Numer 1(271)    styczeń 2008Numer 1(271)    styczeń 2008
fot.Anna Radziukiewicz
Ślad architekta
Ałła Matreńczyk
Z okien swego domu w Wilnie Michał Bałasz widział kościół św. Jakuba i Znamienską cerkiew. Codziennie podziwiał ich urodę, nawet nie przypuszczając, że projektowaniu świątyń poświęci niemal całe swoje zawodowe życie.
   Na razie miał kilkanaście lat, chodził do gimnazjum kupieckiego Braci Jabłkowskich w Wilnie i lubił rysować. Lubił też poznawać historię rodziny.
   Dziadek ze strony ojca wywodził się z Szemetowszyzny. Kobylnik, Świr, Niestaniszki – to jego rodzinne strony.
   Babcia pochodziła z Sulżyńskich, którzy po powstaniu styczniowym nabyli olbrzymią posiadłość pod Turowem. Nie osiedli w niej jednak dziadkowie po ślubie, kupili nowy, ponad stupięćdziesięciohektarowy majątek na Wileńszczyźnie – Prudniki Jamki. Przylegał do latyfundiów Platerów i hrabiego Przeździeckiego, od posiadłości hrabiego Tyszkiewicza oddzielała go rzeka Dzisienka.
   Pierwsza wojna światowa zniszczyła posiadłość tak bardzo, że żaden z synów dziadka, ani Aleksander, ani Jerzy, nie wiązali z nim swojej przyszłości. Pierwszy miał już za sobą praktykę felczerską, drugi – doświadczenie pracy prikazczyka w Samarze. Podzielili majątek na części, swoje sprzedali – jedną trzecią zostawiając siostrom – i wyjechali do Wilna.
   Jerzy – już z żoną Heleną z domu Jakimowicz i najstarszym synem Aleksandrem. Tam w Wilnie w 1924 roku urodził się im drugi syn – właśnie Michał, za nim przyszły na świat siostry – Weronika i Aleksandra. W domu się nie przelewało. Ojciec, pielęgniarz w szpitalu psychiatrycznym pod Wilnem, zarabiał co prawda 117 złotych miesięcznie, ale trzeba było opłacić czynsz, dzieci ubrać i nakarmić, wyprawić do szkoły. Na szczęście uczyły się dobrze i o nauce nie trzeba było im przypominać. Rodzice między sobą mówili po rosyjsku, regularnie chodzili do Znamienskiej cerkwi, a Michał krótko nawet w niej przysługiwał.
   Międzywojenne Wilno jak zawsze było tyglem narodowości, religii i kultur.
   Bałaszowie wynajmowali mieszkanie na Zwierzyńcu, dzielnicy zamieszkałej przez wielu rosyjskich emigrantów. Tu mieszkał pułkownik Ławrow, generał admirał Antoniewicz.
   Na ulicach miasta chłopak nieraz spotykał generała Lucjana Żeligowskiego, który „samowolnie” przyłączył Wilno do Polski. Generał chodził w lnianym ubraniu, bo moda na len wśród elit była na kresach wówczas powszechna.
   – Nu, dietki, choczetie konfietki? – proponował dzieciom nieraz. Bardzo słabo mówił po polsku.
   – Jak to, generał Żeligowski nie umiał mówić po polsku? – nikt nie dawał wiary panu Michałowi, gdy opowiadał o tym po wojnie.
   Z pomocą niespodziewanie pospieszył prof. Lorenc. W swojej książce „Album Wileńskie” wspominał, jak przed wojną jako początkujący konserwator zabytków odwiedził książąt z Mira i jak musiał przejść na francuski, żeby się z nimi dogadać. „Książęta mirscy”, napisał profesor, „niewiele lepiej mówili po polsku niż generał Żeligowski”.
   Co roku dzieci Bałaszów wakacje spędzały pod Wilnem, w byłym majątku hrabiego Tyszkiewicza, w którym pracował ojciec. To wtedy Michał poznał członków Akademickiego Klubu Włóczęgów – Miłosza, Jędrychowskiego, Zagórskiego, Sztachelskiego – zbuntowanych młodych ludzi różnych orientacji politycznych. Pozwolili mu nawet nosić swój klubowy sztandar – grube drzewce w kształcie laski ze zwisającymi sznurami.
