzie skręcić na leśnym skrzyżowaniu. Dziadek Jan poradził: – Puść lejce, konie same pójdą. Tak zrobiłem i wkrótce znaleźliśmy się na naszym podwórzu.
   W ten sposób zrobiliśmy remont domów, postawiliśmy piece i poszliśmy szukać chleba. Wokół pracy było wiele, bo i wsie były zamożne. Na białych piaskach Michałowa Niemcy głównie wypasali bydło. Przez całą jesień w Szczebnicy i Chocianowie, który wtedy nazywał się Kaczanowem, pracowaliśmy na roli, a gospodarze płacili nam zbożem. W 1947 roku zasialiśmy już własną oziminę.
   
   
SEMINARIUM

   
   Przeżyłem na zachodzie do 1956 roku. W maju zmarła mama, a siostra była już mężatką. Dopiero wtedy zdecydowałem się pójść do seminarium. Już w 1948 roku władyka Michał Kiedrow, kiedy nas wizytował, a nie było jeszcze seminarium, chciał mnie zabrać jako kielejnika, przyuczyć i wyświęcić, ale wtedy jeszcze nie czułem, że mogę być duchownym. Powołanie przychodziło stopniowo. Widocznie taka była Wola Boża. Nie byłem piętnastoletnią dzieciną. Musiałem prosić i szukać protekcji, żeby mnie przyjęto.
   W 1957 roku pojechaliśmy z seminarium na Ukrainę, z pielgrzymką. Dwie noce spędziliśmy w „Intouriście” we Lwowie. Na wsi pod Lwowem miałem wujka Iwana Haburę, poprosiłem więc rektora, by mnie zwolnił. Pojechałem do niego, a ten niegdyś bardzo majętny człowiek, posiadający służbę, jeżdżący piękną bryczką i podpisujący kontrakty, stał na podwórzu obok skromnej dwukółki, na Łemkowszczyźnie zwanej taradajką, nad którą pochylał się jakiś człowiek.
   – Sława Isusu Chrystu – powiedziałem. Wuj popatrzył na mnie dorosłego, ubranego elegancko w koszulę, z płaszczem przewieszonym przez ramię. – Sander – ucieszył się i rozpłakał.
   Tym drugim człowiekiem okazał się, niegdyś goszczący Nikifora, bogacz Krynicki. Wuj dowoził wodę mineralną do hotelu „Intourist”. We Florynce na taką taradajkę nawet by nie spojrzał. Chciał mnie ugościć, ale nie miał pieniędzy. Poszedł do zakładu fryzjerskiego na drugą stronę ulicy pożyczyć pieniądze, ale wrócił z niczym. Poszliśmy do kiosku, kupiłem dwa wina, usiedliśmy i porozmawialiśmy. Na odchodnym oddałem płaszcz. Bardzo ciężki los ich tam spotkał. Duchowo też nie czuli się u siebie. Na Łemkowszczyźnie dla Polaków byli banderowcami, a tam Ukraińcy nazywali ich „Polaczkami”. Tu wyganiano niby do swoich, a „swoi” ich nie zaakceptowali.
   
   
WYSOWA

   
   Po ukończeniu seminarium planowano posłać mnie na Łemkowszczyznę, ale ja chciałem jeszcze studiować w akademii. Dopiero po obronie pracy magisterskiej przyjechałem do Wysowej, mojej pierwszej parafii. Byłem tam niedługo. Chodziłem na Świętą Górę Jawor, gdzie odprawiałem nabożeństwa. Pamiętam jak jesienią 1964 roku, na nabożeństwie 14 października było ze trzydzieści osób. Kult Bogarodzicy rozwijał się stopniowo. Kiedy przyszedłem, zdewastowaną kaplicę już odremontowano, ale ściany jeszcze były czarne. Później, już gdy mnie tam nie było, profesor Stalony-Dobrzański przysłał studentów, aby wykonali wewnątrz polichromię. Bywało, że na Górę Jawor trzy razy w tygodniu chadzałem odprawiać liturgie w czyjejś intencji. Z prośbą o nie przysyłano listy z Ameryki. Szliśmy z psalmistką Makarą i prysłużnikiem. Chciałem wtedy, aby na święto Apostołów Piotra i Pawła odbywały się tam nabożeństwa. W tamtych czasach każdorazowe wejście na Górę trzeba było meldować w jednostce WOP-u. Na początku lat 50. trzykrotnie pogranicznikom wydawało się, że kaplica na górze płonie. Komendant wysyłał żołnierzy, żeby poszli sprawdzić. Na miejscu okazywało się, że wszystko jest w porządku. To sprawiło, że przestali załatwiać tam swoje potrzeby fizjologiczne. Opowiadał mi o tym Dzioł Ferenc. Tak naprawdę miał na imię Jan. Przez długie lata mieszkał w Stanach Zjednoczonych, gdzie od imienia John został Dziołem. Ten bardzo oczytany człowiek świadomie przyjął prawosławie. W Wysowej nie było plebanii. Zamieszkałem u starszego małżeństwa Daniela i Zenobii Demczków, a Dzioł przychodził z wizytą. Zaskoczył mnie swoją wiedzą na temat działalności św.św. Cyryla i Metodego i początków chrześcijaństwa na Podkarpaciu. Temat był mi bliski, bo pracę magisterską pisałem o początkach chrześcijaństwa na ziemiach polskich. Podczas pierwszej wizyty zostałem ostro przeegzaminowany. Kiedy wychodził, w sieni Demczko pyta: – No i jak? – Może byty – odpowiedział Dzioł. Tak osobliwego przyjęcia nie zapomnę nigdy. Żal było zostawiać Łemkowszczyznę i Wysową, przypominającą mi rodzinną Florynkę, z takim samym językiem i zwyczajami. Zostawiałem góry, potoki i lasy, wiedząc że Kalników leży na nizinnym, podmokłym terenie.
   
