Numer 3(273)    marzec 2008Numer 3(273)    marzec 2008
fot.
Białorusini Sokólszczyzny – gdzież są?
Dorota Wysocka
Co buduje świadomość narodową, poczucie związku i przynależności do jakiegoś narodu? Socjologowie i inni specjaliści spierają się o samą definicję, cechy i wyróżniki. Niemal zawsze jednak wypływa kwestia języka jako fundamentu tożsamości.
   
   Czy język polski jako domowy, używany na co dzień, wystarczy, by czuć się Polakiem? I w drugą stronę – czy białoruski czyni z kogokolwiek Białorusina? Odpowiedzi na to drugie pytanie szukać można, śledząc losy niemałej grupy mieszkańców Białostocczyzny, umownie zwanej Białorusinami Sokólszczyzny, która – pozostając wyznawcami rzymskiego katolicyzmu – do niedawna powszechnie, teraz śladowo, posługuje się w swoim środowisku na co dzień językiem nazywanym przez siebie „prostym”, w rzeczywistości będącym gwarą języka białoruskiego.
   Zamieszkuje ona dość zwarcie powiat sokólski, wschodnie krańce powiatu monieckiego, w gminach Jasionówka, Jaświły i Knyszyn, południową część powiatu augustowskiego, zwłaszcza w gminach Lipsk i Sztabin, i większą część powiatu białostockiego. Jej liczebność szacuje się na 150 – 200 tysięcy. Szacuje się, bo nikt nigdy nie poświęcił jej większej uwagi, nie objął badaniami, nie podjął żadnych działań, służących zachowaniu odrębności. Rozmywała się więc w minionym stuleciu błyskawicznie, popychana dodatkowo w jedynym słusznym narodowo kierunku przez duchowieństwo, zgodnie z utrwalonym już na początku XX wieku stereotypem, wiążącym wyznanie z narodowością. – Chodzicie do kościoła, a zatem jesteście Polakami. Ruscy to ci, którzy chodzą do cerkwi. Mówicie językiem chłopskim, nauczcie się więc tego, którym mówią ludzie kulturalni – słyszeli.
   A jednak wyrosła między nimi grupa osób, która usiłowała rozbudzić wśród okolicznych mieszkańców białoruską świadomość narodową, starannie wykształconych, samodzielnie myślących, twórczych i odważnych.
   Zaliczyć do niej trzeba Franciszka Hryszkiewicza z Suchowoli, poetę i tłumacza, absolwenta gimnazjum białoruskiego w Wilnie (w 1926 roku), a w latach niemieckiej okupacji jego dyrektora.
   Z Nowego Dworu wywodziło się kilku przedstawicieli rodu Hrynkiewiczów. Ksiądz Franciszek Hrynkiewicz własną białoruskość uświadomił sobie w wileńskim seminarium duchownym. Po powrocie ze studiów teologicznych założył Grodzieńskie Koło Młodzieży Białoruskiej (białoruski skrót HHBM), pierwszą w tym mieście organizację białoruską, prowadzącą działalność wydawniczą, organizującą odczyty i spotkania artystyczne. W tym kręgu wychowało się wielu późniejszych działaczy białoruskich „z Sokólszczyzny” (m.in. publicysta Władysław Kozłowski z Zalesia koło Sokółki, lekarz Bolesław Grabiński z Wrońszczyzny koło Dąbrowy Białostockiej, Adam Byczkowski z folwarku Tołoczki, Jan Lewkowicz ze wsi Bity Kamień), choć ks. Franciszek w niepodległej Polsce zarzucił jakąkolwiek działalność służącą rozbudzaniu białoruskości.
   Do końca życia nie porzucił jej jego brat, dr Stanisław Hrynkiewicz, obok pracy lekarskiej i badawczej pochłonięty działalnością publicystyczną w prasie białoruskiej (i nie tylko).
   Lekarzem był także inny Stanisław Hrynkiewicz z Nowego Dworu, działający aktywnie w ruchu białoruskim w latach studenckich, a potem na emigracji w Stanach Zjednoczonych.
   Działaczem Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji, korespondentem pism białoruskich i autorem wielu prac dotyczących problematyki białoruskiej był Dominik Aniśko ze Słojnik koło Sokółki. W swoich opublikowanych na emigracji wspomnieniach Bożym szliacham (Bożym szlakiem) pisał:
   Kończyłem Miejską Szkołę w Sokółce w 1906 roku. Jeszcze przed tym czasem począłem dochodzić do białoruskiej świadomości narodowej. Bo tu u nas jeszcze jej nie było. Katolików nazywano „polskimi”, a prawosławnych „ruskimi”. Pewnego razu, gdy byłem w Grodnie, przechodząc po ulicy Sobornej spostrzegłem w oknie polskiej księgarni „Dutkę Białoruską” (…) to była dla mnie pierwsza białoruska książka! Przedmowa do tej książki bardzo mnie poruszyła i umocowała w przekonaniu, że jestem Białorusinem.
   Listę można ciągnąć, ale niezbyt długo. Każda z tych postaci nie tylko sama świadomie wybrała opcję białoruską, ale usiłowała tę ideę zaszczepić w otoczeniu. Wszyscy ponieśli klęskę.
   Jeden z publicystów, nawiązując do wypowiedzianych w latach 30. słów Stanisława Hrynkiewicza, iż Sokólszczyzna wciąż czeka, niczym zaczarowana królewna, swojego czasu i słowa, które zbudzi ją do pełnego życia, dodał, że pocałunek nacjonalizmu przyszedł do niej ze strony polskiego księcia.
   
   Dorota Wysocka
   

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token