   W 1931 roku Wilno nawiedziła straszna powódź. Woda w ich dzielnicy sięgała 170 cm, po pięknym placu katedralnym łódkami można było pływać. Wtedy Piłsudski, który miał dwa majątki na Wileńszczyźnie – Świątniki i Pikiliszki – udostępnił jeden z nich na kolonie dla dzieci. Michał i Aleksander znaleźli się w tej grupie.
   – Dzisiaj spodziewamy się wizyty ważnego gościa – pewnego dnia poinformowali kolonijni wychowawcy. Tym ważnym gościem okazał się sam marszałek, który przyjechał z generalicją, mszę tego dnia odprawił biskup Bandurski.
   – Lepiej i wy przyjdźcie – poradził braciom wychowawca, choć jako prawosławni nie musieli brać udziału w katolickim nabożeństwie. Czasy nie sprzyjały jednak niekatolikom, ani dzieciom, ani dorosłym. A już o otrzymaniu pracy prawosławni mogli tylko marzyć.
   Nadszedł rok 1939.
   – Uciekajmy z miasta, bo to dopiero początek – powiedział ojciec, gdy Rosjanie weszli do Wilna. – Dość się nagłodowaliśmy podczas pierwszej wojny światowej.
   Wyjechali w rodzinne strony, do Prudnik Jamek. Wyjechali całą rodziną, bo nawet najstarszy brat Aleksander, który rozpoczął studia medyczne we Lwowie, przebywał akurat w domu na wakacjach. Ojciec dostał posadę kierownika szkoły w Starym Dworze. Uczył matematyki i języka niemieckiego.
   Szesnastoletni Michał poszedł do gimnazjum w Postawach, potem pracował też w przedsiębiorstwie leśnym.
   Gdy rozpoczęła się okupacja niemiecka, pod ganek domu, w którym mieszkali, podjechała dwukonna kareta. – Czy tu mieszka Michał Bałasz? Pan Jasiński chce pana zabrać na księgowego – poinformował woźnica.
   W ten sposób, dzięki znajomości księgowości przebitkowej, jaką wyniósł z gimnazjum kupieckiego, chłopak znalazł pracę w majątku hrabiego Tyszkiewicza, w którym był młyn, elektrownia, łaźnia i piekarnia.
   Hrabia Tyszkiewicz przyjechał tam tylko raz. – Kiedyś miałem osiemdziesiąt łóżek, czy dzisiaj znajdzie się dla mnie jedno? – ni to zażartował, ni to zapytał od drzwi.
   Nadchodził rok 1944, coraz silniejsza była partyzantka. Michał razem z kolegami wstąpił do AK. Trafił do kompanii sapersko-minerskiej. Szkolono ich jak wysadzać mosty, rozminowywać i zaminowywać teren, organizować przeprawy.
   Chłopak, który wychował się nad Wilią i dla którego rzeka, jej nurt, tratwa czy łódki nie stanowiły żadnych tajemnic, okazał się bardzo przydatny.
   Nadciągał front. Drugie zgrupowanie majora Węgielnego (Mieczysława Potockiego), w którym służył Michał, w porozumieniu z dowództwem III Frontu Białoruskiego zostało włączone do walk.
   Dowódca III Frontu, generał Czerniachowski, nie zawahał się powierzyć ich oddziałom odcinka w rejonie Zielonych Jezior. Musieli zmierzyć się z wojskami desantowymi gen. Stahela, które osłaniały odwrót niemieckich wojsk spod Wilna. To była krwawa, ale zwycięska bitwa. Kosztowała życie kilkuset partyzantów, także około tysiąca Niemców.
   – Nie możecie stanowić jakiejś odrębnej siły – zadecydowało po walce radzieckie dowództwo. Internowało polskie oddziały i wysłało w głąb Rosji, do Kaługi. Tam na peronie przywitała ich orkiestra, która wygrywała skocznego krakowiaka. Po kilku dniach dostali radzieckie mundury i rozpoczęli ćwiczenia wojskowe.
