Numer 7(277)    lipiec 2008Numer 7(277)    lipiec 2008
fot.
Męczennik Mikołaj
Ałła Matreńczyk
Ołeksander Borowik z Równego przyjeżdża na Chełmszczyznę od 15 lat, na Chełmskiej Ikony Matki Bożej i na turkowickie święto. Przyjechał do Chełma także w tym roku – na dzień Męczenników Chełmskich i Podlaskich, przyjechał, by pokłonić się ikonie swego brata.
   
   Bo to właśnie jego brata, 22-letniego Mikołaja Borowika, włączył w kwietniu do Soboru św. Męczenników Chełmskich i Podlaskich Synod naszej Cerkwi.
   Jego ikonę uroczyście wniesiono na środek chełmskiej świątyni.
   – Spójrzcie na tę ikonę – mówił do zebranych biskup Michajłowic Jerzy. – Czy widzicie na niej wybitnego męża, teologa, mnicha bądź pustelnika? Nie. Widzimy prostego chłopaka, który tu żył, pochodził z tej ziemi, żył jej radościami i smutkami. Czy jego sąsiedzi, ludzie, którzy go znali, kiedykolwiek pomyśleli, że tak blisko nich mieszka święty? Nie. Ale ten zwyczajny młody człowiek w przełomowej chwili nie wyrzekł się swojej wiary prawosławnej. Bo o tym nie trzeba filozofować, o tym nie trzeba mówić, trzeba prawosławiem żyć, prosto i bez patosu, po to by znaleźć w sobie taką wewnętrzną siłę, która bije z twarzy nowego męczennika.
   Słuchał tych słów Ołeksander Borowik, słuchali wierni z kraju i zza wschodniej granicy, duchowni, mnisi, hierarchowie. A do Chełma, starego grodu kniazia Daniła, na piąte już święto Męczenników Chełmskich i Podlaskich, obchodzone w tym roku pierwszego czerwca, przybyli metropolita Sawa, arcybiskup Abel, biskup Michajłowic Jerzy ze Słowacji, biskup siemiatycki Jerzy, archimandryta Iow, dziekan Instytutu św. Sergiusza z Paryża. W sobotę we wsienoszczni wziął też udział arcybiskup Konstanty, rektor Petersburskiej Akademii Teologicznej.
   Św. Liturgii przewodniczył metropolita Sawa.
   – Dzisiaj, kiedy w piątą rocznicę kanonizacji naszych męczenników spoglądamy w przeszłość, możemy powiedzieć „Nikt jak Bóg” – po krestnym chodzie zwrócił się ze słowem do wiernych. – Na zgliszczach, mogiłach, ruinach naszych domów i cerkwi, na zbezczeszczonej naszej ziemi Pan objawił Siebie. Objawił Siebie poprzez tych, których dzisiaj wysławiamy. I mówimy dzisiaj: S nami Bog, razumiejtie jazycy, jako z nami Bog. Dzisiaj też w Ewangelii usłyszeliśmy słowa: „Idź i powiedz, co uczynił ci Bóg”.
   Dzisiaj Pan mówi do nas: „Idźcie i powiedzcie, co uczynił Pan na ziemi chełmskiej, gdzie mała Cerkiew w okresie paschalnym świętuje Paschę męczenników za wiarę”.
   Literatura na ten temat miejscowym ludziom jest dobrze znana, pełno w niej zawziętości i zła, ale „Nikt jak Bóg”. I nasi bracia i siostry, Chołmszczaki i Pidlaszuki, oświecili swoją wiarą zarówno komunistyczny Wołyń, jak i Zaporoże, całą Ukrainę. Dzięki nim tam wiara okrzepła i przetrwała i dzisiaj wraz z nowym pokoleniem rozwija się i kwitnie. „Nikt jak Bóg” – minęły lata i naród ukraiński, zarówno na Ukrainie, jak i tutaj, prowadzi normalne życie.
   Oczywiście potrzeba było wiele wysiłku i wiele cierpliwości, ale dzięki Bogu wszystko powróciło na właściwe tory.