   
KALNIKÓW

   
   We wsi sytuacja wyznaniowa była skomplikowana. W 1944 roku ostatniego duchownego unickiego przesiedlono na wschód. Przez jakiś czas ludzie nie chodzili nigdzie. Potem, aby uniknąć przesiedleń, metryki poprzenosili do kościoła. Okoliczne wsie, zamieszkałe przez ludność ukraińską, zostały wysiedlone przez wojsko. Cerkiew sprzedano za pięćset złotych Michałowi Polnemu i tylko dzięki temu uniknęła rozbiórki. W 1956 roku powstał we wsi oddział USKT, a w 1958 roku parafię zakładał o. Baranow. Wtedy zaczęła się walka o wiernych. Proboszcz rzymskokatolicki sprowadził unickiego duchownego, profesora seminarium w Przemyślu. Przez trzy niedziele odprawiał on nabożeństwa w miejscowym kościele, w głoszonych po ukraińsku kazaniach powtarzając, by ludzie nie ważyli się pójść do Cerkwi prawosławnej, bo trafią do piekła. Kobiety w płacz i większość Ukraińców została w parafii rzymskokatolickiej. Rozdział konfesyjny podzielił rodziny. Dochodziło do awantur pomiędzy braćmi. Jedni drugim wlewali ropę do studni. Podstępnie zaaresztowano nawet psalmistę Stefana Ferka, bo spodziewano się, że w ten sposób rozpadnie się parafia. Oficer straży granicznej w cywilu podszedł do psalmisty i poprosił, by ten podprowadził go na drugi koniec wsi, do granicy. Kiedy wrócił do domu, pogranicznicy czekali na niego. Aresztowanemu psalmiście urządzono pokazowy proces i za wskazanie granicy państwa skazano na rok więzienia. Prowokator świadczył w sądzie przeciwko niemu.
   Kalników był też specyficzną parafią. Starsi parafianie byli wychowani w tradycji rusofilskiej. Młodsze pokolenie bardziej skłaniało się do określenia – „Ukrainiec”. Silnie przywiązani do cerkwi i starego rytu, nie chcieli, aby cokolwiek zmieniać.
   – Nikt niczego nie będzie wam zmieniać – zapewniłem – bo w grekokatolickiej parafii zachował się prawosławny obrządek sprzed unii. Co wy tu macie katolickiego? Jedynie to, że odprawiacie majowe nabożeństwa, moleben do Serca Jezusowego, no i śpiewacie Filioque. Po wyeliminowaniu tego pozostaje czysty ryt prawosławny.
   Któregoś razu latem przyszli do mnie z półlitrówką i zaczęli śpiewać przy otwartych oknach patriotyczne pieśni. Nie śmiałem im zwrócić uwagi. Po drugiej stronie ulicy mieszkała M., Polka, wdowa po inżynierze Ukraińcu. Ludzie mówili, że donosi. Następnego ranka, a odprawiałem liturgię o szóstej rano, bo tak pasowało psalmiście, który na ósmą szedł do pracy, czekała na mnie. – Księże, ksiądz taki młody, szkoda księdza. Tu po ulicy kręcą się różni ludzie. Dobrze, że wczoraj nie było nikogo. Niech ksiądz nie pozwala tak śpiewać, bo to się komuś może nie spodobać, a szkoda żeby księdza spotkało to samo, co księdza Poliszczuka. Cóż, ludzie ostrzegali mnie przed nią, a ona ostrzegała mnie przed nimi.
   Zżyłem się bardzo z parafianami. Ich patriotyzm, przywiązanie do narodu oraz Cerkwi, ujmowały za serce. Niestety, po niespełna roku musiałem ich opuścić.
   