   Nadchodziła rocznica oktiabrskiej rewolucji, któryś z kolegów biedził się nad wypisaniem hasła. Bukwy rozchodziły się w różne strony.
   – Może ja pomogę – zaproponował Michał. Miał za sobą przecież lekcje rysunku w Wilnie u prof. Żyngiela, także lekcje reklamy w Gimnazjum Kupieckim.
   Bukwy stanęły posłusznie, hasło prezentowało się okazale.
   – No, Michał, a ty nam jeszcze malowidło ścienne tutaj namaluj – zaproponował niebawem sekretarz Prochorow. – Rozumiesz, Moskwa, Kreml, ciemna noc, salut zwycięstwa...
   Wybór farb był raczej skromny – mielona cegła, węgiel, sadza.
   Ale malowidło wyszło jak należy.
   – Nu, Michaił, ty u nas chudożnik – z zadowoleniem skonstatowali dowódcy.
   A ponieważ zdolności plastyczne miał także Stanisław Jasiukiewicz, później znany aktor, wspólnie założyli artystyczny tandem. W klubie Andrejewa malowali nawet portrety radzieckich przywódców, tylko za Stalina nie chcieli się brać. To było zbyt ryzykowne.
   To wtedy w Kałudze zaprzyjaźnił się z Bernardem Ładyszem, późniejszym śpiewakiem operowym, wówczas obozowym kucharzem, słynnym reżyserem Stanisławem Lenartowiczem czy znanym dyrygentem Henrykiem Czyżem, z którym po latach spotkał się na studiach w Poznaniu.
   W Kałudze cały czas intensywnie ćwiczyli – mieli trafić na front, już w ramach Armii Czerwonej. – Tylko w żadnym przypadku do przysięgi nie przystępować – instruowali starsi stażem partyzanci. I tak zrobili.
   Gdy odmówili, sowieci ich rozmundurowali i skierowali do wyrębu w lemańskich lasach koło Riazania. To były potężne bory, gdzie tam do nich naszej białowieskiej puszczy.
   A że Michał znał dobrze rosyjski i podstawy rachunkowości, został bałansistom bataliona. Jedynie on spośród internowanych mógł chodzić do sąsiednich wsi, co prawda pod strażą, ale i tak miał lepiej. Regularnie pobierał też na poczcie pieniądze na wypłaty.
   – Wy dołżny siegodnia podożdat’, dienieg poka jeszcze niet – oznajmiła mu kiedyś naczelnik poczty Sierowa.
   – Pojdiom k mojej diewuszkie – zaproponował wtedy towarzyszący mu komisar.
   Poszli więc do dużej wsi Kriwandino, o pięknej carskiej zabudowie, z szerokimi ulicami, dużymi domami. Stała tam urzekająca cerkiew z żałośnie zgiętym krzyżem, w jej pritworie już się ulokował zakład szewski. We wsi było bardzo wiele dziewcząt. Kiedy Niemcy podchodzili pod Moskwę i wydawało się, że wojska radzieckie będą musiały wycofać się za Ural, bardzo potrzebne były mapy Syberii, a tych brakowało. Naprędce zorganizowano więc Instytut Kartograficzny, zatrudniając w nim studentki i maturzystki. Zamieszkały właśnie w Kriwandinie. Teraz zamiast ołówków czy tuszu, do rąk dostały piły i siekiery i podobnie jak internowani piłowały drzewa na opał, który był potrzebny Moskwie.
   Dziewczyna komisarza mieszkała u trzydziestoletniej gospodyni, matki 10-12-letniego chłopca. Gospodyni poczęstowała przybyłych zupą, podała ziemniaki.
   – Mama, a szto na tret’je? – zapytał chłopczyk.
   – A na tret’je synok, a na tret’je krest – wzięła go za ramię i w stronę ugołka z ikonami odwróciła.
   W komisarza jakby piorun strzelił.
   – Matuszka, ty starinuszki nie zabyła? – rzucił w stronę kobiety.
   – Izwinitie, wy moj gost’, no rebionka ja wospituju – odparła z godnością.
   Wojna dobiegła już końca. Michał, wciąż internowany, bez przerwy namawiał listownie rodzinę do wyjazdu do Polski, bo czym pachnie nowy radziecki system, zdążył się już przekonać.