   Dzisiaj objawiliśmy w ikonie młodego człowieka, Mikołaja Borowika, który już w Tarnogrodzie razem ze swoją mamą, siostrą i obecnym tu dzisiaj bratem wiele wycierpiał, ale Pan nie chciał, by tam zginął. Zginął w innym miejscu, bliżej swego domu – siekierą odrąbano mu głowę.
   Takich męczenników mamy tysiące i stopniowo będziemy ich objawiać, jeśli nie nasze pokolenie, to następne będą ich objawiać światu, po to, by świat stawał się inny.
   Serdeczne słowa uznania metropolita skierował pod adresem arcybiskupa Abla.
   – Dziękujemy wam, władyko, za to, że znajdujecie dane archiwalne, którymi dokumentujecie naszą obecność, naszą gospodarność i naszą miłość do tej ziemi.
   Oby Bóg wynagrodził was i wszystkich pomagających wam duchownych zdrowiem i siłami do dalszej pracy. Poprzez poznawanie historii, zachowanie bogactwa duchowego i materialnego minionych pokoleń, jesteśmy i będziemy silni.
   Nie lękaj się Chełmszczyzno, ty nie zginiesz. Tutaj życie się odnawia – nieważna jest ilość, ale jakość. A prawosławnych spotykamy tam, gdzie wydawało się, że już ich nie ma. „Nikt jak Bóg”, który odpowiada na naszą wiarę, na nasze pragnienie, by służyć Mu tam, gdzie nas posyła.
   Wiele osób nie kryło swego wzruszenia. Łez nie wstydził się Ołeksander Borowik.
   Skąd się dowiedział o wpisaniu brata do Soboru Męczenników Chełmskich i Podlaskich? Od syna Andrzeja, który przebywa na studiach doktoranckich w Lublinie. Chodzi tam do cerkwi i władyka Abel mu powiedział. Andrzej natychmiast wysłał list do Równego, do domu.
   – Otwieram kopertę, a tu ikonki mego brata Mikołaja – pan Ołeksander w dalszym ciągu nie może mówić o tym spokojnie. – Przez cały dzień nie mogłem dojść do siebie. W ogóle się tego nie spodziewałem.
   Podczas drugiej wojny światowej Borowikowie, diakon Michajło, matuszka Anna i ich siedmioro dzieci, odkąd Niemcy wysiedlili ich całą wieś Grodysławice, błąkali się to tu, to tam. Ale nie było już spokojnych miejsc na Chełmszczyźnie. Pierwszy napad przeżyli na plebanii w Tarnogrodzie, w 1944 roku, tuż po Kreszczeniji. Wtedy matuszce z dwójką dzieci, córką i najmłodszym synem, właśnie Ołeksandrem, udało się uciec i ukryć w pustej studni. Uciec udało się także starszemu synowi Mikołajowi, choć wcześniej bandyci rozebrali go do naga. Wyskoczył przez okno, był młody, silny, przeżył.
   Wtedy rodzina się podzieliła. Mikołaj ze starszą siostrą i szwagrem poszli do wsi Pininy, rodzice z najmłodszym Saszą do Wólki Pukarzewskiej.
   Tuż przed Paschą bandyci odrąbali Koli głowę, osadzili na kiju i tak po wsi obnosili.
   Jak przyjął wieść o śmierci syna ojciec, diakon Michajło?
   – Nie widziałem jego łez, tata płakał duszą – wspomina pan Ołeksander. – Papa na pewno wiązał z Mikołajem duże nadzieje, brat miał dwadzieścia dwa lata, rozpoczął naukę w seminarium w Chełmie, ale musiał ją przerwać bo wraz z wyjazdem władyki Iłariona szkoła zawiesiła działalność.
   Tacie nie dane było długo przeżywać śmierć Koli. Dzień później, w Wielką Sobotę, bandyci przyszli także po niego. W ostatniej chwili zdołał mnie przykryć kołdrą. Mama chciała bronić papy, ale po silnym uderzeniu w głowę upadła i przez kilka godzin nie odzyskiwała przytomności.
   Diakon Michajło zginął w kilkunastoosobowej grupie – dusili ich łańcuchami od wozu, bili łopatami. I wpół żywych pogrzebali w nieodległym lasku. Chrystos Woskresie – zdołał krzyknąć o. Michajło przed śmiercią.