   
SANOK

   
   W listopadzie 1965 roku zostałem skierowany do Sanoka. Prawdę powiedziawszy nie chciałem jechać, wiedząc że znajdę się w niezręcznej sytuacji. Przede mną proboszczem był o. Jan Lewiarz, powiązany z służbami bezpieczeństwa. Zależało im na zatrzymaniu „ich” proboszcza. Za mną obstawał metropolita. Był jednak ze mną Bóg i dobrzy ludzie, więc udało się pokonać trudności. O. Lewiarz otrzymał dekretem parafię w Zapałowie, ale tam go nie chcieli, więc nadal mieszkał w Sanoku. Dostał dekret na inną parafię oraz propozycję powrotu do Zimnej Wody, ale i z tego nic nie wyszło. Do Sanoka przyjechałem w styczniu 1966 roku. W budynku żeńskiego internatu Technikum Ekonomicznego, od strony cerkwi, o. Lewiarz miał pokój z kuchnią z osobnym wejściem. Ponieważ nie wyprowadził się, wynająłem mieszkanie u pani Czaporowej. Nie chciano mnie tam zameldować. W biurze meldunkowym pokazuję dekret, a urzędniczka na to: – Niech ksiądz przyjdzie za dwa tygodnie, bo nie mam druczków. Za dwa tygodnie znowu nie było druczków. Kiedy za trzecim razem usłyszałem to samo, zrozumiałem w czym rzecz. – Proszę, niech mi pani otwarcie powie, że nie ma zezwolenia na zameldowanie mnie? – To ksiądz powiedział, nie ja.
   Poszedłem do Dańczyszyna, przewodniczącego Powiatowej Rady Narodowej. Po przyjeździe do miasta byłem u niego z wizytą kurtuazyjną. – Doskonale o wszystkim wiem. Niech ksiądz się nie martwi i spokojnie czeka. W tej sprawie muszą zadecydować wasze władze najwyższe.
   Zadzwonił do mnie władyka Sawa, wówczas dyrektor kancelarii metropolitalnej. – Co tam narozrabiałeś? Wsiadaj jak najszybciej w pociąg do Warszawy! – Dzisiaj pociąg już odjechał – odpowiedziałem. – Wsiadaj w jakiś, bo musisz tu być jutro! – Niestety, będę pojutrze.
   Następnego dnia wieczorem dotarłem na miejsce. Władyka Stefan przechadzał się w milczeniu po pokoju. – Władyko, co się stało? – zapytałem zaniepokojony.
   – Jak ty się tam prowadzisz? Tak wielkie w tobie pokładałem nadzieje, a tu muszę zabrać cię z Sanoka, bo prowadzisz się niemoralnie! Widziano cię w towarzystwie źle prowadzących się panien, pijanego w jakiejś knajpie?! Są zalecenia, że aby ratować honor prawosławia, trzeba cię zabrać.
   Uśmiechnąłem się i mówię: – Wasza Eminencjo, to zwykłe oszczerstwa. Nie wiem nawet, gdzie się znajduje knajpa. Znałem drogę tylko do cerkwi i mieszkania pani Czapor, u której mieszkałem, na pocztę i dworzec kolejowy. – Tak myślałem, ale nie byłem pewny – rozchmurzył się metropolita. – Tyle lat mnie znacie, czy kiedykolwiek zrobiłem coś podobnego. – Idź, ale musisz twardo się bronić, bo zarzucają ci okropne postępki – pobłogosławił metropolita.
   Rano poszedłem do Urzędu do Spraw Wyznań, do pana Dusika, dyrektora wydziału, i pana Kuryłowicza, zajmującego się Kościołami niekatolickimi. W gabinecie oprócz niego siedział minister Skarżyński i dwóch urzędników, od razu domyśliłem się, że to UB-owcy. Poprosili, żebym usiadł.
   – Księże dziekanie – zwracają się do mnie, pełniłem wówczas obowiązki dziekana sanockiego. – Jak księdzu się tam żyje? Niech ksiądz opowie coś o Sanoku. Od razu wiedziałem, w czym rzecz i powiedziałem im czystą prawdę, jak wygląda mój dzień. – O siódmej idę na nabożeństwo. Po dziewiątej wracam i robię sobie śniadanie. Później albo coś czytam, albo piszę.
   – A jak ksiądz wyjeżdża? – Przeważnie pociągiem albo autobusem. – A gdzie ksiądz jada obiady? – Obiady podaje mi gospodyni, u której mieszkam. – A na miasto ksiądz nie wychodzi? – Nie mam potrzeby, zakupów nie robię – zaspokoiłem ich ciekawość. Przedstawiono obciążające mnie zarzuty. Wyciągnąłem notes, gdzie dzień po dniu opisywałem mój pobyt w Sanoku. Jeden z nieznanych mi panów przejrzał go. Mimo krzyżowych pytań moje wypowiedzi były spójne, rzeczowe, logiczne. Mówiłem szczerą prawdę. W końcu uwierzono mi.
   Wróciłem z Warszawy niby oczyszczony z zarzutów. Nie wszystkim się to podobało. Gdzieś miesiąc później miało miejsce spotkanie w Prezydium Powiatowej Rady Narodowej. Przysłano po mnie gońca. Założyłem sutannę i poszedłem. Z gabinetu wyszedł przewodniczący Dańczyszyn, uścisnął rękę i kazał czekać, ponieważ nie skończyła się jeszcze narada. Przez uchylone drzwi jego gabinetu zobaczyłem, że są tam panowie Kiryłowicz, Dusik i Chlebuś, dyrektor Wydziału do Spraw Wyznań z Rzeszowa. Za pół godziny poproszono mnie do środka. (cdn)

   
   wysłuchała Anna Rydzanicz
   fot. autorka
   

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token