   – My ujechali w Polszu, naprawlenije Poznań – otrzymał w końcu telegram z jedyną wskazówką, gdzie ma ich szukać.
   W 1946 roku, gdy odzyskał wolność, ruszył w ślad za najbliższymi.
   Tylko jak ich znaleźć? Urząd w Poznaniu nie prowadził żadnej ewidencji repatriantów.
   – A jak nazwisko? – zapytała pani w okienku. – Bałasz? Może lekarz? – Lekarz. Pracuje w pogotowiu.
   Informacja okazała się prawdziwa, ale spóźniona. Brat Aleksander nie pracował już w pogotowiu, wyjechał na studia do Krakowa. To był jedyny ślad. Michał pojechał za nim.
   W dziekanacie dowiedział się, że brat mieszka na Poselskiej. Poszedł pod wskazany adres.
   W mundurze angielskim (przed opuszczeniem ZSRR ubrano ich w mundury, które pozostały po armii Andersa), z ruską papachą na głowie, ogromnym plecakiem zdobytym na wojsku Stahela musiał wywoływać nie tylko ciekawość, ale i podejrzliwość.
   – A pan do kogo? – z okna wychyliła się właścicielka mieszkania. – Szukam brata, studenta – podobno tu mieszka – wytłumaczył. – Nic podobnego, to jakaś pomyłka.
   Wtedy całe miasto oblepił ogłoszeniami, dopiero po dwóch tygodniach znalazł Aleksandra. Mieszkał na Poselskiej, skąd gospodyni odprawiła Michała z kwitkiem.
   – To przez ten pański mundur i czapkę – tłumaczyła, przepraszając. – Wie pan, tyle jest teraz aresztowań.
   Od brata dowiedział się, że rodzice i siostry są w Sulęcinie, w Lubuskiem. W końcu mógł się z nimi zobaczyć i wrócić do szkoły. Ukończył liceum w Wolsztynie i rozpoczął studia na architekturze, na politechnice w Poznaniu.
   Ledwie stanął na nogi, a już przy finansowym wsparciu Aleksandra do Poznania ściągnął siostry – Weronikę, która zaczęła studiować rolnictwo i Aleksandrę, która podjęła studia medyczne. Weronika ukończyła swój kierunek, a Aleksandra została pielęgniarką. W Poznaniu poznała studenta medycyny Zdzisława Kwaśniewskiego, wyszła za niego za mąż i już w Białogardzie urodziła syna Aleksandra, przyszłego prezydenta Polski.
   To babcia Helena Bałasz zajmie się wychowaniem wnuka i jego młodszej siostry Sylwii.
   Zarówno studia I stopnia w Poznaniu, jak i magisterskie na politechnice w Gdańsku Michał ukończył z wyróżnieniem. Bydgoszcz, Katowice, Białystok – mógł wybierać w ofertach pracy.
   Wybrał Białystok, bo na wschód ciągnęło go zawsze.
   Był rok 1954. W Białymstoku czekał na niego olbrzymi front robót, nie tylko jako architekta miejskiego.
   Niebawem odnalazł go batiuszka Strokowski. Mówił, że w cerkwi św. Mikołaja chcieliby remont przeprowadzić. Razem weszli pod część ołtarzową, było bardzo nisko. W fundamentach tkwiły potężne, ponad dwumetrowe, głazy.
   – Zdieś można sozdat’ pieszczernyj chram – zaproponował pan Michał.
   – Wozmożno li eto? – dopytywał się proboszcz, o. Wiaczesław Rafalski.
   – Risk jest’, no dieło błagorodnoje – uspokoił go architekt.
   Projekt wykonał incognito.
   Później były kaplice cmentarne w Ploskach i Sidrze. Coraz głębiej zapuszczał korzenie w architekturze cerkiewnej, a i rodzinę powoli do Białegostoku ściągał. Najpierw rodziców (wtedy tata Jerzy zacznie śpiewać w dojlidzkim chórze), siostrę Weronikę, potem stryja Aleksandra, cenionego lekarza, który będzie pracować w Fastach.