   Pan Ołeksander wie, kto zabił jego ojca.
   – Wiesz, jak on do końca życia się męczył – opowiadali mu koledzy Polacy o dalszym losie bandyty. – I tyle razy się spowiadał, i tak ciężko umierał.
   Ołeksander Borowik od lat niestrudzenie szuka miejsca pochówku najbliższych. Brata Mikołaja pochowano na starym cmentarzu na kolonii Pinin, ale znaleźć grobu już nie sposób. Łatwiej powinno być ze zbiorową mogiłą, w której spoczywa ojciec.
   W lesie koło Wólki Pukarzewskiej, gdzie go pogrzebano, pan Ołeksander był nieraz – zebrał relacje ludzi, nieraz rozmawiał z naocznym świadkiem, który jako dziesięcioletni chłopiec pasł wtedy krowy w lesie. Ale czas i z ludzką pamięcią, i z lasem zrobił swoje.
   Władyka Abel obiecał, że całą tę grupę niewinnie zamordowanych osób pochowa przy tomaszowskiej cerkwi. Pan Ołeksander nie traci nadziei, że odnajdzie prochy ojca. Przyłączenie brata do Soboru Męczenników Chełmskich i Podlaskich dodało mu sił.
   Opiekę swego dziadka, męczennika o. Bazylego Martysza, całe życie odczuwała Irena Mazurek.
   Jego relikwie znajdują się w cerkwi św. Jana Klimaka na Woli, ale wnuczka jak tylko może przyjeżdża na święto Męczenników Chełmskich i Podlaskich. Przyjechała do Chełma także w tym roku, przyjechała nie sama, lecz ze swoją córką Katarzyną, która przez ostatnie pięć lat opracowywała szczegółową biografią pradziadka. A on swoim życiorysem mógłby obdarować kilka osób. Syn ziemi chełmskiej był najpierw misjonarzem na Alasce, później wraz z rodziną spędził kilka lat na bieżeństwie w Moskwie, po powrocie do kraju przez niemal dwadzieścia pięć lat był naczelnym prawosławnym kapelanem Wojska Polskiego w randze pułkownika. Ani sutanna, ani mundur nie ochroniły go przed męczeńską śmiercią w rodzinnym Teratynie, w którym osiadł już po przejściu na emeryturę.
   – Dziadek wiedział, że tego dnia przyjdą do niego bandyci, ostrzegła go sąsiadka – wspomina pani Irena. – Nie był sam, była z nim moja mama Helena w siódmym miesiącu ciąży i ja, czteroletnia wówczas dziewczynka. A mimo to nie chciał uciekać. Stało się to w Wielki Piątek 1945 roku. Bandyci przyszli nocą. Nieludzko katowali dziadka, także mamę mimo jej stanu. Po czterech godzinach dziadka zastrzelili, wymierzyli też z broni w mamę. Zaczęła się na głos modlić i oprawcy nie pociągnęli za spust. „Jeszcze tutaj wrócimy” – zapowiedzieli i wyszli.
   Nie miałam dużo czasu, żeby pożegnać się z leżącym na podłodze dziadkiem, mama ostatkiem sił podniosła się, wzięła mnie za rękę i zaczęłyśmy uciekać. Od najmłodszych lat wiedziałam, że dziadek był wielkim człowiekiem i wszystko co robiłam w życiu, a niemal od dzieciństwa robiłam wiele rzeczy trudnych i odpowiedzialnych, czułam, że wykonuję je z pomocą mego dziadka. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogę dzisiaj być w Chełmie, odwiedzić ziemię, którą dziadek tak uwielbiał. Zresztą on też tego chyba chciał, bo razem ze swoją matką Katarzyną ukazał się mojej córce we śnie.
   Mykoła Onufryjczuk, przewodniczący Stowarzyszenia Chełmszczaków i Pidlaszuków w Łucku, nim z całą grupą dotarł do Chełma, zatrzymał się na chwilę w swojej rodzinnej wsi. Nie ma tam śladu ani po jego domu, który zbudowali rodzice, ani po kuźni taty, czy sadzie. Pozostała tylko studnia, zaczerpnął z niej wody. Razem z całą grupą zajechali też na cmentarze w Szychowicach i Łaskowie i ustawili krzyże, na pamiątkę, że tam właśnie pochowani byli męczennicy, o. Sergiusz Zacharczuk i o. Lew Korobczuk. Napisy na pomnikach wcześniej skonsultowali z arcybiskupem Ablem. A potem odwiedzali inne cmentarze – jak zawsze przy okazji wizyt na Chełmszczyźnie – tym razem w Kryłowie, Hrubieszowie, Mirczu, Kułakowicach.
   – Moja mama pochodziła z Kułakowic – mówi Luba Kłak, której dziadkowie i rodzice byli Chołmszczakami. – W ubiegłym roku we wrześniu na tamtejszym cmentarzu znalazłam rodzinny grób, poskładałam fragmenty pomnika, powiesiłam wianek. Teraz przyjeżdżam, a wianek porwany, w strzępach. Na cmentarzu pełno śmieci i pustych butelek. Mama mi wiele opowiadała o swojej rodzinnej wsi. W 1938 roku zburzyli w niej cerkiew, a potem zamordowali starutkiego batiuszkę i matuszkę. Batiuszka nazywał się Bakajewicz Michajło, albo Mikoła. „Jedźcie z nami” namawiali go parafianie, kiedy wyjeżdżali na wschód. „Jak wszyscy wyjadą, wtedy ja jako ostatni” – on na to. Ale nie zdążył. Zamordował go Polak ze wsi. „Po co żeś to zrobił” – oburzyli się pozostali Polacy i wypędzili go precz.
   Pani Luba była też na innym cmentarzu, w Żukowie, skąd pochodził jej tata. Ten cmentarz jest zadbany, ale swoich grobów nie znalazła.
   Maria Chomeńko, ilekroć jest na Chełmszczyźnie, odwiedza Łasków, Modryń i Sahryń. W Łaskowie urodziła się jej mama, w Modryniu ona sama, w Sahryniu obie przeżyły piekło.
   Kiedy zaczęło się podpalanie wsi na Chełmszczyźnie, tata przewiózł je do Sahrynia. Wieś była znacznie większa, był tam też posterunek niemieckiej policji, wydawała się więc bezpieczna. Na dzień przed tragedią odwiedził ich dziadek z Łaskowa – przyjechał do znanego w całej okolicy felczera Zielińskiego, bo ze zdrowiem miał już kłopoty. Nad rankiem 4 marca, kiedy cały Sahryń jeszcze spał, nagle rozległy się strzały. Z każdą chwilą nasilały się i od ognia zajęły się słomiane dachy. Wybuchł po-żar. Ludzie zaczęli uciekać w pole, bo za polem był las, w którym chcieli się schronić. Ale z lasu odezwały się karabiny maszynowe. Wszyscy popadali na ziemię.
   Na marcową, jeszcze nie do końca rozmarzniętą, ziemię upadła też pani Maria z mamą i dziadkiem. Kilka godzin później tyralierą wyszli z lasu bandyci – dobijali tych, którzy wcześniej nie zginęli od kul.
   Gdy dziadek pani Marii usłyszał nadchodzących Polaków, wstał i poszedł im na spotkanie – sądził, że w ten sposób odciągnie ich uwagę od córki i wnuczki.
   – Kim jesteś? – zapytali.
   – Ukraińcem – odparł.
   – Masz dokumenty?
   Pokazał. Wtedy strzelili mu prosto w głowę. Od razu zauważyli też kobietę z dzieckiem.
   – Jestem Polką – skłamała mama pani Marii. – Niech mnie pan nie zabija, co ja panu zrobiłam.
   – Dokumenty.
   – Nie mam, zostały w domu.
   – Bij w łeb, bo się tego namnoży – odezwał się jeden z nich.
   Ale drugi się sprzeciwił: – Nie. Idź i pamiętaj, że ci Polak życie darował.
   Kobieta wstała i razem z dzieckiem ruszyła przed siebie. Nie wzięła córki na plecy, ale na ręce. „Jak będą strzelać w plecy, to mała może przeżyje” – myślała cały czas o dziecku.
   Ale nikt już do nich nie strzelał.