   Brat, też Aleksander i też lekarz, na długie lata związał się z Siedliszczem, później Krakowem, najpierw przychodnią, potem Akademią Medyczną. Do końca swych dni czytał apostoła w krakowskiej cerkwi, śpiewał w cerkiewnym chórze.
   Na wakacjach często odwiedzali siostrę Aleksandrę, jechali wspólnie gdzieś nad morze. Wszyscy po trochu tęsknili za Wilnem, może dlatego tu, w Białymstoku, pan Michał całej dzielnicy nadał nazwy ulic z wileńskiego Zwierzyńca: Wiewiórcza, Jelenia, Zajęcza, Rysia...
   Pewnego dnia do jego drzwi zastukał o. Michał Chomczyk.
   – Co robić? Cerkiew w Starosielcach jest za mała, a tu ani powiększyć, ani wybudować nowej nie pozwalają.
   Pan Michał obejrzał świątynię. Przed wojną ludzie byli biedni, oszczędzali na materiałach, ściany cerkwi były bardzo cienkie, miały tylko 16 cm grubości. Nie można było ich ruszyć, groziły zawaleniem. Architekt wpadł na pomysł, żeby otoczyć świątynię nową ścianą w kształcie koła, zbliżając się jak najbliżej do jej węgłów.
   Urząd do spraw wyznań na taki remont przystał, a parafianie zyskali dużo więcej miejsca.
   Naprzeciwko komitetu wojewódzkiego partii stały dwa stare puste budynki. – Stańcie do przetargu i kupcie je – podpowiedział jeszcze starosielczanom. – Bo są z bardzo dobrej cegły, którą można powtórnie wykorzystać.
   Posłuchali.
   On też słuchał, słuchał oczekiwań kolejnych parafii – bo kolejne cerkwie w Kruszynianach, Czarnej Białostockiej czy Czyżach projektował – ale też wskazówek akustyków. Uczył się tego fachu od inżyniera Kirszensztajna z Warszawy, ojca słynnej biegaczki Ireny Szewińskiej.
   – Ja to dziś muszę wcześniej wyjść, bo córka ma biegi – przyznawał nie raz doświadczony akustyk podczas konsultacji przy budowie Domu Kultury w Kolnie czy Olecku. Potem wyjechał do Izraela.
   Nadszedł rok 1984, początek rekonstrukcji obronnej gotyckiej cerkwi Zwiastowania w Supraślu. Prace co prawda rozpoczął architekt Kuźmienko, ale poprowadził do końca Michał Bałasz. Było to duże wyzwanie, także lekcja cierpliwości i pokory. Rozpoczęła się od uważnej lektury inwentaryzacji sporządzonej przez Pokryszkina w 1911 roku.
   A sama realizacja odkrywała tajemnice XVI-wiecznych budowniczych.
   – Panie architekcie, woda nas zalała – donieśli mu zaraz na początku prac robotnicy.
   Okazało się, że szesnastowieczni majstrowie zrobili drenaż – położyli potężną sosnę czy świerk z wydłubanym sercem, żeby im wodę zebraną wokół fundamentów cerkwi do rzeki odprowadzała. A że technikum rolnicze, które korzystało z monasterskich zabudowań, zaczęło właśnie stołówkę budować i w trakcie prac przecięło drzewo, zamykając odpływ, woda cofnęła się do cerkwi.
   To nie był koniec systemu szesnastowiecznej hydroizolacji – między wykopem z gliny a fundamentem budowniczowie supraskiej ławry położyli warstwę zlasowanego białego wapna. Kiedy wody było więcej, wapno pęczniało i uniemożliwiało dalszy jej przepływ, kiedy wody ubywało – po prostu wysychało. Przeleżało pięćset lat, a rozcierało się w rękach jak masło. A fundament stał. To na nim teraz zrekonstruowali gotyckie mury.
   Sama cegła też dała się we znaki.
   Ta oryginalna miała imponujące wymiary: ponad 40 centymetrów długości, 27 cm szerokości i dwanaście centymetrów wysokości. Przed jej wytworzeniem najpierw długo gnojono glinę, a więc wystawiano na działanie wiatru, mrozu, deszczu. Cegłę długo, długo suszono, a dopiero później wypalano i to w piecach opalanych dębiną.