   – I skąd tyle nienawiści w ludziach się wzięło? – zastanawia się pani Maria. – Mama mi przecież opowiadała, że w jej wsi Łaskowie wszyscy zgodnie żyli, i Ukraińcy, i Polacy chodzili do siebie w gości, brali siebie za chrzestnych dla swoich dzieci. Zło zaczęło się w 1938 roku – kiedy do wsi przyjechali krakusi z bosakami w czarnych strażackich ubraniach i cerkiew prawosławnym rozwalili. Ludzie płakali. – Co robicie? – wyskoczyła z tłumu pewna kobieta, ale od razu otrzymała uderzenie prosto w głowę. A potem w Łaskowie zamordowali jeszcze batiuszkę. A potem było już piekło...
   – Modlę się, żeby te straszne czasy nigdy już nie wróciły – mówi pani Maria. Przyjechała z Łucka, gdzie dziś mieszkają Chołmszczaki i Pidlaszuki.
   – A naszogo cwitu po wsiomu switu – mówią wierszem o skutkach deportacji i tych na wschód, i tych na zachód. Niewiele mogli ze sobą zabrać, ale nigdy nie zapomnieli ani o swojej wierze, ani o swojej ziemi.
   A ta ziemia, nim przeżyła swoją Golgotę, była ważnym ośrodkiem prawosławia. Tu trudził się jako biskup lubelski późniejszy patriarcha moskiewski i całej Rusi, św. Tichon. To tu, do monasteru w Jabłecznej, przybył na początku XX wieku Aleksej Kowaluk, by przyjąć monaszestwo i swiaszczenstwo, i po powrocie na swoje rodzime Zakarpacie zapoczątkować powrót unitów do prawosławia. To stąd też, z monasteru w Jabłecznej, został podstępnie zwabiony do Warszawy i za swój sprzeciw wobec planów autokefalii wysłany poza granice Polski biskup Siergiej (Korolow), późniejszy biskup Pragi, a potem Wiednia. Tu niósł posługę władyka Eulogiusz, późniejszy organizator diecezji rosyjskiej patriarchatu ekumenicznego w Europie Zachodniej i założyciel Instytutu św. Sergiusza w Paryżu.
   Młodzież diecezji lubelsko-chełmskiej jest świadoma tej tragicznej, ale i bogatej spuścizny.
   Trzydzieści osiem osób przyszło na święto Męczenników Chełmskich i Podlaskich z pielgrzymką. Wyruszyli z Włodawy, szli przez Sobibór, Zbereże, Wolę Uhruską, Uhrusk. Szli dwa dni, pokonując sześćdziesiąt kilometrów. Szli, by pokłonić się męczennikom za wiarę, sami tę wiarę świadcząc.
   
   Ałła Matreńczyk
   fot. Roman Pogrebniak, Michał Bołtryk i Andrzej Ostapenko
   

Opinie

[1] 2010-11-16 17:59:00 Tomasz Steifer
Chyląc głowę przed ikoną mego świetego krewnego, chciałbym jednak przypomnieć o faktach pominietych w artykule. Rodzina Borowików była wyznania unickiego. Do cerkwii prawosławnej zostali przyłączeni siłą, po likwidacji unii przez carat, w 1873. Niektórzy, z tej rodziny, m.in. mój dziadek Władyslaw Borowik, ze względów rodzinnych (małżeństwo) przeszli na katolicyzm. Dziadek do śmierci zachował sentyment do prawosławnych obrządków, z checia bywał na nabozeństwach w cerkwii, ale czył się katolikiem. Glęboko wierzę w to że Miłosierny Bóg nie będzie rozróżnał czy dusza była prawosławna, greko-katolicka czy r-k. Ważne będzie czy czlowiek był dobry, i czy żył zgodnie z boskimi przykazaniami - takimi samymi dla chrześcijańskich religii. Ale w artykule historycznym warto wspomnieć, że ta akurat religia (prawosławna) była Borowikom narzucona. Po carskim ukazie przeżyli gehennę, w pamiętniku mjr. Władyslawa Borowika są opisy i cytaty z antyunickich i antypolskich kazań i wypowiedzi narzuconych wsi Typin prawosławnych duchownych. Co do narodowości,k to ta kwestia była płynna. Jeden z Borowików, został zamordowany przez bardytów z pod znaku UPA. Drugi przez polską partyzantę, inny siedział w oflagu jako polski oficer. Trudne to sprawy, trudno dojść do prawdy.