   Cegielnia w Gozdnicy wobec takiego wyzwania okazała się bezradna – współczesna cegła o takich wymiarach pękała. Trzeba było po trzy dziury w każdej zrobić, a podczas murowania wypełnić je betonem. Cegła się przy tym brudziła, ściany trzeba było czyścić.
   To nie przyspieszało pracy, tym bardziej że ekipy zmieniały się dość często.
   Równolegle z rekonstrukcją supraskiej ławry Michał Bałasz projektował kolejne prawosławne świątynie – białostockie Hagia Sophię i św. Pantelejmona, cerkiew w Czeremsze, w Bielsku Podlaskim, Boratyńcu Ruskim, Słochach Annopolskich.
   A potem z uwagą obserwował, jak postępują prace wewnętrzne. Polichromie najczęściej wykonywali ikonopiścy z Rosji, Białorusi, Ukrainy czy Grecji, którzy sięgali po różne techniki i farby. W Hagia Sohpii np. profesor Xenopulos z Salonik zastosował innowacyjne rozwiązanie. Przywiózł gotową polichromię z Grecji, wykonaną na specjalnych siatkach, która wymagała jedynie przyklejenia. Ta metoda, doskonała w terenach zagrożonych trzęsieniem ziemi, sprawdziła się także w naszych warunkach.
   Prasa powoli nadawała mu tytuł architekta cerkwi i kościołów, bo projekty także katolickich świątyń wychodziły z jego pracowni.
   W latach osiemdziesiątych zaproponowano mu zaprojektowanie kolejnego kościoła, na Wysokim Stoczku w Białymstoku.
   – Niechby przypominał kościoły wileńskie – poprosił nieżyjący już dzisiaj biskup Edward Kisiel. – Może samą katedrę...
   Biskup Kisiel pochodził z tych samych stron co Bałaszowie, pan Michał dobrze rozumiał jego sentyment, ale z wielu względów był to pomysł nie do przyjęcia.
   Ale że w tym czasie odrestaurowywał dworek Adama Mickiewicza w Nowogródku, odwiedził swoje rodzinne strony. I byłą cerkwią unicką w Berezweczu, teraz już zniszczoną, ponownie się zachwycił. To na niej się wzorował, projektując białostocki kościół.
   Coraz bardziej wydłużała się lista zaprojektowanych przez niego świątyń. Doszła cerkiew św. Dymitra w Hajnówce, Częstochowie, Wólce Kraśniczyńskiej, Bończy. Synod Biskupów kilkakrotnie honorował go orderami św. Marii Magdaleny.
   Szkoda, że nie ze wszystkimi członkami rodziny mógł się tym cieszyć. Odeszli rodzice, siostra Weronika, stryj Aleksander, brat Aleksander, siostra Aleksandra (Aleksander w ich rodzinie był zawsze wiodącym imieniem). Z jej synem Aleksandrem, nawet podczas jego prezydentury, się spotykał. Bo choć nie przepadał za obowiązującymi kontrolami czy obecnością oficerów BOR-u, kilkakrotnie skorzystał z zaproszenia, by powiedzieć Olkowi co u niego słychać, nad czym obecnie pracuje.
   Bo mimo swych 84 lat pracuje nieustannie. A o swoich cerkwiach mówi: – Staram się po sobie zostawić jakiś ślad.
   
   Ałła Matreńczyk
   fot. archiwum rodzinne Michała Bałasza
   oraz Przeglądu Prawosławnego
   

Opinie

[1] 2011-06-23 12:46:00 emeryt pkp
swietny artykuł.dużo się dowiedziałem.interesuje mnie prawosławie i judaizm.te religie są bardziej "ludzkie" niż katolicyzm.katolicyzm to chęc władzy,pieniądze.nic nie mają wspólnego z bogiem.raczej z mamoną.znam białystok.przyjazniłem sią z mieszkanką tego miasta.dzisiaj z przyjazni nic nie zostało.nawet znajomosc.szkoda.pozstały piękne cerkwie,suprasl.wasilków.i fajne wspomnienia.pozdrowienia

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token