[2] 2011-11-13 11:33:00 Janek
aż wstyd przypominać, jak powstał kościół unicki i jakiego wyznania byli jego wierni oraz duchowni; kościół powstał z potrzeb politycznych, a jego - tak podkreślana przez apologetów - narodowotwórcza rola pojawiła się wieki później, kiedy już mało kto chciał pamiętać o początku; polscy królowie kupili sobie na raty litewskich bojarów i arcybiskupów, a ciemny lud przymuszony siłą w kilka pokoleń zapomniał, kim był...
[3] 2011-12-31 15:40:00 Tomasz Steifer
Ma Pan rację, ważne tu były wzgledy polityczne. Ale to samo można powiedzieć o przyczynach większości rozłamów, schizm i podziałów Kościoła, począwszy od podziału na prawowoślawie i katolicyzm, na kościołach protestanckich kończąc. Wszędzie u miała znaczenie polityka, niekiedy (np w przypadku kościoła anglikańskiego) wyłącznie. Zwykli ludzie w większości nie rozumieli różnic doktrynalnych. Ja sam, raczej wykształcony, przyznaję bez bicia, że nie rozumiem do końca sporu o filioque, który był teologiczną przyczyną podziału kosciołów na wschodni i zachodni. Zwykli wielni byli (i są) raczej przywiązani do tradycji w której wyrośli, do liturgii, obrzędów i zewnętrznej oprawy. Unici byli zmuszeni do przejścia na prawosławie w sposób raczej niemiły, i także głównie ze względówe politycznych. Gdyby było to przeprowadzone łagodnie, bez przymusu, prawdopodobnie nie było by większego oporu, obrzędy obu kościołów są podobne, różnice doktrynalne niezrozumiale dla maluczkich, a kiedyś panowała ponadto dość duża tolerancja dla zmiany wyznań chrześcijańskich. Wprowadzenie prawosławia na siłę przez zaborców nie było dobre ani dla wielnych ani dla samej cerkwi. Było jedną z przyczyn budowania muru i niechęci, a nawet nienawisci między kościołami. Oczywiście błędy były i później także po stronie katolickiej, co wzmagało napięcie.

Pozwolę sobie przytoczyć fragment pamiętnika mojego dziadka, Władyslawa Borowika, stryja św. Mikołaja. Dziadek urodził się już w prawosławiu, nie pamiętał unii, a jednak z opowieści bliskich i sąsiadów zapamiętał to jako traumatyczne wydarzenia:
"Unia, która najdłużej przetrwała w Chełmszczyźnie i miała swoje biskupstwo w Chełmie – w roku 1875 w brutalny i bezwzględny sposób została zniesiona przez zaborcę. Zniesiono biskupstwo unickie w Chełmie. Od tego czasu zaczęła się rusyfikacja i niesłychane prześladowania unitów, których przymusowo przepisano na prawosławie. W ten sposób moich dziadków i ich dzieci (wówczas jeszcze chłopców) „zrobiono“ prawosławnymi. Jak tę akcję zaborca przeprowadzał i jak reagowali na to prześladowani unici – bardzo szczegółowo i dokładnie opisał Władysław Reymont w swej książce pt. „Z Ziemi Chełmskiej“. O tym tragicznym i smutnym okresie jakże często opowiadał mi ojciec w kilkadziesiąt lat później. Nie zapomnę wrażenia jakie wywarły na mnie te wspomnienia rodzica; dotąd tkwią mi mocno w pamięci przytoczone przez ojca słowa popa wypowiedziane podczas kazania w cerkwi: „Polszi niet , Polsza podochła“. Można sobie wyobrazić co się działo w sercach i umysłach ludzi, którzy słuchali tego rodzaju „kazania“. "

Pozdrawiam, życząc wszystkich chrzescijanom powrotu do wspólnoty i wzajemnej miłości, a wszystkim obchodzącym święta Bożego Narodzenia wg obrządku wschodniego, życzę radosnych świąt!

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token